Luter nie działał agresywnie: nie brał udziału w wystąpieniach o charakterze religijnym czy społecznym, lecz walczył piórem. Jak się okazało, swoją postawą przyciągnął wielu ludzi. Narzuca się pytanie: jacy to byli ludzie, z jakich warstw społecznych, ilu ich faktycznie było? Jak udało się to osiągnąć Lutrowi?
Za Marcinem Lutrem stanęła część książąt Rzeszy i wielu z nich czyniło to, co tu kryć, bardziej z powodów politycznych, aniżeli religijnych. Ale Marcin Luter porwał za sobą przede wszystkim szeroko pojętą warstwę średnią, szlachtę, mieszczaństwo, w tym zwłaszcza skupione na pracy „w pocie czoła” pospólstwo, czyli miejskich obywateli, później także elitarne patrycjaty. Społeczne „doły”, chłopi, czy miejski plebs ulegali większej polaryzacji religijnych nastrojów. Część pozostawała wierna tradycyjnej wierze katolickiej, inni dawali się porwać religijnym radykałom, anabaptystom, chiliastom, bo ci oprócz zmian w doktrynie wiary zapowiadali także daleko idące reformy społeczne. W pierwszych dekadach obserwujemy duże rozchwianie w wyborach „dróg zbawienia”. Jeżeli mówimy o Rzeszy, to widać jednak stopniowe różnicowanie politycznej mapy reformacyjnych i kontrreformacyjnych wpływów. Północ i wschód skłaniają się ku Lutrowi, południe i zachód (z wciąż silnymi księstwami duchownymi Rzeszy) pozostają zwłaszcza w swoich obszarach wiejskich katolickie. Ale nawet i tu ośrodki miejskie, takie jak Augsburg, czy Kolonia, skłaniały się bardziej ku luteranizmowi. Wszystko uporządkuje i zakonserwuje w opisany powyżej sposób Pokój Augsburski z 1555 r. i jego powszechnie znana zasada Cuius regio, eius religio. Przez kilka kolejnych dekad po tej dacie będzie następował exodus wiernych do księstw bardziej przyjaznych wyznaniowo.
Obok licznych kazań, najpopularniejsze jest 95 tez Marcina Lutra. Są one wręcz owiane legendą, jakoby Luter miał przybić je drzwiach kościoła w Wittenberdze. Skąd wzięła się takowa legenda i jaka wiąże się z nią symbolika, jaki miało mieć owe zdarzenie wydźwięk?
Historię o przybiciu tez do drzwi kościoła zamkowego w Wittenberdze opowiedział po latach przyjaciel i współpracownik Marcina Lutra, Filip Melanchton, któremu zarzucano jednakże w krytyce źródłowej, że bywał niedokładny i miewał kłopoty z pamięcią. Nie ma żadnego innego świadectwa, że tak się rzeczywiście stało, więc obecnie historię o przybiciu 95 tez traktuje się jako rodzaj mitu „założycielskiego”, typowego dla tego rodzaju wydarzeń i ideowych rewolucji. Marcin Luter rozpoczynał swoimi tezami pewien dyskurs teologiczny, więc zapewne rozesłał swoje dziełko do „fachowców” w tej dziedzinie, innych teologów, na uniwersytety. Z drugiej strony można sobie wyobrazić sytuację, że przy rosnącym zainteresowaniu tezami i w poczuciu pewnego zagrożenia Marcin Luter, by zyskać aprobatę ogółu, mógł te tezy w późniejszym (zbliżonym jednak do 31 października 1517 roku) czasie podać do wiadomości publicznej na drzwiach kościoła. Tezy w dzisiejszym druku zajmują 5-6 kolumn, więc tyle liczyłyby sobie i kart. Drzwi kościoła były zaś (i są jeszcze po dzień dzisiejszy) najlepszymi tablicami ogłoszeń. Przybijano do nich dekrety, rozporządzenia, wyroki. Można było przybić i tezy. I tak to być może zapamiętał Filip Melanchton. W późniejszym czasie całą protestancką Europę obiegały druki ulotne pokazujące tę historię jak swoistą „biblię dla ubogich”. Z nich najbardziej zapadł mi w pamięć rysunek, na którym Marcin Luter w otoczeniu swoich zwolenników wielkim i długim piórem pisze na kartach zawieszonych na drzwiach kościoła w Wittenberdze swoje tezy, a końcówka tego pióra strąca papieżowi – siedzącemu na tronie w Rzymie – tiarę z głowy. Taka wizja przemawiała do wyobraźni podatnych na tego rodzaju przepowiadanie mieszkańców Rzeszy i północnej części naszego kontynentu.
