Ross Cowan, Ku chwale Rzymu. Wojownicy imperium
Nie da się ukryć, że dzieje Rzymu są tak fascynujące tylko dlatego, że to niemal nieustanne pasmo wojen – najpierw obronnych, później ekspansywnych, a wreszcie kompilacji ich obu. Jedną z tego typu publikacji jest książka Rossa Cowana, który stara się nam przybliżyć rzymski etos żołnierski z nieco innej strony. Jest więc tutaj miejsce na to, co często pomijamy.
W naszej świadomości rzymska machina wojenna była sprawna i bezwzględna. Nie było w niej miejsca dla pewnego rodzaju heroizmu, sentymentalizmu. Słowem pełna profeska i tyle. Ale to obraz nieprawdziwy. To zwykły mit, który trzeba obalić, by przywrócić prawdzie historycznej jej należne miejsce. I na tym problemie zasadza się właśnie „Ku chwale Rzymu”.
Armia rzymska
Początkowo obywatele rzymscy zwoływali armię tylko na potrzeby wojny „sprawiedliwej”, gdy zagrożone było bezpieczeństwo państwa (i pal licho, że ten stan bywał wręcz permanentny). Służba była zasadniczo darmowa i bardziej związana z ojczystym honorem… ale oczywiście żądza poprawy własnego losu poprzez zdobycze na wrogu, również miała swoje znaczenie. Jednak wraz z rozwojem terytorialnym, pojawiła się armia zawodowa, złożona z żołnierzy opłacanych przez cały czas służby. I wtedy żołnierski etos uległ zmianie, której efektem było powstanie cesarstwa rzymskiego.
Armia rzymska podzielona była na jednostki zwane legionami, które liczyły około 5000 ludzi. Każdy legion miał swoją nazwę i numer. Żołnierze ćwiczyli i walczyli pieszo w grupach 100-osobowych, a po reformach – 80-osobowych. Na czele takiej jednostki stał centurion, który miał swobodę podejmowania decyzji, co niejednokrotnie przesądzało o wyniku jakiejś batalii. Centurionem bywał często człowiek bezwzględny, który trzymał oddział żelazną ręką, żeby nie napisać coś bardziej dosadnego.
Rzymscy legioniści byli świetnie uzbrojeni, a stan ten ulegał ciągłym zmianom, w zależności od terenu operacji i wrogów, którym przyszło stawiać czoła. Bo armia rzymska była nie tylko mobilna, ale i gotowa do kreatywnych zmian. Wszak – Rzymianin mógł i chciał uczyć się od wrogów tego, co mogło mu się przysłużyć. Dzięki mobilności, elastyczności oraz genialnych dowódcach (choć z tym różnie bywało), rzymska armia stała się machiną, której mało kto potrafił stawić czoła. Ale to podstawy o których chyba każdy ma blade pojęcie.
W naszej zbiorowej świadomości rzymska armia nastawiona była na praktykę, gdzie niewiele miejsca było na przypadek, improwizację czy honor. Ale przecież armię tworzyli ludzie, pełni namiętności, chcący się wybić, wyrównać jakieś rachunki, coś zyskać, coś odkupić, zachować lub odzyskać honor. Dlatego też dzieje republikańskiej armii pełne są wielu heroicznych zdarzeń. Mało kto z nas wie, że rzymska armia była dosyć przesądna i do walki stawała tylko wtedy, gdy wróżby zdawały się wróżyć jej powodzenie. Jeśli los groził porażką, rzymska armia do walki stawała niechętnie, co często kończyło się sromotną klęską.
Co jest w środku?
Książka pisana jest językiem niezwykle plastycznym, pełnym swady, która pobudza wyobraźnię czytelnika. Ale jednak dobór tematów jest nieco chaotyczny. Jestem zwolennikiem pisania historii liniowej, czyli takiej, w której coś wynika z czegoś. A tutaj mamy ciągłe przeskoki pomiędzy tematami, i tak dobranymi dosyć luźno. Publikację czytało się naprawdę zajmująco, ale to skakanie nieco rozmywa temat. Ja wolałbym coś poruszającego ten heroizm rzymskiego wojownika na przestrzeni całych dziejów, od powstania republiki, przez wielkie podboje, wojny domowe, pryncypat aż po czasy upadku. Autor zaś skupił się w zasadzie na czasie rzymskiej republiki, czasy imperium traktując jakby tak mimochodem. Trochę szkoda, bo potencjał jest ogromny.
