co tak naprawdę zabiło rycerza na koniu

Kusza, pika czy muszkiet – co tak naprawdę zabiło rycerza na koniu?

Choć średniowieczny rycerz na koniu uzbrojony po zęby stanowił na polu bitwy prawdziwą maszynę do zabijania, to nawet na niego przyszedł w końcu zasłużony koniec. Nowa broń, taktyki i formacje piechoty, a także finanse wyparły z Europy wojownika w lśniącym pancerzu, jako zbyt drogiego i niedostatecznie elastycznego w boju. Dlaczego szarża nie zawsze kończyła się pomyślnie? Jak radzono sobie z bogatszym i lepiej wyposażonym nieprzyjacielem? I co ostatecznie przyczyniło się do odstawienia rycerza do lamusa?

Toczenie wojny po rycersku

Średniowieczna wojna miała swój niepisany regulamin i konwencję, a ich wyznacznikiem była kultura rycerska, pielęgnowana zwłaszcza podczas turniejów, stanowiących ówcześnie najgłośniejsze eventy rozrywkowe. Rycerstwo stanowiło pewien zamknięty świat, poruszający się wokół podobnych ideałów i uniwersalnego systemu wartości.

Najważniejsza zasada brzmiała: elity się nie morduje. Jeńców z rodowodem – baronów, książąt czy nawet pomniejszych wasali – należało brać żywcem. Było to nie tylko szlachetne, ale i opłacalne – za takiego człowieka można było otrzymać bowiem całkiem grubą sakiewkę. Czasem delikwenta puszczano nawet wolno w zamian za samą obietnicę dostarczenia za siebie okupu! Śmierć rycerza – zwłaszcza wysoko postawionego – była nierzadko niezamierzonym faux pas. Szeregowych żołdaków za to zabijano często bez litości. Nie było przecież żadnego sensu w karmieniu obcego wojaka, pilnowaniu go i ciąganiu za sobą w czasie kampanii wojennej.

Druga zasada rycerskiego życia – wojownik musi umieć walczyć wręcz, a przede wszystkim wyszkolić się w szarżowaniu na koniu z kopią. Broń ta już w XIV wieku była na tyle nieporęczna, że atakować dało się nią wyłącznie w siodle spod pachy, bez żadnego pola manewru. Frontalny atak z kopią – zarówno w szrankach na turnieju, jak i na polu bitwy, był jednak esencją rycerskiej tożsamości.

Najczęściej stosowaną taktyką przy takiej szarży było natarcie szykiem ,,w płot” (tj. szeregiem konnych rycerzy obok siebie), ewentualnie ,,w klin” (szeregiem ustawionym w kształt grotu strzały). Ataki ponawiano kilka razy aż do złamania szyku przeciwnika. Przypominało to dwa tory wyścigowe Formuły 1 zwrócone naprzeciw siebie – tym bardziej, że konie to zwierzęta stadne i lubią się ścigać.

Źródła z epoki jako przykład wzorcowej batalii kawaleryjskiej opisują bitwę pod Koronowem. Starcie to miało miejsce 10 października 1410 roku, podczas Wielkiej Wojny z Zakonem. Pod pewnymi względami przypominało ono jednak bardziej turniej niż prawdziwą wojnę!

Przed samą bitwą odbył się rytualny pojedynek między rycerzem polskim a niemieckim (zwyciężony przez Polaka), po zakończeniu tej potyczki natomiast obie armie ruszyły na siebie szykiem ustawionym ,,w płot”. Walkę – niczym w meczu siatkarskim – dwakroć przerywano, aby wojownicy mieli czas odpocząć, napić się i uprzątnąć pole walki z trupów. Bitwę ostatecznie zwyciężyło wojsko polskie po zdobyciu chorągwi nieprzyjaciela.

Zdarzały się jednak odstępstwa od tej reguły. W średniowiecznej Europie pojawiały się milicje miejskie złożone z piechoty, czworoboki szwajcarskie, wojska partyzanckie lub oddziały spoza chrześcijańskiego kręgu kultury jak Turcy Seldżuccy czy Mongołowie, używający łuczników konnych – nie kopijników.

