Anna Skowrońska, ilustracje: Małgorzata Cichocka-Stelmaska, Do twarzy. Dlaczego się malujemy?
Makijaż uchodzi za drobiazg, a tymczasem Do twarzy. Dlaczego się malujemy? odsłania go jako jedną z najstarszych form komunikacji: bardziej uporczywą niż moda, bardziej wymowną niż słowa. W środku tej opowieści pulsuje historia świata – nie w podręcznikowej wersji, lecz w odbiciach na skórze, w rytuałach, w pigmentach, które przetrwały epoki. To książka, która nie moralizuje i nie egzaltuje, tylko odsłania, jak zaskakująco poważny potrafi być jeden pociągnięty pędzel.
Czasem najciekawsze rzeczy kryją się w miejscach, w które zaglądamy mimochodem. W kolejce do sklepu, w przystankowym odbiciu szyby, w tym nerwowym ruchu ręki poprawiającej usta. Gdy popatrzeć uważniej, okazuje się, że właśnie tam rozpisuje się historia – niespieszna, niesprawiedliwie pomijana, ale uporczywa. Właściwie idealne tło dla książki o makijażu.
Język, który nosi się na skórze
Do twarzy. Dlaczego się malujemy? opowiada o makijażu tak, jakby był osobnym alfabetem: od antycznych pigmentów po współczesne symbole tożsamości. Skowrońska traktuje go jak narzędzie społecznego porozumiewania się – czasem subtelne, czasem ostentacyjne, zawsze wielowarstwowe. Jej narracja jest lekka, rytmiczna i wciągająca, choć materiał, którym operuje, ma ciężar archeologii, ikonografii i antropologii zarazem.
Podróż prowadzi przez epoki bez zadyszki i bez udawania, że historia jest liniowa. Znajdujemy się u boku Kleopatry, której czerwień ust miała swój konkretny sens polityczno-społeczny; przy Tutanhamonie, którego mocna kreska budowała wizerunek boskiego króla; na dworze Elżbiety I, gdzie biel twarzy była zbroją statusu; wśród Himba, Aborygenów, Jorubów, Chińczyków, których estetyki nie są ozdobnikami, tylko językami plemiennych i rodzinnych hierarchii. To mozaika, nie „dzieje makijażu”. Mocniejsza, bo nienaginana do zachodnich schematów.
Struktura twarzy, struktura opowieści
Skowrońska porządkuje książkę według części twarzy – oczy, usta, policzki, czoło – i to rozwiązanie działa jak dobry kompas. Narracja nie skręca w akademickie zakola, choć korzysta z badań kulturoznawczych, archeologicznych i antropologicznych. Jej siła polega na przejrzystości: każda anegdota jest na swoim miejscu, a każde zestawienie tłumaczy, jak podobne gesty mogą znaczyć zupełnie co innego w odległych od siebie kulturach.
Ilustracje Cichockiej-Stelmaskiej nie są dodatkiem, lecz równorzędnym elementem opowieści. Zderzają brutalizm historii z delikatnością formy, przez co książka ma tempo i wizualny nerw. W rezultacie narracja „dziecięco-młodzieżowa” nie jest infantylna – to rzadki przypadek publikacji, która nie schlebia młodszemu odbiorcy, tylko traktuje go serio.
Makijaż jako pole sił: rytuał, polityka, technologia
Trzon opowieści opiera się na kilku mocnych tezach: makijaż nie jest dodatkiem, lecz praktyką społeczną; funkcjonuje jednocześnie jako narzędzie wyrażania siebie i jako forma kontroli; jego znaczenia zmieniają się wraz z technologią i ekonomią; nigdy nie przynależał wyłącznie kobietom. Współczesna popkultura i dawne rytuały spotykają się tu bez zgrzytu – Bowie’owska błyskawica ma tyle samo wagi, co ceremonialny pigment z epoki faraonów.
Książka nie próbuje „wyjaśniać wszystkiego”, co jest jej przewagą. Nie tworzy sztucznej osi postępu, lecz układa historię makijażu w relacyjne sieci. To zgodne z najnowszym badaniem ciała jako przestrzeni negocjacji znaczeń, a nie prostego odbicia epoki.
Gdzie książka błyszczy, a gdzie tylko miga
Słabym punktem bywa kondensacja materiału – niektóre przykłady pojawiają się szybko i równie szybko znikają, pozostawiając czytelnika z apetytami na rozwinięcie. Osoby przyzwyczajone do analitycznych opracowań mogą odczuć lekki niedosyt. Jednak w obrębie literatury popularnonaukowej dla młodszej publiczności taki zabieg działa: zamiast zamykać temat, zachęca do eksploracji.
W rezultacie powstaje książka, która zgrabnie łączy przystępność z rzetelnością, nie boi się kulturowych niuansów i nie tonie w uproszczeniach. To publikacja, która daje narzędzia do patrzenia na twarz jak na mapę znaczeń – codziennych, politycznych, estetycznych.
Do twarzy. Dlaczego się malujemy? to dynamiczna, wizualnie mocna i dobrze przemyślana opowieść o makijażu jako praktyce kulturowej. Wyróżnia się klarowną narracją, bogactwem kontekstów i brakiem nachalnych interpretacji. Jej jedyną słabością jest skrótowość niektórych wątków, ale w tej kategorii wydawniczej działa to raczej na korzyść – zostawia przestrzeń na własne pytania. To książka, która nie tyle opowiada o makijażu, ile poszerza sposób, w jaki w ogóle patrzymy na ludzką twarz.
Wydawnictwo Muchomor
Ocena recenzenta: 6/6
Agnieszka Cybulska
Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Muchomor. Tekst jest subiektywną oceną autora, redakcja nie identyfikuje się z opiniami w nim zawartymi.