95 tez było więc symbolicznym początkiem reformacji i szybko ich treść rozniosła się w Niemczech. Które z tez uznałby Pan za najistotniejsze i które z nich spowodowały najdalej idące konsekwencje?
95 tez przeciwko papieskiemu odpustowi pisze Marcin Luter wciąż jeszcze w głębi serca i swoich przekonań, katolik. To bardzo surowe w treści pismo zaczynające się i kończące ideą życia podporządkowanego osobistej pokucie. Augustianin nie wątpi w nim w moc prawdziwej i szczerej spowiedzi „usznej”, nie kwestionuje istnienia Czyśćca, a znieważenie Matki Bożej uważa za najwyższej rangi grzech i świętokradztwo. Podważa jednak w sposób istotny fundamenty ówczesnej teorii i praktyki odpustu papieskiego, kwestionując tak daleko idącą – poza świat doczesny – władzę papieża oraz po wielokroć ganiąc materialny wymiar tego procederu. W paru miejscach Luter odsłania już jednak swoje dalej idące przemyślenia. Głosi na przykład, że „prawdziwym skarbem Kościoła jest najświętsza Ewangelia chwały i łaski Bożej”. Stąd już niedaleko do późniejszego hasła reformacji – „Sola Scriptura”, tylko Pismo Święte.
Czy uważa Pan, iż w momencie, gdy Luter zaczął sprzeciwiać się praktykom Kościoła, miał świadomość lub choćby brał pod uwagę, ewentualność powstania odłamu od Kościoła? Czy było to zaplanowane, czy raczej (kolokwialnie mówiąc), „tak wyszło”?
Z całą pewnością w punkcie wyjścia, w Wittenberdze 1517 roku, Marcin Luter nie planował założenia nowego wyznania, myślał o zreformowaniu Kościoła jako pewnej całości i jedności. Ujawniając jednakże swoje kolejne przemyślenia i przede wszystkim stale podnosząc „poprzeczkę” założeń oczekiwanej naprawy doprowadził jednak do trwałego rozłamu w Kościele. Stało się to wiele lat po ogłoszeniu tez o odpustach, ale stało się. Ci z reformatorów, którzy nie pragnęli opuścić struktur „rzymskiego” Kościoła zdobywali się jednak na pewien kompromis.
Ciekawe jest, że papiestwo początkowo nie wydawało się być szczególnie przejęte zaistniałą sytuacją i dość późno poczyniło jakiekolwiek kroki. Jakie to były kroki i dlaczego nie postawiono ich wcześniej? Czy można zaryzykować stwierdzenie, że papież nie zdawał sobie sprawy, jak daleko zajdzie cała sytuacja?
Na początku mamy do czynienia z wystąpieniem jednego z wielu tysięcy zakonników, jednego z setek doktorów teologii, którzy z pewnych przesłanek potrafili wyprowadzić wnioski ogólne i wyrazić je na piśmie. Marcin Luter nie był jedynym, który w tym czasie występował z jakimikolwiek tezami. Tezy musiały wejść w obieg naukowy i kościelny, trzeba się było z nimi zapoznać, bo zresztą taki charakter nadał im ich autor. Na początku postrzegano zresztą tę jego pisemną wypowiedź jako spór dwóch zakonów, augustianów i dominikanów o sposób przeprowadzenia papieskiego odpustu. Gdy machina wewnątrzkościelnej kontroli zaczęła jednak nabierać pewnego tempa, akurat zmarł cesarz Maksymilian, a protektor Marcina Lutra, książę Fryderyk III Mądry był jednym z siedmiu elektorów Rzeszy z prawem głosu podczas wyboru nowego cesarza. To wszystko sprawiło, że Lutra potraktowano na początku bardzo łagodnie, starano się go napomnieć, przekonać perswazją do odwołania tez. Reformator w ten sposób zyskał dla siebie i swoich idei bezcenny czas.
