Kubański kryzys

Kubański kryzys rakietowy. Świat stanął o krok od wojny nuklearnej

Jesienią 1962 roku Nikita Chruszczow zaryzykował wszystko – także los własnego kraju – by bronić rewolucji Fidela Castro. Decyzja o rozmieszczeniu sowieckich rakiet na Kubie doprowadziła do najgroźniejszego kryzysu zimnej wojny, gdy świat po raz pierwszy naprawdę spojrzał w oczy nuklearnej zagładzie. Kulisy tych wydarzeń poznasz we fragmencie książki „Zimna wojna” autorstwa Johna Lewisa Gaddisa, która ukaże się 12 listopada nakładem Wydawnictwa RM.

Przez wiele lat historycy sądzili, że właśnie te wydarzenia – runięcie potiomkinowskiej fasady – skłoniły Chruszczowa do desperackiej próby powrotu do gry przez wysłanie pocisków średniego i krótszego zasięgu, których mu nie brakowało, na Kubę w 1962 roku. „Dlaczego nie mielibyśmy wrzucić Wujowi Samowi jeża do spodni?” – zapytał w kwietniu, przyznając jednocześnie, że dorównanie Amerykanom w dziedzinie pocisków dalekiego zasięgu zajmie Związkowi Radzieckiemu całą dekadę[1].

Obecnie mamy jasność, że nie był to najważniejszy powód takiego postępowania Chruszczowa, co pokazuje, jak łatwo historycy wyciągają przedwczesne wnioski. Co ważniejsze, kubański kryzys rakietowy dowodzi również, jak dalece mocarstwa potrafią się mylić w swoich kalkulacjach, jeżeli napięcia są poważne, a stawki wielkie. Konsekwencje mogą być wówczas zaskakujące dla wszystkich – tak jak w tym wypadku.

Chruszczow rozmieścił swoje rakiety przede wszystkim – jakkolwiek nieprawdopodobnie może to brzmieć – by szerzyć rewolucję w Ameryce Łacińskiej. Zarówno on, jak i jego doradcy byli zaskoczeni, później podekscytowani, w końcu zaś uradowani, gdy marksistowsko-leninowscy powstańcy samodzielnie przejęli władzę na Kubie, bez wszystkich zabiegów, jakie Sowieci musieli uskuteczniać w celu zainstalowania reżimów komunistycznych w Europie Wschodniej.

Nieważne, że Marks nigdy by tego nie przewidział, biorąc pod uwagę niewielką liczbę proletariuszy na Kubie, ani że Fidel Castro i jego niesforni zwolennicy nie pasowali do Leninowskiego modelu zdyscyplinowanej „awangardy” rewolucyjnej. Wystarczało, że Kuba wybrała komunizm spontanicznie, bez pomocy Moskwy – zdawało się, że potwierdza to proroctwo Marksa o kierunku historii. „Tak, to prawdziwy rewolucjonista! – wykrzyknął stary bolszewik Anastas Mikojan po spotkaniu z Castro. – Zupełnie jak my. Czułem się, jak gdybym powrócił do czasów dzieciństwa!”[2].

Rewolucja Castro była niemniej zagrożona. Przed odejściem z urzędu administracja Eisenhowera zerwała stosunki dyplomatyczne z Kubą, nałożyła na nią sankcje gospodarcze i zaczęła planować obalenie Fidela. Kennedy zezwolił na wdrożenie tych planów, wskutek czego doszło do nieudanego desantu wygnańców z Kuby w Zatoce Świń. Niepowodzenie tej akcji nie było jednak dla Chruszczowa powodem do zadowolenia czy gratulowania Castro.

Uważał on, że próba inwazji była oznaką kontrrewolucyjnej determinacji Waszyngtonu i z pewnością dojdzie do niej ponownie, tyle że na znacznie większą skalę. „Najważniejsze były dla mnie los Kuby oraz zachowanie prestiżu Związku Radzieckiego w tamtej części świata – wspominał Chruszczow. – Musieliśmy znaleźć sposób, by przeciwstawić Ameryce coś więcej niż słowa. Musieliśmy w namacalny i skuteczny sposób odstraszyć Amerykanów od interwencji na Karaibach. Ale jak? Logiczną odpowiedź stanowiły pociski”[3].