Broń dystansowa a zakute łby. Strzała kontra zbroja czyli jak pokonać rycerza z odległości?

Choć rycerze mogli się wydawać niepowstrzymanymi machinami do zabijania, brak elastyczności taktycznej przy frontalnej szarży był ich piętą achillesową.

Perfekcyjnie zdołali wykorzystać to azjatyccy koczownicy, używający łuków refleksyjnych na koniach. Znani oni byli z tego, że łapali oddziały chrześcijańskie przyzwyczajone do zupełnie innego sposobu toczenia bitew na ten sam trik, którym było upozorowanie odwrotu. Po wciągnięciu przeciwników w pościg oddziały nomadów znienacka zawracały, zasypywały rycerzy strzałami i w ten sposób nękając, stopniowo przerzedzały szeregi przeciwnika i niszczyły jego morale. We wzór ten idealnie wpisują się bitwy pod Manzikertem (1071) i Legnicą (1241), które armie europejskie sromotnie przegrały.

Nieco później pojawił się w Europie kolejny koszmar ciężkiej jazdy – angielski longbow(długi łuk). W wojnie stuletniej z Francuzami wystarczało Anglikom kilka dobrze ustawionych kontyngentów strzelców, by cała kawaleryjska szarża nieprzyjaciela skończyła w błocie.

W uproszczeniu tak właśnie potoczyły się bitwy pod Crécy (1346), pod Poitiers (1356) i pod Azincourt (1415). Strzały z długich łuków skutecznie zabijały konie i lekko uzbrojonych pocztowych (wojowników, którzy służyli w poczcie swojego rycerza), nie mówiąc już o zdruzgotanym morale w szeregach przeciwnika. Rycerze francuscy odziani w ciężką zbroję płytową, próbując podnieść się z błota po utracie rumaka niejednokrotnie kończyli dobijani przez angielską piechotę.

Francuzi mimo braku sukcesów wciąż jednak dążyli uparcie do rozstrzygnięcia owych starć w sposób rycerski, ponawiając bezsensowne szarże kawaleryjskie na umyślnie wybrane przez dowódców angielskich defensywne pozycje. Dodatkowo – nie potrafili wykorzystać potencjału genueńskich kuszników, którzy albo ginęli stratowani przez własną jazdę (jak pod Crécy) albo zostali przesunięci na tyły i wyłączeni z walki (jak pod Azincourt).

Kusza – średniowieczny Javelin

Może Francuzi nie potrafili wykorzystać potencjału kuszników, a przecież trzeba pamiętać, że odpowiednio użyta kusza mogła być dla rycerza tym, czym dziś wyrzutnia Javelin dla czołgu – solidnie wykonany model potrafił bowiem na krótkim dystansie przebić zbroję płytową!

Nic dziwnego, że kusza zyskała sławę broni nierycerskiej, haniebnej i rozpowszechniła się zwłaszcza wśród mieszczan i chłopstwa. Mimo że mechanicznie jest dużo bardziej skomplikowana niż łuk i trzeba ją dłużej przeładowywać – była paradoksalnie bardziej skuteczna w rękach nieprzeszkolonego żołnierza. Łatwiej było z niej celować, miała także znacznie większą efektywną nośność pocisku.

O tym jak bardzo śmiercionośną bronią była kusza, świadczy próba zakazu jej używania w konfliktach między chrześcijanami przez papieża na II soborze laterańskim w 1139 roku. Skoro sam Innocenty II stwierdził, że nie wypada jej używać, to wiadomo, że działa… Zakazy te nie zdały się jednak na wiele i kusze były powszechnie używane nie tylko przeciw Saracenom, ale również podczas wojen w Europie. Odegrały znakomitą rolę między innymi podczas wojen husyckich w Czechach (1419-1434).

Wojska husyckie, zwykle mniej liczne od katolickich, nie miały ochoty na otwarte starcia w polu. Zamiast tego stawiały na spryt – i na tabory (niem. wagenburg), czyli wozy bojowe spięte ze sobą na kształt ruchomej fortecy. Kiedy ciężka kawaleria próbowała się do nich dobrać, Czesi siedzący w wozach zasypywali jeźdźców gradem bełtów, strzał i pocisków z prototypowej broni palnej.

