Winda Schindlera |Recenzja

Darko Cvijetić, Winda Schindlera

Tytuł „Winda Schindlera” uruchamia pamięć o Liście Schindlera, o ratowaniu ludzi z Zagłady, o jednym z najmocniejszych symboli XX-wiecznej kultury pamięci. A potem Darko Cvijetić bezceremonialnie zabiera spod nóg cały ten gotowy mechanizm skojarzeń. Schindler okazuje się nazwą producenta windy. Nie nazwiskiem bohatera, figurą ratunku i z pewnością – nie obietnicą ocalenia.

Polskie wydanie książki ukazało się w Noir sur Blanc w przekładzie Doroty Jovanki Ćirlić. To specyficzna opowieść o mieszkańcach dwóch sąsiadujących wieżowców w Prijedorze, mieście naznaczonym wojną w Bośni i Hercegowinie. Narracja cofa się do lat 70., do czasu budowania wspólnego życia, a potem prowadzi przez rozpad świata, który wojna rozszarpała od środka.

„Winda Schindlera” działa trochę jak zastawiona pułapka. Czytelnik widzi nazwisko Schindler i sam dopowiada sobie sens. Literatura dobrze zna takie mechanizmy. Wystarczy jedno nazwisko, jedna nazwa, jeden kulturowy skrót, a głowa natychmiast zaczyna produkować gotowe znaczenia. Ocalenie, lista, fabryka, Żydzi, Spielberg. Moralny wyjątek w świecie przemocy.

Cvijetić bierze ten gotowy pakiet skojarzeń i podstawia pod niego windę w bloku.

Winda należy do codzienności. Do rzeczy tak zwykłych, że przestajemy je zauważać. Naciskamy guzik, czekamy, wchodzimy, jedziemy. Mechanizm wykonuje swoją pracę. W świecie Cvijeticia zwykły mechanizm zostaje jednak wpisany w pamięć o wojnie, sąsiedztwie, przemocy i śmierci. Kabina windy przestaje być neutralnym urządzeniem. Staje się miejscem przejścia przez kolejne piętra zniszczonej wspólnoty.

Tytuł prowadzi więc w dwie strony naraz. Z jednej strony przywołuje wielką historię, Zagładę i figurę Schindlera jako człowieka, który ratował. Z drugiej strony sprowadza czytelnika do bloku w Prijedorze, do zwykłych mieszkań, korytarzy, drzwi, sąsiadów.

Nazwisko, marka, fałszywa obietnica sensu

Najmocniejszy sens tytułu bierze się z rozdwojenia słowa Schindler. Nazwisko Schindlera w kulturze pamięci zostało mocno związane z ratunkiem. Marka Schindler oznacza urządzenie techniczne. Cvijetić nie musi długo tłumaczyć tej gry.

Cvijetić robi coś znacznie ciekawszego niż prosta aluzja do Listy Schindlera. On sprawdza, co zostaje z wielkich symboli, kiedy wprowadzi się je w przestrzeń po wojnie, po czystkach, po sąsiedzkiej przemocy. Odpowiedź jest nieprzyjemna: czasem zostaje tylko nazwa na metalowej tabliczce.

To okrutnie precyzyjne. Wojna w tej książce nie potrzebuje wielkich deklaracji. Nie przychodzi wyłącznie jako front, mundur, rozkaz, armia. Przychodzi do mieszkań. Przechodzi przez klatkę schodową. Wchodzi między ludzi, którzy mogli znać swoje imiona, swoje dzieci, swoje przyzwyczajenia. Czytamy o losach mieszkańców dwóch sąsiadujących wieżowców, a więc o mikroświecie, który przed wojną mógł wyglądać jak zwykła mapa codzienności.

Tytuł „Winda Schindlera” zawiera w sobie cały ten paradoks: nazwa kojarzona z ocaleniem pojawia się przy urządzeniu, które nie ocala nikogo. Nie zatrzymuje przemocy, nie przywraca sąsiedztwa, nawet nie rozpoznaje winnych i niewinnych. Jeździ. Mechanicznie, obojętnie, regularnie.