Stany Zjednoczone nie powinny być szczególnie oburzone; ponieważ pod koniec lat pięćdziesiątych administracja Eisenhowera – zanim się zorientowała, że „luka rakietowa” nie istnieje – rozmieściła własne pociski średniego zasięgu, wszystkie wymierzone w Związek Radziecki, w Wielkiej Brytanii, we Włoszech i w Turcji. Chruszczow obiecał pokazać Amerykanom, „jakie to uczucie, kiedy pociski wroga są wymierzone w ciebie”. „Zagramy z nimi jedynie w ich własną grę” – powiedział[4].

Kennedy i jego doradcy nie znali toku rozumowania Chruszczowa, a ci, którzy dożyli chwili otwarcia sowieckich archiwów ćwierć wieku później, byli zdumieni tym, co wyszło na jaw[5]. Amerykanie uznali rozmieszczenie rakiet na Kubie – o którym dowiedzieli się dopiero w połowie października 1962 roku dzięki lotom U-2 nad wyspą w ramach nowej misji – za najdotkliwszą z długiego szeregu prowokacji, poczynając się od gróźb kremlowskiego przywódcy pod adresem Wielkiej Brytanii i Francji podczas kryzysu sueskiego sześć lat wcześniej.

Dodatkowo liczba sowieckich rakiet mogących dosięgnąć Stanów Zjednoczonych była obecnie co najmniej dwukrotnie większa. „Pociski ofensywne na Kubie wywołują na tej półkuli zupełnie inne skutki psychologiczne i polityczne niż wymierzone w nas pociski na terytorium Związku Radzieckiego – ostrzegł Kennedy. – Doprowadzą one do rozprzestrzenienia się komunizmu i castryzmu […], gdy zatrwożone tym pokazem siły rządy [upadną] […]. Wszystko to stanowi prowokacyjną zmianę zachowywanego przez obydwa kraje kruchego status quo”[6].

Do dziś nie ma pewności, co Chruszczow zamierzał zrobić z rakietami na Kubie; nieprzemyślane posunięcia były jego specjalnością[7]. Nie mógł oczekiwać, że Amerykanie nie zareagują, skoro wysłał pociski potajemnie, okłamując Kennedy’ego co do swoich zamiarów. Możliwe, że pociski średniego zasięgu miały jedynie pełnić funkcję odstraszającą, lecz Chruszczow rozmieścił również pociski krótkiego zasięgu z głowicami jądrowymi, które mogły posłużyć wyłącznie do uniemożliwienia desantu wojsk amerykańskich, niemających przecież pojęcia o obecności takiej broni na wyspie. Nie zadbał przy tym o ścisłą kontrolę nad bronią jądrową: o jej użyciu mogli zadecydować w reakcji na inwazję miejscowi dowódcy[8].

Najbardziej prawdopodobne wyjaśnienie jest takie, że Chruszczow pozwolił swojemu romantyzmowi ideologicznemu zagłuszyć wszelkie względy natury strategicznej. Był tak zaangażowany emocjonalnie w rewolucję Castro, że zaryzykował dla niej los własnej rewolucji, swojego kraju, a być może i całego świata. „Nikita bardzo kochał Kubę – przyznał później sam Castro. – Można powiedzieć, że miał do niej emocjonalną słabość, ponieważ był człowiekiem o silnych przekonaniach politycznych”[9].

Lenin i Stalin byli podobnymi ludźmi, jednak rzadko pozwalali, by ich emocje określały priorytety rewolucji. Chruszczow miał znacznie większe możliwości wywołania destrukcji niż oni, zachowywał się jednak o wiele mniej odpowiedzialnie. Przypominał nadąsane dziecko bawiące się naładowanym pistoletem.

