Mirosław Olszycki, Lodzermensch. Wolna śmierć
Łódź – miasto zrodzone z marzeń i bezwzględnych interesów, gdzie fortuny powstawały i upadały w mgnieniu oka. W tym wirze ambicji, konfliktów i społecznych napięć rozgrywa się historia, którą opowiada książka Lodzermensch. Wolna śmierć Mirosława Olszyckiego – opowieść pełna kontrastów, emocji i tragicznych wyborów. Tu pieniądz znaczy wszystko i nic, a granica między sukcesem a klęską bywa niebezpiecznie cienka.
Łódź – miasto nietypowe, brudne, hałaśliwe, a jednocześnie piękne. Gospodarcza perełka i „żyła złota”, w której wielkie bogactwo splata się z biedą wyzierającą z każdego kąta. Wielowyznaniowy tygiel, który można odczytywać przynajmniej na trzy narracyjne głosy. Civitas pełne ducha, nadprzyrodzonej siły i gospodarczej potęgi. W Łodzi droga do wielkiego kapitału była równie krótka, co do spektakularnego bankructwa.
Nic więc dziwnego, że interesami zajmowali się tam ludzie odważni, o silnej osobowości. Jej magia, tajemniczość i nietuzinkowość pozostały do dziś, czego symbolem jest choćby książka Lodzermensch. Wolna śmierć Mirosława Olszyckiego, swoją materią – być może – nieświadomie nawiązująca do Ziemi obiecanej Reymonta. Już dawno żadna lektura nie wciągnęła mnie tak bardzo – czytałem z nieustanną ciekawością i w zawrotnym tempie. Było warto.
„A nas Łódź urzekła szara…”
Przez pewien czas regularnie odwiedzałem Łódź ze względów medycznych. Wielu znakomitych lekarzy przyjmuje tam pacjentów, a ich wiedza jest dla mnie nieoceniona w leczeniu mojej choroby. Obecnie moje wizyty w tym filmowym mieście stały się rzadsze, ale mimo to darzę je dużym sentymentem – lubię choćby przez nie przejeżdżać, wypatrując miejsc, które powinienem już dobrze kojarzyć.
Parę lat temu, podczas szkolnej wycieczki, odbyłem obowiązkowy spacer ulicą Piotrkowską, a następnie zwiedziłem kilka pałaców fabrykantów. To było naprawdę niezapomniane przeżycie, choć trudno postindustrialnej Łodzi równać się z hiperhistorycznym Krakowem, w którym historia wyłania się niemal z każdego kąta, czy Warszawą, również pełną odniesień do przeszłości. Jedno jest pewne – Łódź nie ma się czego wstydzić. Liczba muzeów, galerii sztuki, klimatycznych kawiarenek i miejsc owianych tajemnicą sprawia, że w moim prywatnym rankingu wciąż mieści się w pierwszej piątce.
Autor książki jest rodowitym łodzianinem. Lodzermensch stanowi dla niego swego rodzaju podziękowanie i hołd złożony miejscu dzieciństwa, dorastania i dorosłości. Jego naturalna znajomość topografii miasta, jego przeszłości oraz relacji panujących w różnych sferach jest widoczna na każdym etapie rozwoju akcji.
Bez tego cała powieść byłaby jedynie sztuczną rekonstrukcją wspomnień o tym, co minęło i już nie powróci, tworzonych przez kogoś, kto tylko na chwilę chce poczuć to wszystko, co składało się i nadal składa na Łódź. Dobrze więc, że za napisanie tej książki zabrał się ktoś, dla kogo granice miasta nie są jedynie wyznacznikiem miejsca akcji, lecz synonimem Norwidowskiej Piosnki, do której tęskno.
Oczywiście, obecny tam międzywojenny wyzysk psuje w pewien sposób tę romantyczną wizję, ale cóż – to jedynie obiektywne przedstawienie faktów. Trzeba po prostu się z tym pogodzić.
„Lodzermensch” – kto to taki?
Nie sposób przejść do analizy fabularnej zawartości książki, pomijając to pojęcie. Lodzermensch to łódzki fabrykant, przemysłowiec – ktoś, kto zainwestował tu kapitał i chce czerpać z niego zyski. Czy to coś złego? Z pewnością nie. Wiele jednak zależy od tego, w jaki sposób traktuje swoją fabrykę i jej pracowników, którzy są od niego zależni.
Czy postrzega ją jako swoją własność, dającą mu prawo do rządzenia twardą ręką, czy raczej jako źródło utrzymania – zarówno dla siebie, jak i dla całej ludzkiej machiny, którą tworzy jego przedsiębiorstwo?
W tym drugim przypadku fabryka powinna być nie tylko miejscem pracy, ale także przestrzenią wypełnioną pozytywną energią. Wiem, że może to brzmieć nieco utopijnie. Dla mnie symbolem Lodzermenschów byli Bucholtz i Müller – bohaterowie Ziemi obiecanej. Bruno Biedermann, prowadząc swój zakład na krótko przed wybuchem II wojny światowej, nie chce nawiązywać do tych wzorców. Zarządza firmą stanowczo, ale gdy zachodzi potrzeba, potrafi też okazać łagodność. Takie podejście przynosi pozytywne rezultaty – przynajmniej do czasu.