Winda jako pionowa mapa rozpadu

Winda ma prostą funkcję: łączy piętra. U Cvijeticia ten ruch nabiera znaczenia symbolicznego. Wieżowiec może być czytany jak przekrój przez wspólnotę. Na jednym piętrze ktoś żyje, na innym ktoś znika, gdzie indziej ktoś pamięta, ktoś milczy, ktoś udaje, że nie widział. Winda porusza się między tymi warstwami jak narzędzie pamięci, które nie ma uczuć, ale wszystko widziało.

Wojna nie dzieje się „gdzieś tam”. Wchodzi do klatki, do mieszkania, do windy. Prijedor zostaje nazwany miejscem znanym ze zbrodniarzy wojennych, obozów i malarzy; już samo takie zestawienie ma w sobie brutalny skrót losu miasta, w którym sztuka i zbrodnia stoją niepokojąco blisko siebie.

Winda porządkuje tę przestrzeń inaczej niż mapa. Mapa pokazuje granice, rzeki, drogi, fronty. Winda pokazuje pion, piętra, sąsiedztwo, bliskość. U Cvijeticia właśnie bliskość boli najbardziej; wojna domowa niszczy nie abstrakcyjne państwo, lecz relacje ludzi, którzy mieszkali obok siebie.

Ten tytuł ma więc w sobie chłód dokumentu i siłę metafory.

Banalność przedmiotu, brutalność pamięci

W literaturze o wojnie najłatwiej popaść w wielkie słowa. Zdrada, pamięć, trauma, zbrodnia, wina, ocalenie. Wszystkie potrzebne, ale po nadmiarze zaczynają tracić ostrość. Cvijetić idzie zupełnie inną drogą. Zamiast wielkiego pojęcia wybiera przedmiot. Windę.

To decyzja bardzo dobra, bo przedmiot nie komentuje,, nie tłumaczy. Po prostu istnieje. A przez to staje się jeszcze bardziej oskarżycielski. Winda może pamiętać więcej niż ludzie, którzy próbują zapomnieć. Może być bardziej uczciwa niż mieszkańcy, którzy po wojnie układają sobie wygodne wersje zdarzeń.

Co ciekawe, po wydaniu książki sama firma Schindler zareagowała na powieść. Problemem stało się skojarzenie nazwy windy z Holokaustem, wojną w Bośni oraz śmiercią dziecka. Sam Cvijetić tłumaczył, że szukał precyzyjnego obrazu literackiego dla opowieści grozy. Warto jednak zaznaczyć, że w całej książce (oprócz tytułu) nie pada ani razu wyrażenie „winda Schindlera”, mamy za to cały czas określenie „winda (znanej światowej marki)”.

Literatura narusza neutralność nazw. Firma chce mieć markę, produkt, logo, bezpieczeństwo znaczenia. Pisarz pokazuje, że żadna nazwa nie żyje w próżni. W realnym świecie nazwy przyklejają się do miejsc, śmierci, pamięci, winy.

Prowokacja dla prowokacji? Zdecydowanie nie

Łatwo byłoby uznać „Windę Schindlera” za tytuł prowokacyjny. Łatwo, ale zbyt prosto. Cvijetić nie używa Schindlera jako taniego haczyka. Nie opiera książki na efekciarskim mrugnięciu do czytelnika. Ten tytuł ma sens, łączy trzy porządki: pamięć o Zagładzie, pamięć o wojnie w Bośni i zwykłą materialność bloku.

W tym napięciu pojawia się pytanie o hierarchie pamięci. Jedne tragedie mają swoje rozpoznawalne obrazy, filmy, nazwiska, symbole. Inne długo zostają lokalne, poszarpane, niewygodne, politycznie źle opowiedziane albo zbyt bliskie, by mówić o nich spokojnie. Cvijetić pokazuje, jak pamięć jednego wydarzenia może zasłonić inne, jeśli czytelnik za szybko pójdzie za gotowym skojarzeniem.

Tytuł sprawdza więc czujność. Czy zatrzymamy się przy Liście Schindlera, bo znamy ten kod? Czy zauważymy Prijedor, mieszkańców wieżowców, wojnę w Bośni, lokalną topografię śmierci? Czy pozwolimy, by wielka zachodnia ikona przykryła bałkańską ranę?

To pytanie jest nieprzyjemne, ale potrzebne. Cvijetić nie pozwala czytelnikowi wygodnie rozsiąść się w znanych symbolach.

