Gdynia – miasto “z morza i marzeń”

Gdynia a Wolne Miasto Gdańsk.

Polsce odmówiono swobodnego dostępu do morza, oddając w posiadanie brzeg morski pozbawiony portu. Utorowanie drogi do morza przez własne wybrzeże morskie, pomimo czynionych nam przeszkód, jest jednym z najpierwszych i najważniejszych obowiązków Rządu i całego Narodu. (…) w interesie Skarbu Państwa jest właśnie zmniejszanie wydatków w obcej walucie na wszelkie inwestycje w Gdańsku i przeniesienie ośrodka polskiego życia nad morzem na grunt ojczysty, do własnego portu”[4]. Takie przemyślenia dotyczące polskiego portu mieli admirał Kazimierz Porębski oraz inż. Tadeusz Wenda. Faktycznie stosunki pomiędzy Polakami a Niemcami zamieszkującymi teren Gdańska nie były najlepsze. Szykanowano tam obywateli polskich poprzez utrudnienia przy zakładaniu firm, przy zakupie nieruchomości czy przy nakładaniu horrendalnych cen za przeładunek. W takiej sytuacji sprawą palącą było odcięcie się od Niemców. Wchodziły tu też w grę korzyści materialne, takie jak pozbycie się obcej waluty, z którą był problem, ponieważ za Gdańskiem stała cała niemiecka finansowa potęga. Dzięki temu uniezależnieniu Polska miała szansę na prowadzenie gospodarki portowej, celnej oraz polityki emigracyjnej i taryfowej na własnym terenie. Pieniądze pozostaną w kraju, w polskich rękach i nie będą wzbogacały antypolskiego Rządu Wolnego Miasta oraz jego obywateli. Poza tym Flota Morska Handlowa będzie się rozwijała pod polską banderą oraz podlegała jej ojczystej administracji. Kolejnym argumentem przemawiającym za powstaniem tegoż narodowego przedsięwzięcia było to, iż gdański port był po prostu za mały jak na ówczesne wymagania techniczno-morskie. Statki towarowo-pasażerskie, pływające po oceanie, nie byłyby w stanie tam zawinąć. Natomiast poszerzanie go kosztem odrzucenia budowy swojego portu byłoby błędem, który naraziłby Skarb Rzeczypospolitej na ogromne koszta niewspółmierne do przysługujących mu praw. Wpływy nasze też by nie wzrosły, gdyż w Radzie portu i dróg Wodnych rząd polski miał tylko połowę głosów.

„Ojcowie chrzestni” miasta.

Pisząc o początkach Gdyni nie można pominąć jakże ważnych dla rozwoju tego miasta postaciach, a mianowicie o Eugeniuszu Kwiatkowskim oraz o Tadeuszu Wendzie. Dzięki determinacji i inicjatywie tych dwóch panów z rybackiej wsi powstało nowoczesne miasto.

Eugeniusz Kwiatkowski
Eugeniusz Kwiatkowski

Pierwszy z nich był z wykształcenia chemikiem. Początkowo pracował w zawodzie, lecz gdy Ignacy Mościcki został prezydentem Polski, zaproponował Eugeniuszowi stanowisko ministra przemysłu i handlu, którym był w latach 1926 – 1930. Był wielkim entuzjastą, bardzo wspierał budowę Gdyni i bardzo interesował się problematyką morską. O budowie portu gdyńskiego mówił, że: Co prawda, Gdańsk ma już port, ale jednym okiem źle się widzi. Lepiej patrzeć na świat dwoma[5]. Uważał, że gospodarka morska to siła napędowa polskiej gospodarki. Przez dwa lata przeznaczył sześć razy więcej środków finansowych na rozwój miasta niż dawano do tej pory. Stało się to jego priorytetowym zadaniem. Uruchomił nie tylko polskie finanse, ale też kapitały prywatne, takie jak monopol węglowy, aby inwestował w port. Ponadto zawarł umowę z Konsorcjum Polsko – Francuskim, której to zawarcie znacznie przyspieszyło rozbudowę Gdyni. Można powiedzieć, że objął swoje stanowisko w odpowiednim momencie, a mianowicie w czasie trwania niemiecko – polskiej wojny celnej, którą zapoczątkowali Niemcy w maju 1925 roku.

Chodziło o tzw. konwencję węglową, obowiązującą na mocy traktatu wersalskiego[6]. Kwiatkowski natychmiast zareagował i zrobił wszystko, aby polski węgiel nie był uzależniony od pośrednika niemieckiego. I udało się, akurat angielscy górnicy ogłosili strajk, a zaopatrywali oni Skandynawię w ten surowiec. W związku z przestojem Polska wykorzystała okazję i podjęła rozmowy polityczno-gospodarcze ze skandynawskimi partnerami i uzyskała trwałą pozycję na bałtyckim rynku. W każdym razie dla Eugeniusza – jak pisał: Polska bez własnego wybrzeża morskiego i bez własnej floty nie będzie nigdy ani zjednoczona, ani niepodległa, ani samodzielna gospodarczo i politycznie, ani szanowana w wielkiej rodzinie państw i narodów, ani zdolna do zabezpieczenia bytu, pracy, postępu i dobrobytu swym obywatelom[7].

Tadeusz Wenda Zdj. Narodowe Archiwum Cyforwe
Tadeusz Wenda
Zdj. Narodowe Archiwum Cyforwe

Drugim „ojcem chrzestnym” Gdyni był inżynier Tadeusz Wenda. Swoje wykształcenie zdobył w Petersburgu, pracując również potem na terenie Rosji. Rozbudowywał porty nad Bałtykiem m. in. w Windawie i Rewlu. Od 1915 roku został natomiast zatrudniony w Żegludze Śródlądowej Przedsiębiorstwa Robót Publicznych w Warszawie. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości to właśnie on w 1920 roku przybył na Wybrzeże Gdańskie, aby znaleźć odpowiednie miejsce pod budowę polskiego portu. W swoim raporcie pisał: Przyszedłem do przekonania, że jedynym i najlepszym miejscem do budowy portu jest dolina między tzw. Kępą Oksywską i Kamienną Górą. Ponieważ w tej dolinie leży znana, od dawna polskim letnikom nadmorskim, wioska Gdynia, więc przyszłemu portowi nadano też nazwę Gdynia”[8]. Pod jego kierownictwem na zlecenie Departamentu Spraw Morskich Ministerstwa Spraw Wojskowych w 1921 roku rozpoczęto budowę portu. Jego praca przez specjalistów była bardzo dobrze oceniana, uznana za najnowocześniejszą w Europie[9]. Oprócz pracy typowo inżynierskiej zajmował się także propagowaniem teoretycznej wiedzy o portach i ich rozwoju technicznym. Był to człowiek skromny, który nie potrzebował poklasku. Swoją pracę w Gdyni uważał za obowiązek patriotyczny i najważniejsze dzieło swojego życia. W końcu budowę portu uznaje się za jedno z ważniejszych osiągnięć II Rzeczypospolitej. Niestety mimo swoich wybitnych zasług spotkała go niemała przykrość, a mianowicie nie został zaproszony (jako Kierownik Budowy Portu) na otwarcie Dworca Morskiego oraz poświęcenie portu 8 grudnia 1933 r. W wieku 74 lat przeszedł na emeryturę oraz został odznaczony Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski.

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

*