„Ku chwale Rzymu” to pozycja podzielona na pięć większych rozdziałów. Mnie bardzo spodobał się pierwszy, drugi i czwarty. Pierwszy opisuje losy wojny Rzymu z królem epirockim Pyrrusem, tym swoistym herosem, któremu nigdy nie było dane stać się wielkim. Niemniej fajnie czytało się o jego losach, ambicjach i nieumiejętności dokończenia czegokolwiek do końca. Choć w jakimś stopniu on jest bohaterem tego rozdziału, to jednak bohaterem uwypuklającym narodziny mitu niezwyciężoności. Rzymskiej pracowitości, niezwykłego hartu ducha oraz niezłomności w dążeniu do celu. Bardzo podobają mi się również zamieszczone tutaj anegdoty, ukazujące, jak to Rzymianie celowali w rzucaniu obietnic wyrównania rachunków tym, którzy ich lekceważyli. Nic dziwnego, że lud z taką siłą i determinacją, stał się władcą śródziemnomorskiego świata.
Rozdział drugi jest ciekawy z tego względu, iż koncentruje się na aspekcie religijnym w życiu rzymskiej armii. Okazuje się bowiem, że przeciętni Rzymianie byli ludźmi bardzo przesądnymi. Można nawet pokusić się o tezę, iż nie wyściubiali oni nosa z domowych pieleszy, gdy los zdawał się grozić im palcem. Wszędzie węszyli boskie zrządzenia losu, i starali się je wykorzystywać na swoją korzyść. Bo ich dzieje niezbicie wykazywały, iż sprzeciwianie się boskim wyrokom, przynosi katastrofę – zwłaszcza na polu bitwy.
Rozdział czwarty to charakterystyka poszczególnych rzymskich wodzów. Mamy więc przegląd technik, którymi posługiwali się, aby wymusić na podległych sobie żołnierzach nie tylko posłuch, ale i skuteczne działanie. To nie tylko opisy sukcesów, ale i potencjalnych porażek, których udało się uniknąć tylko dzięki charyzmie danego wodza. Ciekawie czytało się o Juliuszu Cezarze, który osobistym przykładem potrafił wydobyć ze swych podwładnych wręcz nieziemskie pokłady odwagi, zaciętości i poświęcenia, które zapewniły mu chwałę na polach walki. Łączył w sobie pobłażliwość, z ojcowska troską. Potrafił śmiać się sam z siebie, i pozwalał na to własnym żołnierzom, ale gdy przesadzili, potrafił bezprzykładnie ich karać. Słowem – był tym kimś, kto zdobywał posłuch zawsze, umiejętnie i z oddaniem graniczącym z uwielbieniem.
Podsumowanie
W książce znajdziemy mnóstwo anegdot, własnych analiz i osądów, przez co lektura nabiera rumieńców. Nie ze wszystkim bym się zgodził, ale w zdecydowanej większości analizy są świeże i pobudzają czytelnika do dalszych poszukiwań. Oczywiście osobliwa wybiórczość nieco razi, ale jeśli przyjmie się, że to nie pozycja kompleksowa, tylko przygotowująca czytelnika do dalszych rozważań, ten zarzut zanika.
Publikację czytało mi się szybko, czasem z zapartym tchem. Bardzo podobały mi się próby oceny poszczególnych jednostek i ich działań, nie przez pryzmat narosłych przez tysiąclecia mitów (jak w przypadku Pyrrusa czy Cezara), ale z perspektywy czysto ludzkiej – skuteczności, obserwacji zalet i wad. I to wszystko bez upiększania, jakiegoś specjalnego moralizowania i wymądrzania się.
Wprawdzie zabrakło mi pewnych wątków, ale i tak warto po nią sięgnąć. Wbrew temu, co czytałem w sieci, pozycja nie jest stratą czasu. Zwyczajnie Autor pochylił się nad mniej znanym wątkiem rzymskich dziejów. Wydestylował z nich pewne elementy, w których, niczym na papierku lakmusowym, mamy możliwość zobaczenia rzymskiej armii w nowym świetle.
Nie tylko jako spójnej całości, ale i jej części składowych, które nie koniecznie były tak sprawne, jak nauczano nas w szkole. Bardzo podoba mi się to, że Autor usiłuje nam ukazać, że na sprawność wojska wpływ mają nie tylko sami dowódcy, ale i wiele innych czynników – nastawienie żołnierzy, charyzma lub jej brak u dowódców, przesądy lub szerzej pojęta religijność, oddanie i swoiście rozumiany heroizm i patriotyzm. Bo nic tak nie pobudza do działania jak uraza czyjegoś honoru. No ale o tym to musicie dowiedzieć się sami.
Wydawnictwo RM
Ryszard Hałas