Zuffi Stefano, Leonardo. Zbliżenia
Leonardo. Zbliżenia to ten typ albumu, który udowadnia, że o Leonardzie da Vinci da się pisać świeżo – pod warunkiem, że przestanie się udawać, że o nim „wszystko już było”. Stefano Zuffi robi dokładnie to: zamiast kolejnej biografii-kobyły daje czytelnikowi możliwość wejścia w sam środek obrazów, szkiców i detalicznych rozwiązań, które zwykle giną za pancerną szybą w Luwrze albo na miniaturowej reprodukcji z wyszukiwarki. Zuffi traktuje oko czytelnika jak narzędzie badawcze. Książka jest obszerna, ładnie wydana, ale nie o to tu chodzi – jej siłą jest to, że prowadzi narrację w trybie „mikroskop w dłoń”.
Narracja Zuffiego jest prosta, klarowna, bez wodotrysków, bez budowania mitologicznego patosu wokół „geniusza absolutnego”. On zakłada, że czytelnik nie potrzebuje kolejnej opowieści o chłopcu z Vinci, który zmienił losy sztuki, tylko zrozumieć, jak Leonardo patrzył.
Dlatego systematycznie podprowadza do konkretnych zbliżeń: gestu małego palca na Madonnie, modelunku dziecięcej twarzy, napięcia mięśni w Chrystusie z „Chrztu”, rozsypującej się faktury „Ostatniej Wieczerzy”. Fragmenty, które widać na zdjęciach, potwierdzają tę logikę — tekst działa jak przewodnik po szczegółach, a nie jak kolejna encyklopedyczna wykładnia. Stąd tematyczne rozdziały: zwierzęta, dzieci, gesty, natura, spojrzenia, uśmiechy, technologia, anatomia. To nie jest kaprys edytorski — to program pracy. Zuffi rozkłada Leonarda na czynniki, które rzeczywiście definiują jego sztukę, zamiast powtarzać ogólniki.
Cel jest jasny: sprawić, by odbiorca zobaczył Leonarda bliżej, a nie „więcej”. Nie opowieści, nie legendy, nie anegdoty, tylko detale. I ten cel Zuffi spełnia w 100%. Przede wszystkim dlatego, że pozwala reprodukcjom grać pierwsze skrzypce.
Teksty są krótkie, rzeczowe, pozbawione dygresyjnego przegadania, które często męczy w publikacjach o sztuce. Autor nie sili się na literackie popisy – operuje precyzją i spokojem historyka, który wie, że komentarz ma tłumaczyć to, co widać, a nie zasłaniać obraz własnym ego. Dzięki temu czytelnik wchodzi w rytm Leonarda tak, jak sam Leonardo obserwował świat: powoli, z uwagą, bez przeskakiwania po powierzchni.
Plusy są mocne. Po pierwsze: reprodukcje i logika „zbliżeń”, która naprawdę robi robotę – można dostrzec rysy, pociągnięcia pędzla, rozchodzenie się pigmentu, których normalnie nie złapie się nawet w muzeum. Po drugie: świetny układ tematyczny, który pozwala zobaczyć ciągłość myślenia Leonarda – gesty z Madonn odpowiadają studiom anatomicznym, spojrzenia z portretów korespondują z naturalistycznymi obserwacjami. Po trzecie: oparcie się na współczesnej, aktualnej wiedzy, bez powtarzania starych, romantycznych frazesów o „tajemniczym mistrzu”, które wciąż krążą w popularnych publikacjach.
Zuffi świadomie rezygnuje z biograficznego „mięsa”, więc ktoś szukający życiorysu krok po kroku może poczuć niedosyt. Chronologie i wstępy są, ale pełnią rolę funkcjonalną, nie narracyjną. Drugi drobiazg: jego styl bywa aż za grzeczny, momentami nazbyt zachowawczy, jakby bał się mocniejszych interpretacji. To nie jest autor, który wysuwa własne radykalne tezy – raczej sumuje stan badań i pokazuje go w praktyce na przykładach. Jeśli ktoś czeka na „Leonardo jako prorok nowoczesności” albo „Leonardo jako rewolucyjny manipulator nauki”, to tego tu nie znajdzie.
Leonardo jest przede wszystkim obserwatorem. Jego metoda polega na oglądaniu świata w ekstremalnym przybliżeniu i przenoszeniu tego, co widzi, na język obrazów. Jego malarstwo nie istnieje bez jego anatomii; jego portrety nie istnieją bez jego dociekliwości technologicznej; jego „Ostatnia Wieczerza” nie istnieje bez eksperymentów, które ostatecznie zniszczyły fresk. To podejście nie idzie pod prąd współczesnej leonardologii – jest z nią w pełni kompatybilne. Różnica polega na tym, że Zuffi pokazuje te tezy nie esejem, lecz obrazem. W tym tkwi oryginalność tego tomu.
W efekcie Leonardo. Zbliżenia to bardzo uczciwa, nowoczesna publikacja: estetyczna, merytoryczna, precyzyjna, nieprzeładowana. Książka, która działa lepiej niż wiele „biografii Leonardów”, bo nie udaje, że przegada mistrza – pozwala mu przemówić obrazami. Jeśli celem Zuffiego było oddać nam Leonarda „z bliska”, to zrobił to dokładnie tak, jak trzeba: bez mitologii, bez szumu, za to z pewną ręką historyka, który wie, że geniusz widać w detalach, a nie w opowieściach o geniuszu.
Wydawnictwo Arkady
Ocena recenzenta: 6/6
Agnieszka Cybulska
Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Arkady. Tekst jest subiektywną oceną autora, redakcja nie identyfikuje się z opiniami w nim zawartymi.