Huk hakownic i armat, choć nie zawsze celnych, robił swoje: płoszył konie i straszył żołnierzy przeciwnika, którym długo mogło jeszcze dzwonić w uszach. W 1420 roku pod Sudomierzem ta taktyka pozwoliła husytom odeprzeć kilkukrotnie liczniejszą jazdę cesarską, a jedenaście lat później, pod Domažlicami, wystarczyło samo nadejście ,,heretyków”, by armia krzyżowców rozpadła się w panice. Nic dziwnego, że ta szkoła walki w taborach błyskawicznie znalazła naśladowców w całej Europie.

Po co szarżować, skoro można strzelać z kuszy?

Słysząc o licznych porażkach rycerstwa wobec broni dystansowej, może się wydawać, że dążenie do rozstrzygnięcia w walce wręcz wobec oczywistej przewagi zasięgu łuków i kusz było bezsensowne. Po co ćwiczyć całe życie na turniejach rycerskich i płacić krocie za zbroję i konia, skoro i tak zabije mnie byle jaki chłop pierwszym bełtem w pierś?

W tej kwestii kluczowe znaczenie ma europejska kultura rycerska, która mimo wzrostu popularności najemników, była wciąż jeszcze żywa u kresu średniowiecza. Wiele jednak sprowadza się też do dobrania odpowiedniej taktyki. Aby rzeczywiście wykorzystać przewagę broni miotanej w bitwie, konieczne było odpowiednie wybranie pozycji dla swoich oddziałów. Dlatego właśnie łucznicy i kusznicy najlepiej sprawdzali się podczas oblężeń za murami miast lub w szyku taborowym.

Anglicy podczas wojny stuletniej ustawiali swoich łuczników w terenie przystosowanym do defensywy – za błotem, palisadą, lasem włóczni i wilczymi dołami, uniemożliwiającymi skuteczną szarżę kawalerii. Rycerze decydujący się na natarcie przez takie bariery wytracali impet i ducha bojowego.

Mit niezwyciężoności angielskich łuczników prysł jednak w bitwie pod Patay w roku 1429, kiedy nie zdążyli oni przygotować niezbędnych umocnień, na dodatek zdradzając zwiadowcom swoją pozycję. Efekt? Zostali zgnieceni przez francuską jazdę. Broń dystansowa była bez wątpienia skuteczna, trzeba jednak docenić faktyczną siłę i efekt psychologiczny, jakie miała nadciągająca fala uzbrojonych po zęby wojowników na rozpędzonych rumakach.

Czy koniec średniowiecza to koniec rycerza? Piechota kontratakuje – dlaczego szarża nie zawsze wszystko rozwiązuje

Łuk i kusza mogły rycerza zranić, ale nie wyrzuciły go jeszcze zupełnie z siodła. Prawdziwy gwóźdź do trumny kawaleryjskich szarż przyniosły dopiero nowe formacje piechoty, wykorzystujące tabory, czworoboki wyposażone w różne warianty broni drzewcowej, a potem również działa i ręczną broń palną.

Pierwsze sygnały, że ciężka jazda wcale nie jest niezniszczalna, pojawiły się już w 1176 roku pod Legnano. Cesarz Fryderyk Barbarossa wyruszył do Włoch na czele prawie trzech tysięcy rycerzy przekonanych, że piechota lombardzka rozejdzie się na sam widok błyszczących zbroi i pary rozpędzonych kopyt. Nic z tego – mieszczanie i chłopi nie tylko zostali na miejscu, ale uformowali oni półkolisty szyk bojowy oparty o Carroccio(wóz bojowy) i bronili go zaciekle przez kilka godzin aż do przybycia posiłków – mimo ponawianych ataków wojska cesarskiego. Wobec natarcia przez owe posiłki na flanki i tył, morale wojska niemieckiego załamało się, a sam Barbarossa ledwo uniknął pojmania podczas ucieczki.

