Blizny kojarzą się nam ze śladami po ranach. Ale czy tylko ciało może takowe ślady posiadać? A co jeśli gorsze naznaczenie zostają w naszej duszy? Autorka „Blizny. Krajobrazy po przemyśle”, Marta Tomczok, stara się nam pokazać, że tak właśnie jest. Że świat to również ludzie, ich przywiązanie, poczucie przynależności do jakiegoś miejsca. Jeśli ktoś lub coś ich stamtąd usunie, w krajobrazie pojawia się pęknięcie, niczym blizna, której często nie da się wypełnić.
Publikacja ta opowiada o krzywdach doznanych przez ludzi, którzy w ramach sukcesu gospodarczego państwa, pozbawiani byli własnego miejsca na świecie. Tak po prostu – dla większego „dobra”. Ale czy na pewno? Po tej książce też będziecie mieli wątpliwości.
Kartka z historii
Po zakończeniu II wojny światowej ziemie polskie, wraz z tymi tak zwanymi „ziemiami odzyskanymi” były w katastrofalnym stanie. Gospodarka właściwie nie funkcjonowała – wiele fabryk zostało zniszczonych w trakcie walk, a to, co zostało – było rozgrabiane przez Sowietów. Dlatego też dobrobyt państwa trzeba było budować od zera. I to dosłownie.
Jednym z pierwszych kroków do realizacji tego celu był tak zwany plan 6-letni (plan 3-letni w zasadzie nic nie wskórał). Przystąpiono na wielką skalę do industrializacji przemysłu, głownie kosztem społeczeństwa, które wyraźnie zubożało. Jednak udało się uruchomić Hutę im. Lenina, Fabrykę Samochodów Osobowych na Żeraniu czy rozpoczęto rozbudowę przemysłu stoczniowego. I to jedyny sukces – wszystkie inne jego założenia przyniosły załamanie gospodarcze, a w konsekwencji zmianę ekipy rządzącej.
Dopiero ekipa Edwarda Gierka miała stworzyć podstawy boomu gospodarczego, opartego na zagranicznych kredytach. Zwiększono finansowanie w przemyśle ciężkim, sektorze transportowym czy mieszkaniowym. Zaczęto również tworzyć nowe gałęzie przemysłu i na szeroką skalę przystąpiono do realizacji nowych inwestycji. Wszystko planowano z ogromnym rozmachem, można nawet powiedzieć, że władza komunistyczna „zachorowała” na gigantomanię.
Zaczęto tworzyć ogromne molochy, których budowa i utrzymanie pochłaniało ogromne środki. Zresztą szybko okazało się, że coraz większe. Niemniej powstały Huta Katowice, Fabryka Samochodów Małolitrażowych w Bielsku-Białej i Tychach, Port Północny czy zespół Górniczo-Energetyczny „Bełchatów”.
Nie liczono się przy tym z interesami tubylców, których wysiedlano przymusowo, za niewielkie rekompensaty. Nie liczono się również z kosztem jaki w trakcie inwestycji poniesie przyroda i środowisko. Gospodarka ta nastawiona była na rabunek, nic więc dziwnego, że szybko i środowisko i ludzie zaczęli odczuwać skutki skażenia – miedzią, metalami ciężkimi, pyłami i innymi śmiercionośnymi substancjami.
Takimi zniszczonymi miejscami stały się Dębina, Folwark, Machów, Burowiec, Ptasia Dolina, Bogomice, Rapocin czy Piaski. Oczywiście to nie cała lista zniszczonych „krain”, które znaleźć można w tej publikacji. Zresztą Autorka nie starała się nawet udawać, że wymieniła wszystkie, bo takich „blizn” w krajobrazie jest zdecydowanie więcej. Dlatego przypuszczam, że ta praca będzie miała swoją kontynuację.
Szkody, szkody i zniszczenie
Autorka skupia się jednak nie tylko na samych szkodach, na zniszczeniach w środowisku. Znacznie więcej jest o ludziach, którzy – często pod przymusem – musieli opuścić swoje małe ojczyzny dla dobra „narodu” i „państwa”. To lokalne „wywłaszczenie” budziło opór, i niejednokrotnie kończyło się śmiercią, zwłaszcza tych starszych, którzy przywiązani byli do swojej ojcowizny. Bo tytułowe blizny, to nie tylko zniszczenia środowiska, ale i rany jątrzące się w duszach tych, którzy nie mieli wyboru. Wysiedleni często powracają do swoich dawnych miejsc osiedlenia, by powspominać, pokontemplować i obserwować jak przemysł dalej niszczy resztki ich dawnego świata.
