W Polsce termin „Kulturkampf”, w naszej świadomości historycznej, wiąże się z niemiecką walką o germanizację Polaków. A głównym środkiem do tego celu miała być walka z katolicyzmem. Ale to nie w pełni prawda, co zdaje się udowadniać Grzegorz Kucharczyk w swej nowej publikacji pod tytułem – Kulturkampf. Walka Berlina z katolicyzmem od XVIII do XX wieku.
Kulturkampf – krótka historia
W Rzeszy Niemieckiej, po zakończeniu wojen religijnych, wyznawcy katolicyzmu stanowili zdecydowaną mniejszość. Stan ten umocnił się po zjednoczeniu państwa pod skrzydłami najsilniejszego z państw niemieckich – Prus. Katolicy nie mieli żadnych większych wpływów – na stanowiska urzędnicze powoływano przeważnie protestantów albo liberałów widzących w Kościele dawny przeżytek. Co więcej, katolicy opowiadali się za papieżem, bardzo nie lubianym w Rzeszy, i postrzeganym jako obcy element, starający się z Rzymu mieszać do spraw niemieckich. Katolicy w Niemczech związali się z partią Centrum, która początkowo miała niewielki zasięg i moc sprawczą. Mimo to Bismarck i liberałowie oskarżali katolików o wrogość wobec państwa niemieckiego.
Gdy w 1870 roku papież ogłosił dogmat o swej nieomylności w sprawach wiary, w ramach protestu, część niemieckich katolików odeszła od Kościoła, tworząc nową kongregację wiernych, co zyskało aprobatę i poparcie ze strony rządu w Berlinie. Gdy katoliccy biskupi przeciwko temu zaprotestowali, rząd wypowiedział im otwartą wojnę.
Wkrótce Żelazny Kanclerz wydał ustawy pozbawiające Kościół wpływu na szkolnictwo, zakazano jezuickiej działalności na terenach niemieckich, wprowadzono obowiązkowy egzamin państwowy dla księży, zniesiono funkcje proboszczów. W tak niesprzyjającej sytuacji, część duchowieństwa wsparta przez wiernych, zaczęła stosować różnego rodzaju protesty i formy oporu wobec rządowych ustaw.
Wkrótce okazało się, że partia Centrum zyskała nowych, zdeklarowanych zwolenników, a Bismarck dostrzegł, że posunął się za daleko, nie wskórawszy nic. Potrzebując poparcia Centrum dla swych poczynań w Reichstagu, Bismarck wycofał część zarządzeń antykatolickich i próbował pogodzić się z papieżem.
Głównym skutkiem polityki Kulturkampfu było wzmocnienie Centrum, które stało się jedną z najsilniejszych partii w Rzeszy. Jej pozycja wzrosła, gdy pod koniec XIX stulecia zyskała wsparcie ze strony Katolickiego Związku Ludowego, organizacji masowej, zrzeszającej niemal każdą katolicką parafie na terenie państwa niemieckiego. Tak więc wynik walki kulturowej był dla Niemiec i Bismarcka niekorzystny.
Kulturkampf wobec Polaków
W połowie XIX wieku polskie ziemiaństwo coraz wyraźniej traciło swe znaczenie, tracąc majątki na rzecz Niemców. Odmienna sytuacja miała się z polskim duchowieństwem, które nieoczekiwanie zaczęło wzmacniać swoją pozycję, tym bardziej, że arcybiskup gnieźnieński i poznański Mieczysław Ledóchowski starał się oderwać polski Kościół od wpływów politycznych, co podobało się w Berlinie. Wtedy na scenę wkroczył Żelazny Kanclerz, którego walka z Kościołem sprawiła, że ten wyraźnie opowiedział się przeciw represjom.
W 1872 roku Bismarck zaczął odsuwać Kościół od wpływu na szkolnictwo. Poza religią wprowadzono obowiązkowy język niemiecki. Władze wymagały od katolickich biskupów uzgadniania obsadzania stanowisk kościelnych. Obowiązkowe stały się śluby cywilne dawane przez niemieckich urzędników. Arcybiskup Ledóchowski, który ostro wypowiadał się przeciw zarządzeniom Berlina, w 1874 roku został aresztowany. Wówczas narodził się stereotyp „Polaka-katolika”, który z jednej strony jednoczył polskie społeczeństwo, a z drugiej – stawiał Polaków w opozycji wobec państwa niemieckiego.