Podobny scenariusz rozegrał się w 1302 roku pod Courtrai. Francuska ciężka kawaleria pod wodzą zarozumiałego Roberta Szlachetnego ruszyła do szarży przez bagno, przekonana, że piechota flandryjska nie ma żadnych szans. Spowolniona przez teren wbiła się wówczas w ustawioną w czworobok piechotę, najeżoną bronią drzewcową, która przystąpiła do bezlitosnej rzezi. Od liczby poległych wówczas francuskich notabli nazywa się starcie pod Courtrai bitwą złotych ostróg, które mnogo znajdowano potem na polu walki.

W szeregach milicji zasłynęła wtedy dziwaczna broń o uroczej nazwie goedendag („dzień dobry”) – hybryda włóczni i maczugi ze stalowym okuciem i ostrym szpikulcem, która z pewnością nie zwiastowała nic dobrego temu, kto trafił na jej ostry koniec.

Jak stosować jazdę mądrze?

Nie zawsze jednak wystarczyło piechocie schować się za lasem pik i palisad, udając dużego jeża. Rycerze mieli w zanadrzu swoje sposoby na takie fortyfikacje, a czasem zwyczajnie dopisywało im szczęście – jak pod Falkirk w 1298 roku. Doszło tam do starcia króla Anglii, Edwarda I i Williama Wallace’a, lidera powstania w Szkocji.

Wallace zachował się bardzo mądrze – wybrał dla swoich wojsk defensywną pozycję na wzgórzu częściowo otoczonym mokradłami, kazał rozstawić zaostrzone pale i uformował piechotę w tzw. schiltrony, czyli kolumny najeżone pikami. Chociaż Szkoci zdołali się wybronić przed pierwszym atakiem angielskiej jazdy, po ostrzelaniu przez łuczników zarówno ich liczba, jak i morale stopniały na tyle, że kolejna szarża była już nie do powstrzymania.

Średniowieczna ciężka jazda w dobrych rękach była zatem bardzo użytecznym narzędziem – nie tylko przeciwko wrogiej ciężkiej jazdy, ale w odpowiednich wypadkach także przeciw najeżonej włóczniami piechocie. Problemem była często zwyczajna pycha dowódców, którzy nie wiedzieli, w co się pakują.

Pod względem niewłaściwego użycia w boju ciężkiej jazdy ciekawa jest zwłaszcza bitwa pod Castillon z roku 1453 między Francuzami a Anglikami – ostatni epizod z wojny stuletniej, gdzie scenariusz spod Crécy i Azincourt powtórzył się… w sposób odwrócony! Bezmyślny atak na pozycje francuskie przypuścili wówczas Anglicy pod wodzą Johna Talbota.

Większość jazdy wobec trudności forsowania wałów ziemnych zostawiła konie z tyłu i rzuciła się pieszo do szturmu na gniazdo artylerii. Choć ogień z dział nie zdołał skruszyć zapału Anglików, ich porażkę przypieczętowało natarcie od flanki bretońskiej jazdy – dobrze użytej wobec beznadziejnej pozycji przeciwnika. Podczas odwrotu swojej armii zginął sam Talbot. Przygniótł go własny koń trafiony pociskiem z działa. Co za symbol końca epoki!

Ciężkozbrojny rycerz przechodzi do lamusa – tercios i broń palna pod Pawią

Jak widać, reguły gry  na wojnie zmieniły się w wieku XV i XVI, kiedy broń palna ze straszaka i nowinki zamieniła się w prawdziwe narzędzie zagłady. Za datę przełomową uznaje się 24 lutego 1525 roku, kiedy to podczas wojen włoskich porażkę o symbolicznym znaczeniu poniosła pod Pawią ciężka jazda francuska.

Chociaż król Francji Franciszek I zdołał początkowo pokonać jazdę hiszpańską, został potem otoczony przez oddziały tercios – pieszych żołnierzy wyposażonych w ok. 4-5 metrowe piki i broń palną – arkebuzy. Wobec intensywnego ostrzału i skutecznej blokady manewrowości przez pikinierów, jazda francuska topniała w oczach – niektórzy z rycerzy tracili w walce swoje konie i przechodzili do walki pieszo. Niestety w takiej pozycji żaden opór nie zdołał odwrócić losów bitwy – tego dnia mnóstwo rycerstwa francuskiego zginęło, reszta elity natomiast – w tym sam monarcha – trafiła do cesarskiej niewoli. Nieszczęśliwy Franciszek I pisał potem: ,,ze wszystkiego pozostały mi jedynie honor i życie, które ocalało”.

