Zanim bitwa o Monte Cassino stała się jednym z głównych symboli kampanii włoskiej, alianci utknęli na górskim froncie, przy niedoborach ludzi, zaopatrzenia i jasnych rozstrzygnięć operacyjnych.
Kampania włoska ma ciężar wojny prowadzonej na nieprzyjaznym terenie, przy źle przygotowanym zapleczu i coraz większym zmęczeniu żołnierzy. W listopadzie 1943 roku amerykańska piechota mierzyła się nie tylko z niemiecką obroną, lecz także z błotem, zimnem, brakiem zimowych mundurów, słabym zaopatrzeniem i górskim krajobrazem, który sprzyjał obrońcom.
Był wysoki i chudy, miał wyniosły sposób bycia. Próżny, egocentryczny, niecierpiany przez prasę, przeklinany przez coraz więcej swoich żołnierzy, mimo wszystko robił, co mógł, żeby naprawić fuszerkę. Mark Clark, 47-letni dowódca 5. Armii, który miał zostać najmłodszym czterogwiazdkowym generałem w II wojnie światowej, otrzymał zdecydowanie za mało żołnierzy i zaopatrzenia.
Dostał do zrealizowania minimalnym nakładem środków niedopracowany plan bez jasno określonego celu. A teraz, dzień po heroicznych wyczynach porucznika Maurice’a Britta na Monte Rotondo, stał na cmentarzu na południe od Neapolu pośród setek białych krzyży. Ilu jeszcze Amerykanów zostanie pogrzebanych w tej przeklętej, obcej ziemi?
Był 11 listopada 1943 roku, dokładnie 25 lat od zakończenia ostatniego gigantycznego rozlewu krwi w Europie.
– Jesteśmy tutaj ćwierć wieku później z tymi samymi sojusznikami, co przedtem, i walczymy z tymi samymi wściekłymi psami, które zerwały się ze smyczy w tysiąc dziewięćset osiemnastym roku – powiedział Clark, który w poprzedniej wojnie został ciężko raniony szrapnelem w górną część pleców i ramię.
Patrzył na poległych, wiecznie młodych, ułożonych przed nim posłusznie w równych szeregach.
– Oddali życie – ciągnął – żeby nasi rodacy mogli wieść życie takie, jakiego zawsze pragnęliśmy, czyli szczęśliwe, a ich dzieci mogły chodzić do takich szkół i kościołów, do jakich chcą, zdobywać pracę, o jakiej marzą. Walczymy przede wszystkim o to, aby uratować swój kraj przed takim spustoszeniem jak tu, w Italii.
Na koniec Clark zwrócił się do zgromadzonych dygnitarzy i dziennikarzy:
– Nie możemy myśleć teraz o powrocie do domu. Nikt z nas tam nie wróci, dopóki to się nie skończy. Pochwyciliśmy pochodnię, którą ci żołnierze nam rzucili, i poniesiemy ją do Berlina, aż do zwycięstwa, i to bezapelacyjnego, które należy się zjednoczonym narodom.
Tekst jest fragmentem książki Czterech zuchwałych. Od piasków Afryki do serca III Rzeszy, która czeka na Ciebie tutaj:
Clark sprawiał wrażenie pełnego optymizmu, ale nader dobrze zdawał sobie sprawę, że wojska i jego, i Kesselringa są oszołomione, na granicy wyczerpania, i bliskie porażki. Kesselring liczył, że dywizje Clarka „połamią sobie zęby” na jego górskich umocnieniach obronnych, i tak właśnie się stało.
W miasteczku Cassino i w innych miejscach wzdłuż linii Gustawa wojna tkwiła w coraz tragiczniejszym impasie. Tragarzy i dźwigających nosze, i przygarbionych ludzi pełniących funkcje zwierząt jucznych, było tyle samo, co walczących, a większość nowych żołnierzy Clarka z ostatniego rzutu uzupełnień nie przeszła żadnego szkolenia w zakresie działań bojowych na terenach górskich. Szerzyła się stopa okopowa. Zaopatrzenie sprowadzone ze zrujnowanego portu w Neapolu, gdzie ponownie rozpanoszyła się mafia, wołało o pomstę do nieba; porucznik Britt wiedział o tym aż nadto dobrze, bo tydzień po tygodniu żywił się jedną trzecią standardowych racji. Ani jeden amerykański piechur na linii frontu nie dostał zimowego munduru.
15 listopada Lucian Truscott rozmawiał w swojej kwaterze z przedstawicielami prasy o linii Gustawa. Kilku reporterów ochrzciło go Człowiekiem z Żelaza. Sytuacja w górach, powiedział, zaczyna jako żywo przypominać wojnę pozycyjną w czasie I wojny światowej, kiedy to służył w kawalerii.
– To zdecydowanie najusilniej broniony teren, na jaki natrafiliśmy dotąd we Włoszech – tłumaczył. – Ale nie jest pod żadnym względem porównywalny z frontem zachodnim z ostatniej wojny, bo teraz mógłbym wysłać mały patrol, który przedrze się przez linię obrony w dowolnym punkcie; mógłbym wziąć Cassino bodaj jutro, gdybym nie szczędził swoich żołnierzy.
A gdy Cassino zostanie wreszcie zdobyte?
Czy stamtąd będzie już prosta droga do Rzymu?
– Nie, tego rodzaju teren jest za łatwy do obrony – odparł Truscott – a szkop to jednak dobry żołnierz. Nie oszukujmy się, sukinsyn ma w sobie jeszcze dużo woli walki.