I podobnie jak czasem dzieci dostał część tego, czego chciał. Pomimo nadal przygniatającej przewagi Amerykanów w dziedzinie głowic jądrowych i systemów ich transportu – zależnie od przyjętej metody obliczeń Stany Zjednoczone dysponowały od ośmiu do 17 razy większym arsenałem użytecznej broni jądrowej niż Związek Radziecki[10] – perspektywa choćby jednego czy dwóch sowieckich pocisków trafiających w cele na terenie Stanów Zjednoczonych wystarczyła, by skłonić Kennedy’ego do publicznego oświadczenia, w zamian za zgodę Chruszczowa na usunięcie broni z Kuby, że nie będzie ponownie próbował inwazji na wyspę.

Kennedy obiecał w poufnych rozmowach rozmontować również amerykańskie wyrzutnie pocisków średniego zasięgu w Turcji; Chruszczow liczył, że będzie to oficjalną częścią umowy. Fidel Castro, którego pociski miały chronić, nadal żył, miał się dobrze i sprawował władzę w Hawanie jeszcze długo po tym, jak ze sceny zeszli Kennedy, Chruszczow, a nawet sam Związek Radziecki.

W szerokim ujęciu kubański kryzys rakietowy spełnił bardzo podobną funkcję co oślepione i poparzone ptaki z punktu widzenia amerykańskich oraz sowieckich obserwatorów pierwszych testów bomb termojądrowych 10 lat wcześniej. Przekonał on wszystkich uczestników dramatu – być może z wyjątkiem Castro, który jeszcze wiele lat później twierdził, że był gotów zginąć w nuklearnej pożodze[11] – iż broń skonstruowana przez każdą ze stron w trakcie zimnej wojny stanowi większe zagrożenie dla nich obydwu niż Stany Zjednoczone i Związek Radziecki dla siebie wzajemnie.

Ta nieprawdopodobna sekwencja wydarzeń – obecnie powszechnie uważa się, że  świat był wówczas bliżej trzeciej wojny światowej niż kiedykolwiek w drugiej połowie XX wieku – pozwoliła spojrzeć w przyszłość, której nikt nie pragnął: naznaczoną konfliktem niweczącym wszelką kontrolę, wszelki rozsądek i wszelkie szanse przeżycia.


[1] Aleksandr Fursenko, Timothy Naftali, One Hell of a Gamble: Khrushchev, Castro and

Kennedy, 1958–1964, New York 1997, s. 171. Zob. też: Taubman, Khrushchev…, dz. cyt.,

s. 536–537.

[2] Fursenko i Naftali, One Hell of a Gamble…, dz. cyt., s. 39.

[3] Nikita S. Khrushchev, Khrushchev Remembers, tłum. i red. Strobe Talbott, New York

1971, s. 546.

[4] Taubman, Khrushchev…, dz. cyt., s. 537.

[5] Zob. zapisy rozmow między amerykańskimi a sowieckimi weteranami kryzysu w: Blight,

Allyn i Welch, Cuba on the Brink…, dz. cyt. oraz James G. Blight i David A. Welch, On the

Brink: Americans and Soviets Reexamine the Cuban Missile Crisis, New York 1989.

[6] Spotkanie Kennedy’ego z doradcami 22 października 1962 r., w: The Kennedy Tapes:

Inside the White House during the Cuban Missile Crisis, red. Ernest R. May, Philip

D. Zelikow, Cambridge 1997, s. 235.

[7] Taubman, Khrushchev…, dz. cyt., s. 552.

[8] Blight, Allyn i Welch, Cuba on the Brink…, dz. cyt., s. 259.

[9] Tamże, s. 203.

[10] Gaddis, Teraz już wiemy…, dz. cyt., s. 332, NRDC Nuclear Notebook…, dz. cyt., s. 104.

[11] Blight, Allyn i Welch, Cuba on the Brink…, dz. cyt., s. 360.


Tekst jest fragmentem książki Zimna wojna autorstwa Johna Lewisa Gaddisa, ukazanej nakładem Wydawnictwa RM.

Comments are closed.