Darko Cvijetić, To za dużo dla mnie
Darko Cvijetić wraca do wojny bez bezpiecznej odległości. W „To za dużo dla mnie” bierze na warsztat zbrodnie wojenne, winę, karę, dziedziczenie traumy i najbardziej niewygodne pytanie: co dzieje się ze sprawcą, gdy wojna już dawno zeszła z pierwszych stron gazet, a on nadal oddycha, chodzi, je, śpi i próbuje żyć wśród ludzi?
Bohaterem książki jest Filip Latinović, człowiek skazany za zbrodnie przeciwko ludzkości, który po dwudziestu latach wraca do rodzinnego kraju, gdzie część społeczeństwa wita go jak bohatera narodowego.
Książka ukazała się po polsku w przekładzie Doroty Jovanki Ćirlić, pod oryginalnym tytułem „Previše mi to. Osam djevojčica”. I już sam podtytuł, „Osiem dziewczynek”, ustawia ton tej lektury. Cvijetić nie daje czytelnikowi wygodnej historii o „rozliczeniu”. Tu wszystko przecieka: krew, pamięć, religijne obrazy, dzieciństwo, ojcostwo, synostwo, wina i język, który nie chce zachowywać się jak porządna proza.
To z pewnością najmocniejsza, najbardziej przytłaczająca, najbardziej bolesna, najbardziej potrzebna i najlepsza książka Cvijeticia.
Zbrodnia po wojnie
Najmocniejsze w tej książce wydaje się przesunięcie punktu ciężkości. Cvijetić nie zatrzymuje się przy samej zbrodni. Interesuje go świat po zbrodni. Ten nieznośny moment, gdy sprawca nie znika, ofiary nie milkną, a społeczeństwo zaczyna robić swoje ulubione wygibasy moralne. Raz potępia, raz wybiela; raz nazywa mordercę bohaterem, a raz udaje, że nic się nie stało, bo święty spokój wielu ludziom nadal smakuje najlepiej.
Filip Latinović jest tu figurą straszną, bo niewygodnie ludzką. Nie działa jak papierowy potwór z etykietą „zło”. Gdyby działał, byłoby łatwiej. Można byłoby go zamknąć w jednym zdaniu, odsunąć od siebie i powiedzieć: sprawa załatwiona. Cvijetić zabiera tę wygodę. Pokazuje człowieka, który niesie własną winę jak uszkodzony organ. Żyje, ale każdy oddech pracuje przeciwko niemu. I ta niewygodna towarzyszy nam przez cały czas podczas lektury (i jeszcze długo po niej).
Wszyscy jesteśmy Filipami. Nie dlatego, że wszyscy jesteśmy sprawcami takich czynów. Taka teza byłaby tania i moralnie podejrzana. Raczej dlatego, że wszyscy funkcjonujemy w świecie po czyjejś przemocy. Dziedziczymy przemilczenia, wygodne wersje historii, rodzinne lęki, narodowe mity, język usprawiedliwień. Każdy ma w sobie jakiegoś Filipa: kogoś, kto chce wierzyć, że przeszłość da się oddzielić grubą kreską, a potem odkrywa, że kreska była narysowana kredą na deszczu.
Ojciec, syn, wnuk. Trauma ma długie nogi
Wątek ojca, syna i wnuka otwiera książkę na coś jeszcze cięższego niż jednostkowa wina. Cvijetić pokazuje przemoc jako dziedzictwo, które nie potrzebuje testamentu. Przechodzi dalej w milczeniu, w spojrzeniu, w unikaniu pytań, w napięciu przy stole, w rodzinnej opowieści urwanej pół zdania za wcześnie.
Trauma międzypokoleniowa ma tutaj ciało, nerwy, twarz dziecka, które dostaje w spadku cudzą historię, zanim zdąży zrozumieć własną. Ojciec, syn, wnuk: trzy miejsca w rodzinie, trzy różne sposoby noszenia tej samej ciemności.
Najbardziej boli dziecko-morderca. Bo dziecko w kulturze zwykle ma działać jak ostatni bastion niewinności. Gdy pojawia się dziecko zdolne do zabicia, pęka cały porządek, którym lubimy się pocieszać. Nagle widać, że zło nie zaczyna się w dorosłości, w mundurze, w rozkazie, w ideologii. Może wejść wcześniej, znacznie wcześniej. Może zostać podane jak zatrute jabłko.