Bitwa pod Pawią to symboliczny koniec etosu rycerskiego na Zachodzie. Chociaż turnieje rycerskie cieszyły się tam jeszcze pewną popularnością do końca XVI wieku, to z pól bitwy zniknęła już zakuta w stal od stóp do głów elita, preferując raczej komfort swoich posiadłości, królewskiego dworu lub – jeśli już – ewentualnie karierę oficerską.

Wojny zdominowała piechota uzbrojona najpierw w piki i arkebuzy, potem w muszkiety z bagnetami, a na koniec w karabiny. W tej wojnie nie było już nic rycerskiego. Jazda została zmarginalizowana, spadło również znaczenie pancerza. Kluczem stała się ilość – a nie jakość. Koszt wierzchowca i stalowej zbroi znacznie przewyższał ich benefity na polu walki, skoro jeden muszkiet mógł pozbawić życia zarówno najlepiej odzianego żołnierza, jak i jego rumaka. Chociaż… Czy w zupełności tak właśnie było?

Drugie życie rycerstwa w Europie

Po bitwie pod Pawią jazda na zachodzie Europy zeszła na drugi plan i została sprowadzona do roli mobilnych strzelców. Eksperymentalną taktykę jazdy na przełomie XVI i XVII wieku stanowił tzw. karakol – jeźdzcy podjeżdżali do oddziałów piechoty wroga, oddawali salwę z pistoletów, po czym zawracali, przeładowywali – i tak w kółko. Brzmiało to całkiem sprytnie, ale wyglądało mniej jak wojna, a bardziej jak lekcja makabrycznego baletu dla mężczyzn z nadwyżką wolnego czasu.

Podczas gdy zachodnia jazda bawiła się w karakol i pudrowała peruki, w Polsce husaria dalej waliła z kopią na czoło wroga. Szlachta w skrzydłach na plecach udowadniała, że średniowiecze nad Wisłą skończyło się jakieś sto pięćdziesiąt lat później – i dobrze, bo pod Kircholmem, Trzcianą czy Kłuszynem to właśnie husarskie szarże wgniatały Szwedów i Rosjan w glebę. Po licznych sukcesach husarze zostali być może podpatrzeni przez Zachód, który już niedługo potem zmienił zdanie na temat skuteczności ciężkiej jazdy.

W czasie wojny trzydziestoletniej (1618-1648) pod okiem takich dowódców jak Gustaw Adolf (Lew Północy) ze strony protestantów i Gottfried Heinrich Graf zu Pappenheim po stronie katolików uformowały się oddziały tzw. kirasjerów. Co prawda kirasjerzy nie używali podczas natarcia kopii, tylko pałaszy i pistoletów, z reguły – oprócz oficerów – nie pochodzili również z rycerstwa… ale przynajmniej szarżowali – i to się liczy. Nosili na sobie ciężki hartowany pancerz, który dawał pewną ochronę przed bronią palną… jeśli jeźdźcowi dopisało szczęście.

Natarcia impetem takich formacji potrafiły być bardzo skuteczne przeciw jeździe przeciwnika, a także wobec piechoty. Kirasjerzy zasłynęli w takich bitwach jak Breitenfeld (1631), gdzie Szwedzi pokonali kontrszarżą jazdę cesarską, stosującą przestarzały karakol czy Lützen (1632) – tam mimo śmierci Lwa Północy Szwedzi zmusili Austriaków do odwrotu.

