Marta Madejska, Ostatni gasi światło. Przypowieść o transformacji
„Proszę Państwa, 4 czerwca 1989 roku skończył się w Polsce komunizm”. Tymi „epokowymi”, jak to mówią młodzi – „epickimi” słowami, Joanna Szczepkowska w sobotnim wydaniu Dziennika Telewizyjnego, 28 października 1989 roku, ogłosiła, że w naszym kraju rozpoczął się czas zmian. I choć w moim odczuciu wcale komunizm wówczas się nie skończył, to jednak jest to umowny początek nowych czasów.
Jednak co z nich wynikło? Jak to wszystko, co wkrótce miało się wydarzyć, wpłynęło na losy zwykłych Polaków? Czy wszyscy skorzystali z przemian ustrojowych? A może ktoś stracił? Może dla niektórych cały świat legł w gruzach? I właśnie o tym opowiada książka Marty Madejskiej pod tytułem „Ostatni gasi światło. Przypowieść o transformacji”.
Trudy transformacji
Po kilkudziesięciu latach radzieckiej niewoli, zdecydowana większość Polaków patrzyła z nadzieją na to, co zaczęło dziać się w 1989 roku. Liczyli, że w końcu Polska zadba o wszystkich obywateli. Że wszystko, to co było, czyli korupcja, bieda, kumoterstwo… zniknie jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.
Niestety, szybko okazało się, że rzeczywistość wcale nie będzie taka kolorowa. Kraj był rozgrabiony, pełen ustrojowych bubli, a komuniści, wbrew zapewnieniom, wcale nie zamierzali tak łatwo oddać władzy. Zza kulis wyciągali kolejne „trupy” z szafy, którymi torpedowali trudne i konieczne przemiany. Mimo tych trudności, ludzie z „Solidarności” i szeroko pojętej opozycji antykomunistycznej, parli do reform. Dziś można by powiedzieć, że po trupach. I niestety, jest to częściowo prawda.
Symbolem przemian było wiele spraw i rzeczy. Ulice, skwery czy szkoły zmieniały swe nazwy. Z przestrzeni publicznej znikały symbole radzieckiej obecności – pomniki Stalina, Lenina. Wracały polskie święta kościelne i narodowe. Jednak był to tylko wierzchołek góry lodowej.
Rząd Tadeusza Mazowieckiego musiał zmierzyć się z kryzysem gospodarczym i fiskalnym, tym bardziej, że pojawiła się hiperinflacja. Wszystko szybko drożało, a towary, o ile takowe były, szybko znikały z półek. Pożyczkobiorcy musieli zmagać się z szybko rosnącym oprocentowaniem, co przyczyniało się d licznych bankructw, a nawet samobójstw. Ten stan dotknął zwłaszcza rolników.
Wkrótce wprowadzano pakiet dziesięciu ustaw, nazwanych później planem Balcerowicza, które zahamowały spadek wartości złotego, a tym samym ograniczyły inflację. Przywrócono równowagę w bilansie zagranicznym, a nasza waluta zyskała stabilność. Zniesiono dotacje dla państwowych przedsiębiorstw, wprowadzono osłony dla tych, którzy tracili pracę.
Jednak w ich wyniku, stopa życiowa zwykłych ludzi i tak szybko spadała. Trzeba było zaciskać pasa, zwalniać ludzi, którzy dotychczas pracowali na nierentownych teraz stanowiskach. Cały system, zarówno ustrojowy, polityczny, gospodarczy i społeczny, trzeba było przestawić z komunistycznych na prozachodnie tory. Słowem – życie milionów Polaków dosłownie zostało wywrócone do góry nogami. I to bez pardonu. Nic więc dziwnego, że szybko pojawili się tacy, którzy zaczęli z rozrzewnieniem spoglądać wstecz. Nowy porządek, zaczął im kojarzyć się z biedą, pauperyzacją i bałaganem. I to właśnie o nich jest ta publikacja.
Bezrobocie
Niemożność podjęcia pracy była najbardziej widoczna na wsi i w małych miejscowościach, gdzie likwidowano lub przekształcano zakłady czy wielkie kombinaty rolne. Nie mając ani szans na znalezienie nowej pracy, ani na odnalezienie się w nowej rzeczywistości, miliony Polaków popadło w pewien marazm, i stało się utrzymankami państwa, które wypłacało im niewielkie zasiłki.
W rejonach dotkniętych bezrobociem pojawił się ogromny problem z alkoholizmem, samobójstwami, a także narastaniem antagonizmów społecznych, które ogniskowały się wokół osób, które, nie zawsze legalnie, dorabiały się wielkich fortun. To wszystko doprowadziło do „zmęczenia” reformami i wzrostu niechęci wobec obozu „Solidarności”. Wiele osób zaczęło odczuwać, że zostali oszukani, że zmiany wcale nie przyniosły nic dobrego, a wręcz przeciwnie – przyniosły nowe problemy, nowe cierpienia.
Jednak, wbrew pozorom, Autorka wcale nie kreśli nam tylko odgórnych decyzji, „tych na górze”. Cała książka jest ukłonem wobec ludzi, którym przyszło zetknąć się z nową rzeczywistością, owianą niczym legenda w jakieś mityczne, pełne romantyzmu oczekiwania, które, dla wielu, wcale się nie ziściły.
