Robert Douglas-Fairhurst, Lewis Carroll w Krainie Czarów. Prawdziwa historia Alicji
Za bajkową okładką „Alicji” kryje się historia dużo mniej niewinna, niż chcieliby fani króliczej nory. Lewis Carroll w Krainie Czarów. Prawdziwa historia Alicji rozbiera na czynniki pierwsze autora, jego muzę i literacką bohaterkę, pokazując, jak z jednego spaceru łódką zrobił się globalny mit i źródło ciągłych kontrowersji. Po tej lekturze Kraina Czarów już nigdy nie będzie tylko grzeczną bajką dla dzieci.
Lewis Carroll w Krainie Czarów. Prawdziwa historia Alicji to biografia, która udaje, że jest tylko opowieścią o jednym autorze i jednej dziewczynce, a tak naprawdę rozbiera na części trzy różne „Alicje”: Charlesa Lutwidge’a Dodgsona, czyli Lewisa Carrolla, prawdziwą Alice Liddell oraz literacką bohaterkę, która dawno wyrwała się z rąk swojego twórcy. Robert Douglas-Fairhurst pokazuje, jak z jednego spaceru łódką po Tamizie zrobił się globalny mit, który wciąż produkuje nowe wersje, interpretacje i skandale.
Autor jest literaturoznawcą od wiktoriańskich czasów, nie blogerem od „ciekawostek ze świata Alicji”. I to widać od pierwszych stron. Interesuje go nie tylko to, co Carroll robił danego dnia, ale też jakie książki czytał, w jakiej kulturze dorastał, co wówczas mówiono o dzieciach, seksualności, fotografii, religii. Biografia zamienia się momentami w podręcznik z historii mentalności XIX wieku, tylko napisany bez akademickiej zadyszki. Douglas-Fairhurst zna źródła, zna konteksty i nie boi się wchodzić głęboko w szczegóły, ale zwykle potrafi z tego zrobić opowieść, a nie stertę notatek z archiwum.
Narrację prowadzi jak dobry wykładowca: zaczyna od znanych scen – rejsu łódką, pierwszego opowiadania historii, narodzin rękopisu – a potem cofa się i rozgałęzia. Wraca do dzieciństwa Dodgsona, wprowadza rodzinę Liddellów, zatrzymuje się przy kolejnych wydaniach „Alicji” i ich odbiorze, pokazuje zdjęcia, listy, anegdoty.
Skacze po osi czasu, ale robi to świadomie, budując motyw przewodni: jak z bardzo konkretnego, prywatnego układu „dorosły mężczyzna – dziewczynka” powstało uniwersalne, ale też niewygodne dla wielu dziedzictwo. Styl jest gęsty, pełen informacji, a jednocześnie podszyty ironią i lekkim dystansem. Autor potrafi w jednym akapicie podsumować skomplikowaną debatę naukową, a w następnym wbić szpilkę w kolejnego biografa, który widzi w Carrollu wyłącznie świętego opiekuna dzieci albo wyłącznie potwora.
Najmocniejszy wątek książki to właśnie rozbrajanie prostych etykietek. Douglas-Fairhurst bardzo wyraźnie pokazuje, że „sprawa Carrolla” jest wygodnym lustrem dla nas samych: jedni chcą w nim widzieć genialnego, ale nieszkodliwego dziwaka, inni – pedofila sprzed epoki prawa karnego. Biograf ani go nie wybiela, ani nie wiesza na nim tabliczki „winny”. Uporczywie wraca do źródeł, sprawdza, co wiemy na pewno, co jest domysłem, a co późniejszą projekcją. W wynikach nie ma łatwej ulgi – pozostaje niepewność i dyskomfort, ale podparty rzetelną analizą, nie plotką. To jest jeden z głównych celów książki: odczarować legendę, nie wpychając jej od razu w kolejny gotowy schemat. Ten cel autor spełnia bardzo konsekwentnie.
Drugim celem jest pokazanie, jak „Alicja” żyje dalej, już bez Carrolla. Douglas-Fairhurst prowadzi czytelnika przez kolejne wcielenia bohaterki – od pierwszych ilustracji Tenniela, przez adaptacje sceniczne i filmowe, po popkulturowe recyclingi i mroczne reinterpretacje. Świetnie wypadają fragmenty, w których śledzi, jak zmienia się sposób przedstawiania dziecka: od wiktoriańskiej niewinności po współczesną, dużo bardziej świadomą i zniuansowaną figurę dziewczynki. Biografia przeradza się tu w historię recepcji – i to jest jedna z największych zalet książki. Nie mamy „życiorysu autora + streszczenie powieści”, tylko opowieść o tym, jak tekst zaczął żyć własnym życiem i co robił z ludźmi, którzy byli z nim związani.