Agonia ciężkiej jazdy

Kirasjerzy szybko zredukowali jednak ciężki pancerz, który nie dość, że był drogi, to nie umiał dostatecznie oprzeć się dziurawieniu przez kule. Zostawili sobie za to jedynie najważniejsze jego części, czyli napierśniki i hełmy. Wsławiali się jeszcze często w następnych wiekach – zwłaszcza w wojnach napoleońskich, gdzie często ich szarże rozstrzygały o losach bitwy. Szarże te musiały być jednak prowadzone umiejętnie i w korzystnym terenie – lekkomyślne natarcie generowało bowiem zdecydowanie zbyt duże straty wobec stale ulepszanej broni palnej i artyleryjskiej.

Pod Waterloo (1815) wielokrotnie powtarzane ataki kirasjerów prowadzone w błocie i pod górkę rozbijały się o brytyjskie czworoboki piechoty, które za pomocą kul i bagnetów przerzedziły ich szyki o kilka tysięcy ludzi. W XIX i XX wieku – oprócz okazjonalnych sukcesów – kirasjerzy bojowo stracili już na znaczeniu i zmienili się w formacje ceremonialne.

Husaria w Polsce natomiast starzała się zaskakująco powoli, ale niestety już w latach 50. XVII wieku zdradzała oznaki bezradności wobec niektórych wojennych scenariuszy. Podobnie jak jazda Zygmunta Luksemburskiego przeciw husyckim wozom bojowym, husaria nie radziła sobie z taborami i umocnieniami kozackimi. W roku 1652 zaliczyła w związku z tym sromotną porażkę pod Batohem, zakończoną rzezią koronnego wojska.

W wielu starciach udawało jej się przebić przez szeregi wroga i wtedy rzeczywiście królowała na polu bitwy (Warka, 1656; Chocim, 1673), w innych jednak przytłaczały ją przeszkody terenowe i ogień z broni palnej. Husaria musiała się wtedy wycofać bez znacznych sukcesów (Warszawa, 1656; Kliszów, 1702).

Zwycięstwo w bitwie pod Wiedniem (1683) było dla niej ostatnim pozytywnym akordem, który wybrzmiał dzięki dobremu dowództwu, zgraniu z sojusznikami i nieprzygotowaniu przeciwnika. Potem jednak ciężka jazda kopijnicza odeszła w zapomnienie. Husaria u progu XVIII wieku była przestarzała wobec defensywnych taktyk piechoty i zdecydowanie za droga – zwłaszcza, że Rzeczpospolita nie była już w pozycji, by toczyć samodzielne wojny.

Co tak naprawdę zabiło rycerza na koniu?

Kusza, pika czy muszkiet – co tak naprawdę zabiło rycerza na koniu? Można odpowiedzieć, że wszystko po trochu. Kusza, łuk i przeszkody terenowe odebrały mu aurę niezwyciężoności, a pika i muszkiet dokończyły dzieła, udowadniając, że nawet majątek wydany na pięknego rumaka i lśniącą zbroję nie ocalą go na wojnie. Nie była to więc wyłącznie kwestia technologii. Rycerza zabiły też pieniądze, a raczej ich brak: zbroja, koń i służba kosztowały tyle, że w końcu nikt nie chciał finansować żywych reliktów, skoro można było za te same pieniądze wyszkolić i wyposażyć setkę piechurów.

Zabiła go też kultura. Europa przestała bowiem wierzyć w bajkę, że wojna to pojedynek herosów. Zamiast turniejów i pasów rycerskich nastał czas rachunków, podatków i kontraktów wojskowych. Wojna stała się biznesem, a rycerz – złą inwestycją kapitału.

Czy to źle? To zależy, z której strony spojrzeć. Z jednej – romantyczna wizja rycerskiej wojny, stanowiącej pokaz umiejętności, opartej na honorze i tradycji wydaje się może piękniejsza niż nowożytne czy współczesne konflikty, toczone w okopach wśród huku dział. Z drugiej jednak strony, wojny niezależnie od użytych środków i technologii nigdy nie toczyły się z dobrych intencji.

Tak więc odpowiedź brzmi: rycerza na koniu zabiła nie jedna broń, ale cała epoka. Nowoczesność. A jej symbolem stały się nie miecz i tarcza, lecz pikinier z arkebuzerem, a za nimi rachmistrz z księgą wydatków.

Comments are closed.