Nostalgia wspomnień ludzi, często spotkanych przez Autorkę przez przypadek, tak przy okazji – wzruszają. Jednocześnie nagłaśniają to, o czym zdajemy się nie pamiętać. Nasz współczesny dobrobyt zbudowany jest na czyimś nieszczęściu, cierpieniu, bólu. Wszak – nic nie ma za darmo.
I nie zmieni tego nawet powolne przywracanie niektórych z tych miejsc do życia. Przecież i tak zniknęło to co najcenniejsze – ludzie, którzy tworzyli lokalny koloryt, własne tradycje, zwyczaje, a wreszcie – kształtowali cały ten krajobraz. Drzewa kiedyś wrócą, ale świat, który przeminął wraz z inwestycjami, już nie wróci nigdy. Coś bezpowrotnie umarło. I jedyne co pozostanie to wspomnienie po nich, jak blizny na tkance. Taki wyrzut, który z czasem wyblaknie i nie pozostanie nic – tylko to, co ktoś zdoła uwiecznić w literaturze.
Czytając te relacje nie wyobrażam sobie, co ja bym zrobił na ich miejscu. Wyzbycie się ojcowizny albo majątku, który powstawał od podstaw (wszak na terenach odzyskanych często Polacy musieli wszystko budować od nowa) przeraża i boli. Lektura, choć nostalgiczna, przejmuje czytelnika, jakby te historie były jego własnym udziałem. Ten dojmujący smutek staje się naszym brzemieniem – wszak, nawet jeśli tylko pośrednio, to i my korzystamy z krzywd wyrządzonych tym, którzy kilkadziesiąt lat temu, a czasem i dzisiaj – muszą opuścić swój maleńki świat.
Wspomnienia porzuconych
Ci, którzy wracają do tych „wyklętych” miejsc, wspominają o własnej pracy, o pierwszych miłościach, zabawach, a czasem i rodzinnych czy sąsiedzkich dramatach. Wspominają o ciężkiej pracy, zmaganiach z naturą, z biedą, a później z państwem, które – dla jakichś tam wielkich idei i projektów – wysiedliło ich, przekreślając lata ich wyrzeczeń, ciężkiej pracy, wspomnień i by ostatecznie pozbawić ich własnego miejsca na tym łez padole. A przecież, pod wieloma względami brakowało tam wielu cywilizacyjnych dogodności. Wychodek na zewnątrz – mróz czy upał, deszcz czy wiatr. Brak bieżącej wody, brak elektryczności… Taki świat prawie pierwotny…
Zastanawiające jest również to, że obraz ten jest u nich taki wyidealizowany, jakby każda z tych miejscowości i wiosek, stanowiła swoistą Arkadię. I gotów jestem uwierzyć, ze w ich oczach właśnie takimi rajami były. Aż zazdroszczę takich pięknych wspomnień. Moje pokolenie takich miejsc nie ma…
Bardzo spodobały mi się również refleksje odnośnie pozostawionych śladów po wysiedlonych. I nie chodzi tylko o ruiny domostw, kościołów, dróg czy cmentarzy. Autorka widzi ludzkie historie zaklęte w krzewach, pozostałościach sadów, zdziczałych warzywach. Zniszczone znaki drogowe nabierają znaczenia dzieł sztuki.
Oczywiście historia historii nie równa. Jedne miejsca są potraktowane obszerniej, bardziej kompleksowo. Inne są tak jakby tylko muśnięte. W zdecydowanej mierze są to opowieści o miejscach, gdzie odbywała się eksploatacja złóż energetycznych, głównie węgla. I tu trochę jestem rozczarowany. Liczyłem, że takich miejsc będzie więcej, że będzie większa różnorodność. No cóż – tym bardziej czekam na kolejną publikację w tym zakresie, z ujęciem innych zniszczonych na potrzeby przemysłu miejsc. A choćby o zatopionych wioskach pod zbiorniki retencyjne. Na Śląsku takich miejsc jest sporo. A przecież Polska jest na tyle duża i szeroka, że z pewnością znajdzie się cały ogrom podobnych blizn.
Podsumowanie
Książka składa się na 376 stron tekstu. W środku jest nieco fotografii w odcieniach szarości – chyba mają wzmocnić efekt nostalgii. W środku znajdziemy szesnaście rozdziałów, choć miejsc omawianych w publikacji jest nieco więcej. Polecam – ale nie dla tych, co szukają sensacji, czy stricte historycznych reportaży. Ta książka jest bardziej dla ludzi, którzy lubią czuć, kochać i wędrować własnymi ścieżkami.
Wydawnictwo Czarne
Ryszard Hałas