Czytając wszystkie te historie, które w większym lub mniejszym stopniu przypominały moje własne dzieciństwo, czułem jakieś rozdwojenie, jakiś sentyment, a jednocześnie wstyd. Z jednej strony, brakuje mi tej społecznej empatii, jakiegoś takiego zżycia ludzi, którzy nie mając nic, dzielili się tym, co mieli. Dziś to niemal nie do pomyślenia.
Z drugiej – jest mi wstyd, że sporo z tych wspomnień, kręci się wokół alkoholu, domowej przemocy, głodu… A jednak to część mojej własnej historii, tego, o czym nie bardzo chcę, a może i nie potrafię opowiedzieć. Bo jak przyznać się przed dziećmi, że przez pewien czas, sam byłem elementem nieprzystosowanym?
Dawne, ale jare czasy
Marta Madejska kreśli nam obraz transformacji, ale tej mniej oczywistej. Są więc trudy życia, opisywane przez czasopismo „Przyjaciółka”, fragmenty gazetek zakładowych czy taśm, na których kolejni szarlatani obiecywali złote góry. Autorka śledzi różnego rodzaju machlojki związane z prywatyzacją gruntów, budynków czy restrukturyzacji PRL-owskich przedsiębiorstw, które najczęściej kończyły się ich upadkiem.
Mnie najbardziej podobały się fragmenty z „Przyjaciółki. Dlaczego? Otóż moja mama też prenumerowała tę gazetę, a że nie było nas stać na coś bardziej ekskluzywnego, jak książki, chcąc nie chcąc, czytywałem ją i ja. Ale przyznać muszę, że nie pamiętam tych fragmentów, które Marta Madejska przytacza. W zasadzie nie pamiętam, że były takie rubryki, gdzie można było narzekać na trudy życia powszedniego. A może zwyczajnie wówczas mnie nie interesowały?
Ciekawe były również fragmenty książki opisujące przywileje i bonusy, którymi szczyciły się dawne molochy-przedsiębiorstwa. Kolonie? Zasiłki? Zbiórki społeczne? Wczasy? Kapele zakładowe, lekarze… to tylko część „repertuaru” PRL-owskich firm, które w ten czy inny sposób wspomagały swych pracowników i ich rodziny. I wiecie co? Myślę, że tego strasznie brakuje w naszym współczesnym kapitalizmie.
Zresztą, podróż, jaką funduje nam Autorka publikacji, to nie tylko smutne historie tych, którym nie udało się zyskać na przemianach w Polsce. Ale mnie najbardziej kłują w oczy. Są mi bliskie, dlatego na nich się tutaj skupiłem.
Wraz z PRL-em przeminęło wiele fajnych rzeczy, takich jak solidarność, współpraca, przyjaźnie i pewien familiarne zachowania, których brak bardzo doskwiera współcześnie. A może tylko jak mam tego świadomość, bo jestem człowiekiem zyskującym świadomość właśnie w tym granicznym okresie transformacji?
Tak, czy siak, książka jest nie tylko nostalgiczną podróżą do tego, co dawno przeminęło, i tego, o czym wielu już nie pamięta (lub nie chce pamiętać), ale i wspomnieniem, że wszystko ma swoją cenę. Czasem, dla niektórych, jest ona większa od reszty, ale statystyki zdają się być nieugięte. Wiecie – tak jak z tą średnią płacą, której większość nigdy nie widziała na oczy… Dla mnie to była wspaniała przygoda. Dlatego też, gorąco polecam lekturę.
Podsumowanie
Książka zawiera się mniej więcej w dziewięciu rozdziałach, a całość liczy 311 stron. Moim zdaniem to pozycja skierowana głównie dla tych, którzy w kolejnym pokoleniu stali się beneficjentami omawianych wydarzeń. Bo wielu z naszych dziadków i rodziców, poniosło konsekwencje przemian. J jak to często bywa, nie mając się czym chwalić, przemilcza to, co było ich udziałem. Nasza współczesna Polska, nie jest Polską sprzed trzech dekad. My, żyjemy w miarę wolnym i zamożnym świecie. Oni zaś zmagali się z biedą, alkoholizmem, przestępczością (kto pamięta wojny gangów?) czy niestabilnością kolejnych rządów.
Książka Marty Madejskiej jest pozycją niezwykle wartościową, i bardzo fajnie mi się z nią pracowało. Wiele z opisanych tutaj historii, jest mi znana z autopsji – z życia moich bliskich czy sąsiadów z małej miejscowości bez perspektyw. Są tutaj również wątki, o których wcale nie miałem pojęcia… Słowem – czytało się ciekawie i z jakąś nostalgią za tym, co było, choć wiele z tych „dawnych” rzeczy nie powinno się powtórzyć.
Wydawnictwo Czarne
Ocena recenzenta: 5/6
Ryszard Hałas
Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Czarne. Tekst jest subiektywną oceną autora, redakcja nie identyfikuje się z opiniami w nim zawartymi.