Trzeci poziom to sama Alice Liddell. Douglas-Fairhurst nie traktuje jej jak dodatku do geniusza, ale jako pełnoprawną bohaterkę. Opisuje jej dzieciństwo w Oxfordzie, późniejsze małżeństwo, życie „byłej Alicji”, którą przez całe dekady proszono o wspomnienia z dzieciństwa, a jednocześnie wypychano na margines samej opowieści. Dobrze widać, jak sława odbija się na realnym, prywatnym życiu – i jak niewiele wtedy interesuje kogokolwiek, co dana osoba naprawdę czuje. Tutaj książka ma najbardziej gorzki ton i to właśnie te fragmenty robią największe wrażenie.
Jeśli chodzi o styl, Douglas-Fairhurst balansuje między esejem a klasyczną biografią. Lubi dłuższe zdania, dygresje, porównania – to nie jest suchy, kronikarski zapis. Jednocześnie pilnuje faktów: jasno zaznacza, kiedy coś jest udokumentowane, a kiedy wchodzimy w sferę przypuszczeń.
W polskim przekładzie ten ton zostaje dobrze uchwycony: czyta się to płynnie, ale czuć, że nie mamy do czynienia z lekkim „non-fiction do pociągu”, tylko z solidną, bardzo świadomie zbudowaną książką. Momentami jednak tempo siada – tam, gdzie autor nie chce odpuścić żadnego szczegółu z list, katalogów wystaw, drobnych epizodów z życia pobocznych postaci. Dla czytelnika, który przyszedł „po Alicję”, a nie po kompletny przegląd wiktoriańskiej kultury, te partie mogą być zwyczajnie męczące.
Plusem jest na pewno to, że Douglas-Fairhurst umie pisać o poważnych sprawach bez nadęcia. Gdy mowa o seksualności, o chorobie, o śmierci, nie ma ani taniej sensacji, ani nabożnej ciszy. Jest chłodne, ale ludzkie spojrzenie i świadomość, że oceniamy człowieka z innej epoki swoimi kategoriami. Świetnie wypada też tło historyczne: Oxford, fotografia jako nowe medium, zmieniające się podejście do dzieciństwa, początki masowej kultury – to wszystko nie jest tylko dekoracją, ale materiałem, z którego „Alicja” została ulepiona.
Poza wspomnianą gęstością informacji, można mieć pretensję, że autor miejscami aż za bardzo gra asekuracyjnie. Tak bardzo boi się jednoznacznych sądów, że czytelnik zostaje z poczuciem lekkiego niedosytu: chciałby choć raz usłyszeć wyraźne „tak, moim zdaniem…”. Douglas-Fairhurst wybiera drogę „maksimum danych, minimum wyroków”. Z naukowego punktu widzenia to uczciwe, ale z czytelniczego – może frustrować. Bywają też fragmenty, w których bardziej czuć zachwyt nad sprytem samego biografa niż nad przedmiotem biografii; to standardowa choroba wielu uczonych-eseistów i tutaj też się odzywa.
Bilans jest jednak jasny. Lewis Carroll w Krainie Czarów. Prawdziwa historia Alicji to książka, która porządnie przewietrza wszystko, co wydaje nam się, że wiemy o autorze „Alicji” i jego muzie. Pokazuje, że za pastelową okładką i bajką o króliczej norze stoi skomplikowana sieć relacji, lęków, obsesji i społecznych konwencji. Spełnia swój główny cel: zamiast dorzucać jeszcze jedną legendę do stosu, pozwala zobaczyć człowieka, dziewczynkę i literacką bohaterkę w całym ich poplątaniu. A to, że po lekturze „Kraina Czarów” wydaje się trochę mniej niewinna i trochę bardziej niepokojąca? To już tylko plus.
Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Ocena recenzenta: 6/6
Agnieszka Cybulska
Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Prószyński i S-ka. Tekst jest subiektywną oceną autora, redakcja nie identyfikuje się z opiniami w nim zawartymi.