Luter w swoich słowach nie głosił bezpośrednio oderwania od Kościoła, wprowadzenia nowych reguł, lecz pragnął jedynie jego naprawy. Jest on znany jako reformator i postać kluczową przy badaniach nad reformacją w ogóle, wręcz symboliczną, lecz czy słusznie? Czy jego celem nie były tak naprawdę naprawa i uleczenie Kościoła?
Komu jak komu, właśnie Marcinowi Lutrowi przysługuje miano ojca reformacji. To prawda, że chciał tylko naprawy Kościoła, lecz swoją nonkonformistyczną postawą pociągnął za sobą wielu innych ludzi. Wszyscy pozostali szli za nim lub tuż za nim, ale zawsze jakby krok, pół kroku z tyłu. Dołączali się, jak Filip Melanchton, czy Andreas Karlstadt, albo naśladowali – niemal równolegle działając, ale naśladowali, jak Ulrich Zwingli. Jak grzyby po deszczu pojawiła się cała masa radykałów, jak Tomasz Müntzer, „prorok z Zwickau”, ale pojawiła się, bo był już wcześniej Marcin Luter. Nawet Jana Kalwina, inicjatora tzw. Drugiej Reformacji, posądzano u progu jego działalności – jak się okazało, niesłusznie – że propaguje w Paryżu luteranizm. Marcin Luter pozostanie na zawsze symbolem ruchu reformacyjnego i trudno się temu dziwić.
Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiała Agnieszka Popiak
Sławomir Kościelak, doktor habilitowany, profesor nadzw. w Instytucie Historii Uniwersytetu Gdańskiego. Tematyka badawcza: stosunki wyznaniowe w Gdańsku i Prusach Królewskich w XVI-XIX w.: reformacja i kontrreformacja, mniejszości religijne oraz kasaty klasztorne z początku XIX w., ponadto historia społeczna Pomorza, Wielkopolski i Kujaw ze szczególnym uwzględnieniem procesów awansu i regresu społecznego. Autor m.in. książek Jezuici w Gdańsku od drugiej połowy XVI do końca XVIII wieku, Gdańsk – Kraków 2003; Katolicy w protestanckim Gdańsku od drugiej połowy XVI do końca XVIII wieku, Gdańsk 2012 oraz szeregu artykułów, w tym Reformacja w małych miastach województwa pomorskiego. Próba podsumowania, „Zapiski Historyczne”, T. LXX, 2005, Z. 4, s. 27-54. Dzieje wyznaniowe Prus Królewskich w XVI – XVIII wieku, [w:] Prusy Królewskie. Społeczeństwo, kultura, gospodarka, Szkice z dziejów pod red. Edmunda Kizika, Gdańsk 2012, s. 204 – 263, a ostatnio współredaktor tomu esejów do wystawy „Gdańsk protestancki. W 500-lecie wystąpienia Marcina Lutra” w Muzeum Narodowym w Gdańsku (Gdańsk protestancki w epoce nowożytnej. W 500-lecie wystąpienia Marcina Lutra, tom I, Eseje, red. Edmund Kizik, Sławomir Kościelak, Gdańsk 2017).
Członek Polskiego Towarzystwa Historycznego, Polskiego Towarzystwa Heraldycznego, Stowarzyszenia Archiwistów Polskich, Instytutu Kaszubskiego, od 2014 r. prezes Towarzystwa “Dom Uphagena” w Gdańsku. Od 2008 r. organizator i kierownik studiów podyplomowych Gedanistyka na Wydziale Historycznym UG.