Kapitalizm, jaki jest, każdy widzi
Fabuła książki wyraźnie pokazuje, jak skomplikowane było prowadzenie interesów na przełomie lat 1938/1939, a nawet nieco wcześniej. Europa dopiero podnosiła się z wielkiego kryzysu, a na horyzoncie majaczył już zbrojny konflikt. Pewien wąsaty kanclerz zamierzał zrewidować porządek wersalski, a pierwszym krokiem miała być likwidacja państwa polskiego. Jakby tego było mało, bezrobocie osiągnęło niebotyczne rozmiary. Nasz główny bohater, oprócz tych trudności, musi także codziennie mierzyć się z chorobą reumatoidalną swojej żony, problematycznym lokatorem córki, wszechobecną konkurencją oraz narastającymi konfliktami narodowościowymi.
Wszystko, co dotąd było siłą Łodzi, stopniowo zacznie pogrążać ją w marazmie. Bruno robił wszystko, aby rozwiązywać konflikty w możliwie pokojowy sposób, minimalizując straty zarówno dla siebie, jak i dla interesu. Jednak im bardziej się starał, tym większe kłopoty go dopadały. W końcu dotarł do punktu, w którym musiał podjąć decyzję – a każda z opcji oznaczała albo początek, albo koniec. Nie można zarzucić mu braku odwagi, ale od tej decyzji nie będzie już odwrotu. Czasem pieniądze i znajomości okazują się bezużyteczne w starciu ze złem tego świata.
Historia w pigułce
Książka Mirosława Olszyckiego nie jest drugą wersją Ziemi obiecanej, choć pisząc o Łodzi, trudno uniknąć tego rodzaju porównań. To powieść o przynajmniej trzech ukrytych warstwach, do których każdy czytelnik prędzej czy później musi się odnieść. Pierwsza z nich to szeroko zakrojony portret gospodarczo-społeczny miasta – miasta chciwego, pochłaniającego ludzi w całości, gdzie pieniądze dosłownie leżą na ulicy, a jednocześnie miasta ogromnych kontrastów.
Autor znakomicie pokazuje te różne perspektywy. Pod względem literackim ten aspekt przypomina mi spacer Stanisława Wokulskiego po Powiślu. Opisy Reymonta i Olszyckiego można bez trudu nałożyć na siebie, otrzymując tym samym wielowymiarowy obraz machiny, która rozciąga swoje macki na wszystkie sfery życia.
Kolejna warstwa to doskonale skonstruowany portret psychologiczny – zarówno indywidualny, jak i zbiorowy. Panowie w garniturach i kapeluszach, Żydzi w chałatach, Niemcy ubrani nieco bardziej formalnie – to jedna strona medalu. Z drugiej, zza rogu, wyłaniają się biedota i robotnicy, oszczędzający każdy grosz, dzieci w znoszonych ubraniach, które matki wielokrotnie już cerowały. Kontrast między ulicą Zieloną a Piotrkowską przewija się niemal w każdym rozdziale.
Obie strony nie chcą i nie mogą się do siebie zbliżyć, unikając się nawzajem, co tylko potęguje wzajemne uprzedzenia. Cenna lekcja o tolerancji i wsparciu w tamtym świecie trafiła w próżnię – choć chyba nie z winy jej adresatów. I wreszcie perspektywa wojny i jej konsekwencji. Miałem o niej nie wspominać, ale niedawno minęła trzecia rocznica agresji Rosji na Ukrainę, więc nie mogłem tego pominąć.
Wojna to koszmar, szok i tragedia. Jej skutki wyraźnie odbijają się w literackiej fikcji powieści. Wojna odebrała Łodzi jej dawną tożsamość – i już nigdy jej nie zwróci. Każda grupa społeczna wyszła z tego sześcioletniego konfliktu wyszczerbiona.
„Sam nie wiesz, kiedy Łódź, schwyciła Cię w swą sieć”
Lodzermensch to prawdziwa panorama, ścieżka, droga. Dokąd? To już pytanie do odbiorców.
Prawie 650 stron pozwala nabrać dystansu, zastanowić się, a nawet zwątpić – w miłość, sprawiedliwość, sens pracy i życia. Odpowiedzi kryją się w losach bohaterów oraz w warstwie dialogowej, która stanowi tu osobną perełkę. Mirosław Olszycki doskonale sprostał wyzwaniu, które sobie postawił, a jego książka jest tego świetnym dowodem. Serdeczne gratulacje.
Wydawnictwo Księży Młyn
Ocena recenzenta: 6/6
Dominik Majczak
Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Księży Młyn. Tekst jest subiektywną oceną autora, redakcja nie identyfikuje się z opiniami w nim zawartymi.