Wraz ze wzrostem represji Bismarcka wobec Kościoła katolickiego, zaczęto zdawać sobie sprawę, że wśród Niemców wzrasta siła nacjonalizmu, chcącego zmarginalizować mniejszości narodowe, przyczyniając się do stworzenia jednolitego „narodu niemieckiego”. Walka z Kościołem stała się zarzewiem wzrostu świadomości narodowej wśród Polaków, którzy zaczęli zwierać szeregi w walce z państwem niemieckim. Prześladowanie opornych księży, ściąganie księży głoszących Słowo Boże po wsiach, budził coraz większy opór, a państwo niemieckie Polacy zaczęli postrzegać jako jawnie wrogie państwo.
Kulturkampf w XX wieku
Wojna kulturowa zainicjowana przez kanclerza Bismarcka nie przyniosła Niemcom oczekiwanych skutków. Stało się wręcz przeciwnie. Represje ze strony państwa sprawiły, że niemieccy katolicy zjednoczyli się, zacieśnili więzy, dzielnie stawiając czoła kolejnym antykatolickim ustawom i atakom. Jednocześnie wśród nich pojawiła się potrzeba ukazania reszcie społeczeństwa, że niemieccy katolicy są lojalni wobec swego państwa i narodu.
To z kolei stało się pożywką dla wzrostu nacjonalizmu, którego szczególnym wyrazicielem stał się ruch nazistowski. W czasach rządów Adolfa Hitlera, kulturkampf przybrał nową formę, choć korzystał i ze starych, sprawdzonych środków. III Rzesza zaczęła prześladować to, co w swoim mniemaniu, uważała za przejaw obcych, negatywnych wpływów na życie narodu niemieckiego. W szybkim tempie zaczęto więc prześladować katolików, których postrzegano jako „agentów” Watykanu, niepewnych kulturowo.
Jednak z tego co wiem, wiedza na temat Kulturkampfu w Niemczech jest znikoma. To kolejny wątek niemieckich dziejów, który został zamieciony pod dywan. Tym bardziej, że ma on swój polski wątek. Bismarck walcząc z Kościołem, walczył z Polakami dominującymi we wschodniej części państwa niemieckiego (dawne terytoria Rzeczypospolitej), w głównej mierze wyznawcami wiary katolickiej. Zresztą „walka kulturowa” wiązała się z nasileniem procesów germanizacyjnych…
Czy warto czytać?
O tym wszystkim i kilku rzeczach więcej, dowiecie się z uważnej lektury książki Grzegorza Kucharczyka. Mimo pewnego wyczuwalnego antagonizmu i uprzedzenia wobec Niemców, lekturę czytało się wciągająco. W pewnym momencie przestałem nawet zwracać uwagę na styl pisarski, akcentujący przywiązanie Autora wobec swej wiary.
W publikacji znalazłem sporą ilość błędów – głównie literówek i zlewania się poszczególnych słów w całość. Trochę szkoda, że nikt tego nie wychwycił przed wysłaniem książek do księgarń. Jak widać, to nowy rodzaj mody, a może i nonkonformizmu.
Mimo tych drobnych uwag, uważam, że to pozycja wartościowa dla każdej grupy czytelniczej. Autor porusza tutaj dosyć sporo tematów, o których wcześniej nie miałem pojęcia. Śmiało może konkurować z takimi tuzami tej tematyki jak Trzeciakowski czy Krasuski. Bardzo podoba mi się zamieszczanie w publikacji wielu fragmentów źródeł, choć życzyłbym sobie, aby było to znacznie szersze wyrywki, bo czasem ma się wrażenie, że wypowiedzi są wyrwane z kontekstu. A przecież mam świadomość, że tak nie jest. Na plus są jednak duże ilości przypisów, które pozwalają czytelnikowi poszerzyć swój zakres wiedzy. Autor pisze ze swadą, która pozwala mu wybaczyć jasną deklarację wobec tego, po jakiej stronie stoi. Gorąco polecam.
Podsumowanie
Książka zawiera się na 448 stronach. Całość podzielona jest na szesnaście większych rozdziałów, kreślących niemiecką politykę wobec wiary katolickiej, Watykanu i wszystkie tego konotacje wynikłe. Pozycja jest ciekawa, choć w środku znaleźć można wiele literówek, a przy końcu kilka pustych stron. Mimo tych drobnych mankamentów, czytało się świetnie, tym bardziej, że Autor poruszył wiele spraw o których wcześniej nie miałem pojęcia. Liczę, że to dopiero wstęp do tematu i wkrótce pojawi się coś znacznie większych rozmiarów, ze szczegółami rozwijając ten wątek niemieckich dziejów. Gorąco polecam.
Wydawnictwo Fronda
Ryszard Hałas