Węże, jabłko, Bóg. Wiara bez pocieszenia
Węże, jabłko, wiara, Bóg – te symbole działają jak brudne lustra. Jabłko przywołuje upadek, ale Cvijetić nie prowadzi czytelnika prostą drogą do religijnej przypowieści. Wąż nie syczy z dekoracji. Bóg nie przychodzi jako łatwa odpowiedź. Wiara nie porządkuje świata; raczej podkręca napięcie, bo gdzie wstawić Boga po ośmiu dziewczynkach? Gdzie umieścić sumienie po zbrodni? Gdzie kończy się kara, jeśli winy nie da się odłożyć?
Cvijetić nie pisze po to, żeby czytelnik mógł zamknąć książkę i poczuć się lepszym człowiekiem. Pisze tak, żeby po zamknięciu książki nadal coś drapało od środka.
„To za dużo dla mnie” działa jak literatura po przejściu przez sąd, cmentarz i rodzinny stół, przy którym nikt nie chce powiedzieć prawdy. Cvijetić nie szuka wygodnej empatii dla sprawcy, lecz pokazuje, jak straszne bywa wejście w cudzą winę bez prawa do łatwego wyroku. Filip Latinović przeraża, nie mieści się w prostej kategorii potwora. A gdy potwór zaczyna przypominać człowieka, czytelnik traci najwygodniejszą kryjówkę.
Forma rozsypana, bo świat też jest rozsypany
Zaburzona chronologia nie wygląda tu na kaprys formalny. W tej historii linearny porządek byłby podejrzany. Wojna, trauma i wina nie układają się od punktu A do punktu B. Wracają, zacinają się, przeskakują, mylą czas, mieszają głos prywatny z cudzym, literackie odniesienie z dokumentalnym ciężarem, poetycki skrót z brutalnym konkretem.
Język książki jest zawieszony między prozą a poezją, z krótkimi, urywanymi zdaniami i powracającymi frazami. Jest to lektura niezwykle niekomfortowa, miejscami poszarpana, chwilami duszna.
Mieszanka form tekstu pracuje na sens. Czytelnik nie dostaje opowieści prowadzonej za rękę. Dostaje odpryski, głosy, obrazy, powroty, przypomnienia. Motywy, które wracają jak natrętna myśl. Osiem dziewczynek. Filip. Wina. Bóg. Wąż. Jabłko. Ojciec. Syn. Wnuk. Za dużo dla mnie. Za dużo dla nas.
Być Filipem Latinoviciem
Być Filipem Latinoviciem to coś strasznego. I nie chodzi o współczucie rozumiane jako tani gest wobec sprawcy. Chodzi o wejście w miejsce, gdzie człowiek zostaje z własnym czynem, a społeczeństwo próbuje go albo osądzić, albo wykorzystać, albo przerobić na figurę narodowej dumy. Najgorsze, że każda z tych reakcji może być kolejną formą ucieczki od prawdy.
Cvijetić pisze o świecie, w którym kara nie zamyka sprawy. Wyrok ma datę, wina nie. Więzienie może się skończyć, pamięć ofiar nie ma obowiązku kończyć czegokolwiek. Sprawca wraca, ale nie wraca do życia sprzed zbrodni. Takiego życia już nie ma. Może istnieć tylko pośród ruin, które sam współtworzył.
„To za dużo dla mnie” jest książką krótką, ale ciężką gatunkowo. Nie przez objętość, tylko przez moralny nacisk. Cvijetić bierze wielkie tematy (zbrodnie wojenne, winę, karę, traumę, dziedziczenie przemocy, religię, dzieciństwo) i nimi uderza, rani, rani boleśnie.
To za dużo dla mnie. To za dużo dla nas. Nie jako deklaracja rezygnacji, raczej jako uczciwe rozpoznanie granicy. Literatura czasem powinna nas do tej granicy doprowadzić.
Wydawnictwo Noir sur blanc
Agnieszka Cybulska
Egzemplarz recenzencki otrzymany od Wydawnictwa Noir sur blanc. Tekst jest subiektywną oceną autora, redakcja nie identyfikuje się z opiniami w nim zawartymi.