Miniatura całej metody Cvijeticia

 „Winda Schindlera” ma formę zbliżoną do poetyckiej, skondensowanej prozy, opartej na fragmentach i losach mieszkańców. Ma nietypowy, bliski poezji sposób opowiadania o dramacie Bośni i Hercegowiny. Mamy krótkie rozdziały, krótkie zdania i duuuży ciężar emocjonalny całej formy.

Tytuł idealnie pasuje do takiej metody. Sam działa jak fragment: krótki, ostry, nie do końca wyjaśniony. Zamiast pełnej deklaracji dostajemy zderzenie dwóch słów. „Winda” i „Schindlera”. Resztę trzeba przepracować samodzielnie.

To dobra literatura robi często najlepiej: nie mówi za czytelnika, ale ustawia go w miejscu, z którego nie da się już patrzeć tak, jak wcześniej. Po takim tytule zwykły blok przestaje być zwykłym blokiem. Winda przestaje być tylko windą. Nazwa producenta przestaje być neutralna. Historia przestaje mieścić się w rocznicach, podręcznikach i oficjalnych przemówieniach.

Ratunek, który nie nadchodzi

Schindler w kulturze popularnej oznacza człowieka, który potrafił wyjąć część ludzi z maszyny śmierci. U Cvijeticia maszyna nadal działa, ale ratownik nie przychodzi. Zostaje tylko nazwa. Pusta, techniczna, obojętna.

Ten kontrast jest brutalny; opiera się na rozczarowaniu nadzieją. Czytelnik dostaje sygnał ocalenia, a potem wchodzi w opowieść o świecie, w którym ocalenie nie ma prostego języka. Wojna w Bośni, rozpad Jugosławii, przemoc etniczna, sąsiedzka pamięć, przemilczenia – wszystko to nie składa się w wygodną opowieść o człowieku, który uratował innych i stał się moralnym wyjątkiem. Tutaj wyjątek nie porządkuje świata. Świat zostaje rozbity.

W rozmowie dla NIN Cvijetić mówił szerzej o narracjach, które przeczą temu, co ludzie widzieli na własne oczy, oraz o doświadczeniu Prijedoru i jego powojennej pamięci. Winda może być wtedy czytana jako urządzenie nie tyle ruchu, ile powrotu. Ciągle wraca na te same piętra. Jak pamięć, trauma; jak pytanie, na które nikt nie chce odpowiedzieć przy sąsiedzkich drzwiach.

„Winda Schindlera” brzmi jak tytuł o ocaleniu, ale prowadzi w sam środek świata, w którym ocalenie nie potrafi już nadać sensu przemocy. Cvijetić bierze nazwę urządzenia codzienności i zamienia ją w zimny skrót pamięci o wojnie, sąsiadach, winie i milczeniu.

Tytuł jest prosty, jest niewygodny, nie pozwala czytelnikowi zostać przy pierwszym skojarzeniu. „Winda Schindlera” najpierw udaje znany kod kultury, a potem pokazuje jego bezradność wobec innej historii. Przenosi ciężar z wielkiej figury ratunku na lokalną przestrzeń przemocy. Z człowieka-symbolu na przedmiot, z listy ocalonych na budynek, w którym ludzie żyli obok siebie, zanim wspólnota pękła.

Najlepsze tytuły nie streszczają książki. One ustawiają jej pole rażenia. Ten robi właśnie taką robotę. Otwiera znaczenia, ale nie rozbraja ich za czytelnika. Każe zapytać, czy nazwa może być winna, czy przedmiot może pamiętać, czy blok może stać się archiwum wojny, czy sąsiedztwo po zbrodni ma jeszcze jakiekolwiek niewinne piętro.

Cvijetić w tytule zamyka całą swoją brutalną intuicję: historia nie zawsze potrzebuje pomników. Czasem wystarczy winda i mała tabliczka z nazwą, która nagle waży za dużo.

To jedna z najlepszych książek, jakie przeczytałam w życiu (obok pozostałych tytułów Cvijetića).


Wydawnictwo Noir sur blanc
Agnieszka Cybulska


Egzemplarz recenzencki otrzymany od Wydawnictwa Noir sur blanc. Tekst jest subiektywną oceną autora, redakcja nie identyfikuje się z opiniami w nim zawartymi.

Comments are closed.