Tamtego dnia Clark zarządził moratorium. Ofensywa miała zostać wznowiona po dwóch tygodniach odpoczynku. Generał major John P. Lucas, dowódca VI Korpusu, twierdził później, że gdyby dano mu jedną nową dywizję, alianci osiągnęliby przewagę we Włoszech tamtej jesieni 1943 roku i podeszli pod Rzym. Ale nie było żadnej świeżej krwi, żadnych posiłków, tylko błoto i niekończące się góry.
„Wojny” – zanotował Lucas w swoim dzienniku – „powinno się toczyć na lepszym terenie”.
Następnego dnia, 16 listopada, mocno poturbowana 3. Dywizja została wreszcie zdjęta z linii frontu. Jej piechurzy ustanowili rekord walki toczonej nieprzerwanie w Europie przez Amerykanów – 60 dni z rzędu – i zabawili w piekle dłużej niż którakolwiek inna amerykańska dywizja. Ponad 2500 ich kumpli znad Marny zostało rannych, a prawie 700 zginęło.
Był słoneczny ranek, kiedy Audie Murphy i Lattie Tipton z kompanii B dowiedzieli się, że ich koszmar nareszcie dobiegł końca. Zeszli z pozycji. Do pracy przystąpiły jednostki grobownicze i uwijały się jak termity na stokach wzgórz, które miały szybko popaść w niepamięć. Murphy i jego koledzy telepali się drogą pełną lejów po pociskach artyleryjskich, usianą posępnymi wrakami, obrzeżoną osmalonymi szkieletami drzew. Jedni byli odurzeni szczęściem, a inni oniemiali, przytłoczeni świadomością, że są żywi i pozostaną tacy do czasu, kiedy każą im wrócić.
Także Keith Ware, który dowodził kompanią B na Sycylii, zszedł z gór. Awansował na majora i objął stanowisko zastępcy dowódcy batalionu w 15. Pułku Piechoty, odpowiadał teraz za kierowanie jednostką bojową w sile ponad 800 żołnierzy. Z pewnością dostrzegał ogrom ich zmęczenia, kiedy zmierzali do wyznaczonych miejsc odpoczynku. Wśród tysięcy innych chłopaków znad Marny w dywizji Truscotta było wielu brodaczy o przekrwionych oczach, którzy całymi tygodniami zaciskali szczęki ze strachu i żalu, i patrzyli wzrokiem utkwionym w dal. Teraz, kiedy ich mięśnie twarzy zaczęły się w końcu rozluźniać, mieli zwiotczałe szczęki i półotwarte usta.
Chociaż we włoskich górach panowała jeszcze zima, to jasny, słoneczny blask stwarzał wrażenie, jakby przyszła wiosna. Chłopaki znad Marny maszerowały ku prysznicom i gorącej wyżerce, czując pod butami stabilne podłoże, a nie kamienie uciekające spod podeszew. Wiał lekki wiatr, który choć na chwilę łagodził wspomnienia doznanych traum i działał oczyszczająco. Ich następcy – świeże mięso armatnie – kroczyli drogą w przeciwnym kierunku, w góry, na spotkanie ze śmiercią. Mieli ładne, czyste mundury, wypolerowane guziki. Podenerwowani chłopcy ściskający broń, której jeszcze nigdy nie użyli do zabijania, ciężko stąpający w stronę głuchych odgłosów za horyzontem, zastanawiający się, który z nich skończy zawinięty w pokrowiec na materac pod stertą ziemi i kamieni.
Porucznik Maurice Britt widział, jak słońce grzeje jego ludzi, tych około 50 z kompanii L, którzy się uchowali, kiedy opuszczali wąwóz Mignano, aby udać się do Neapolu. Zeschłe liście wirowały, unoszone wiatrem, zniknęły ostatnie chmury. Nad sobą mieli przestwór zdumiewającego błękitu. „Byliśmy potargani” – wspominał – „brudni, oślizgli, zarośnięci i półprzytomni. Ranni, którzy byli w stanie iść, człapali obok. Byliśmy piechotą po opuszczeniu stanowisk bojowych. Dla nas oznaczało to koniec pięćdziesięciu dziewięciu nocy w okopach, w rowach i na ziemi; koniec puszkowanych racji, koniec wygarniania ziemi z okopów hełmami, koniec życia jak szczury”.
Był to długi marsz do odległego o 15 kilometrów bezpiecznego miejsca, a każdy kolejny krok wymagał większego wysiłku niż poprzedni. Wreszcie Britt i jego ludzie dotarli do miasteczka Pietravairano, które wyzwolili kilka tygodni wcześniej. Piechurzy rozstawili ośmioosobowe namioty w grząskim błocie i rozsypali żwir, tworząc ścieżki. Ostatkiem sił zbili prycze ze skrzynek po amunicji i przykryli je warstwą siana. Wydano nowe pokrowce na materace.
Zanim padli na skrzynki po amunicji przykryte odwszonym sianem, niektórzy żołnierze Britta sformowali szereg jeszcze jeden, ostatni raz i wzięli gorący prysznic wodą ogrzaną ogniem rozpalonym pod dużą beczką. Namioty dawały marną ochronę przed podmuchami zimnego wiatru, ale mistrzowie improwizacji, którymi były chłopaki znad Marny, pobudowali sobie z puszek po żywności kominki i piecyki opalane węglem drzewnym wyżebranym od miejscowych. Większość zasnęła potem najspokojniejszym snem od lat, nie przejmując się ostrzałem artyleryjskim. Następnego ranka, korzystając z ciepłej wody, zgolili swój potargany zarost i usiłowali rozpoznać się w twarzach starców, którzy odwzajemniali ich spojrzenia w przybrudzonych lusterkach.
Tekst jest fragmentem książki Czterech zuchwałych. Od piasków Afryki do serca III Rzeszy, Alex Kershaw, tłumaczenie: Anna Sak, Wydawnictwo Znak.
