Kamila Jannasz, Dom bólu
Ile cierpienia wystarczy, aby wypełnić czyjś żywot? Czy członkowie rodziny mogą stać się największymi z oprawców? Czy ucieczka przed strachem przynieść może jeszcze większe cierpienie? Na te trudne pytania odpowiedzi szuka Kamila Jannasz w swej powieści pod tytułem Dom bólu.
I wiecie co? Odpowiedzi nie będą takie, jakich byście oczekiwali.
Wyobraźcie sobie Polskę lat 70. i 80. XX stulecia, gdzieś na mazowieckiej wsi. Miejscowość – nie ważne jak się zwie – skrywa wielką ludzka tragedię. Mała dziewczynka jest terroryzowana przez własną rodzicielkę. Tatuś udaje że nie widzi tragedii dziecka – łatwiej jest zagłuszyć wyrzuty sumienia alkoholem.
Mieszkańcy wsi oczywiście niczego nie widzą, bo oprawczyni funduje wszystkim darmową wyżerkę. Zresztą na wsi nosi ona miano wielkiej chrześcijanki, orędowniczki, wspomożycielki potrzebujących. A że okupywane to jest biedą własnej rodziny – kogo to obchodzi, byleby w brzuchu pełno było…
Pewnie zastanawiacie się, co stało się powodem bicia, poniżania, katowania Bogu ducha winnej dziewczynki? To proste – nie jest ukochanym dzieckiem, tym, które wcześniej zmarło. Jest niechciana, a to – w oczach matki – największa ze zbrodni. Dziewczynka nigdzie nie może znaleźć pomocy, nikomu nie może zaufać… Choć poprosiła o pomoc.
W takim brutalnym i cynicznym świecie dorasta, pozostawiona sama sobie, niewidzialna, pogardzana, wyszydzana…
U progu dorosłości wpada w oko pewnemu mężczyźnie, który postanawia wziąć od niej to, co podpowiadają mu lędźwie. A sposób w jaki to zrobi, nie gra roli. Byleby posiąść to, czego odmówiła mu nasza młoda bohaterka.
W wyniku gwałtu, poczęte zostało dziecko. Ale jak powiedzieć o tym matce, która jedyne co potrafi, to bić, ganić, poniżać, katować i odbierać radość z istnienia na tym świecie? Gdy w końcu wszystko wychodzi na jaw, rodzice Zosi karzą jej poślubić swego oprawcę. Tak więc, jej gehenna trwa nadal. A na jej końcu… Lepiej sprawdźcie sami.
Mniej niż zero
Książka jest trudna. Brutalność, która została tu opisana, przybija. Nie daje wytchnienia. I to pomimo faktu, że Autorka oszczędziła nam wielu… szczegółów. Dramat Zosi opisany jest tak sucho, jakby stwierdzało się same fakty. Nic więcej. Zero współczucia, zero litości.
Bohaterowie stykający się z główną bohaterką powieści, są nieczuli, zdezelowani, zajęci własnym życiem, w którym mała dziewczyna stanowi tylko przeszkodę, balast, którego nie można się pozbyć. Jest dla nich wyrzutem sumienia, a jednocześnie obiektem, na którym można rozładować własne frustracje, poniżenia, bolączki. Tak, Zosia jest przedmiotem, który można odrzucić w kąt, zniszczyć, zepsuć.
Z nieukrywaną goryczą muszę przyznać, że znam podobne historie dzieci, dla których nie było ani miłości, ani zrozumienia, tylko ból, ogromny ból. I nikogo, kto zechciałby pomóc. Życie na wsiach, ale i w miastach, gdzie wszyscy udają, że to nie jego sprawa, że nic nie było słychać, nadal mają swoje miejsce. Często tuż obok. Pod tym względem uważam, że Autorka poruszyła ważny problem społeczny, który tak chętnie staramy się wymazać z naszej wspólnej świadomości.
Ciężki los
Powieść jest trudna i czytałem ją z musu. Nie lubię czytać o maltretowaniu ludzi, o tym, że nie można wyrwać się z matni, że jest się skazanym na bycie ofiarą już u zarania własnego życia. I niezależnie od wszystkich czynów, nie można uciec. Los, zdaje się być nieubłagany niczym mitologiczna Ananke – bogini konieczności, przymusu, nieuchronności…
Litość – to tylko słowo, którego znaczenia nie zna tutaj nikt. Ból, wieczny ból i jego towarzysz strach. Nic więcej. straszna historia. Bez happy endu.
Książka Kamili Jannasz to powieść o cierpieniu i zdecydowanie nie nadaje się na szybką lekturę. Tekst rani, wymusza jednak uwagę. Bo jak nie przyznać, że podobne historie mają miejsce, być może tuż pod naszym bokiem?
Dom bólu – drobne uwagi
Jednak cos w tym nie do końca zagrało. Powieść jest jakby wyzuta z uczuć – być może czytelnika poruszy dramat Zosi, ale w powieści jej los nikogo nie interesuje. Równie dobrze mogłaby nie istnieć, i być może, tak byłoby dla niej lepiej. Zabrakło mi głębszego uzasadnienia, co motywowało jej główną oprawczynię, matkę Genowefę? Podobnie – dlaczego rodzice pozwolili, aby Zosia poślubiła swego oprawcę?
W powieści znalazłem kilka wątków, które nie trzymały się logicznej całości. Na przykład rozmowy głównej bohaterki, najpierw z ojcem, gdy o mało nie została zakatowana. Następnie rozmowa z ciotką, gdy uciekła z domu. A następnie „debata” między ciotką i matką Zosi.
Co nie gra? Głównie nad wyraz rzeczowa, dorosła przemowa bohaterki. Słownictwo, które nie ma prawa wyjść z ust, nawet najlepiej rozwiniętego, dziecka. Tu mamy do czynienia z zastraszonym dzieckiem, czy z pewną siebie, w pełni świadomą kobietą?
Również same wypowiedzi tych kobiet nie są spójne. Raz mówią językiem wsi. Innym razem – jak gdyby posiadały wyższe wykształcenie. I koniec końców – co wynika z tych rozmów? Nic. Absolutnie nic. Tak po prostu.
I fragment o rozmowie w szkole, z której nic nie wynikło. To po co była przeprowadzana? Co wniosła do książki? Przepraszam, ale ja tego nie kupuję. Nie zrozumiałem.
Książka składa się z 318 stron tekstu.
Wydawnictwo Novae Res
Ocena recenzenta: 4/6
Ryszard Hałas
Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Novae Res. Tekst jest subiektywną oceną autora, redakcja nie identyfikuje się z opiniami w nim zawartymi.