Między urzędem a służbą

Między urzędem a służbą |Recenzja

Tadeusz Ruzikowski, Między urzędem a służbą. Urząd do spraw Bezpieczeństwa Publicznego m. st. Warszawy 1954-1956

Czy ciekawi was jak wyglądały służby do spraw bezpieczeństwa w Warszawie w połowie lat 50. ubiegłego wieku? Jeśli tak, Tadeusz Ruzikowski w swej nowej pracy Między urzędem a służbą ma dla was coś ciekawego. Książka pisana jest prostym i rzeczowym językiem, i to pomimo, iż temat wymagał dużego zakresu wiedzy i badań w archiwach. Jednocześnie książka jest obrazem chaosu organizacyjnego w tym urzędzie, co wynikało z kilku powodów, o których musicie doczytać sami.

Urząd ds. Bezpieczeństwa Publicznego – informacje podstawowe

Warszawa z swą centralną funkcją, jako stolicy państwa i stolicy województwa, a także najliczniej zamieszkałego miasta w kraju, pełniła specjalną rolę w organizacji Urzędu ds. Bezpieczeństwa Publicznego. Z tego też powodu znajdowały się tutaj aż trzy stopnie organizacyjne – centralny (KdsBP), wojewódzki (WUdsBP) i warszawski (UdsBP m.st. Warszawy). Ten ostatni był traktowany nieco po macoszemu – sprawy o wielkiej wadze były mu odbierane, a w zamian „upychano” w nim sprawy błahe lub mocno kłopotliwe.

Warszawska „jednostka” UdsBP M.st. Warszawy, miała struktury podobne do pionu centralnego. Funkcjonariusze tej organizacji rozpracowywali między innymi kościoły, zakony, stołeczne zakłady pracy, byłych członków Zrzeszenia WiN, dawnych Ak-owców, ludzi wywodzących się z kręgów Narodowych Sił Zbrojnych, Związku Walki Zbrojnej, Batalionów Chłopskich, Polskiej Partii Socjalistycznej – Wolność, Równość, Niepodległość, czy urzędników okresu międzywojennego, a nawet podwarszawskie jednostki wojskowe.

Co ciekawe inwigilacji poddawano nawet osoby prywatne zajmujące się dostawami warzyw i owoców (tak zwanych badylarzy). Jak szkodliwi mogli być tacy handlowcy? Słowem – osób podejrzanych dla ustroju komunistycznego szukano na siłę, wszędzie i w każdym miejscu.

„Ogólne zadania, jakie postawiono przed zmodyfikowaną w 1955 roku strukturą Urzędu ds. Bezpieczeństwa Publicznego m.st. Warszawy, obejmowały kilka zasadniczych pól: walka z obcymi wywiadami, zwalczanie niedobitków podziemia niepodległościowego, nielegalnych organizacji, „niemieckich elementów rewizjonistycznych”, zagrożeń „dywersją, sabotażem i szkodnictwem” w gospodarce, inwigilacją zagranicznych „ośrodków reakcyjnych” (s. 35).

Niekompetencja?

Czytając tę książkę odniosłem wrażenie, że stołeczni funkcjonariusze ds. Bezpieczeństwa Publicznego nie bardzo co mieli robić. Wymienione przez Autora sprawy były błahe (najczęściej były to pomówienia), wobec czego efekt ich rozpracowania pozostawiał wiele do życzenia. Większość z nich albo nie zamknięto – w omawianym okresie – albo zostały umorzone. Często przewija się tutaj na przykład motyw niepełnej poczytalności obserwowanych jednostek.

Publikację czyta się szybko, choć nieco smętnie. Tutejszy urząd ds. Bezpieczeństwa Publicznego był ospały, często funkcjonariusze byli niekompetentni, źle przeszkoleni. Nie mówiąc już o braku chęci do prowadzenia aktywnej działalności. Ale może to i lepiej dla ówczesnych mieszkańców Warszawy.

Zaskoczyło mnie tutaj kilka kwestii. Przede wszystkim dlaczego urzędnicy Służb Bezpieczeństwa liczyli, iż źle wyposażone i nieliczni funkcjonariusze w warszawskim Urzędzie ds.BP, będą mogli po pierwsze – sprawnie i aktywnie podejmować działania w terenie, po 2 – że będą w stanie inwigilować tyle różnych środowisk i grup społecznych, po 3 – że informacje tak zebrane będą kompetentne? Z tekstów i fragmentów różnych zdarzeń jasno wynika, iż zwyczajnie marnowano środki, czas i potencjał tutejszej jednostki…

Pracownicy tej służby byli poddawani ciągłym „briefingom”, spotkaniom organizacyjnym, które w moim odczuciu bardziej marnowały potencjał, niż przyczyniały się do lepszego funkcjonowania organizacji. W ogóle to odnosi się wrażenie, iż wszystko, nawet na stopniu centralnym, było chaotyczne, nieprzemyślane, źle dopracowane lub zwyczajnie – robione „na kolanie”.

W publikacji znajdziecie mnóstwo informacji o tym jak funkcjonował tutejszy Urząd ds. Bezpieczeństwa Publicznego. Mamy ukazaną jej strukturę organizacyjną i zadania powierzone poszczególnym wydziałom.

W przedostatnim rozdziale mamy możliwość zapoznania się z kadrą kierowniczą jednostki, a także stanem osobowym. Okazuje się, że poza brakiem kompetencji głównym problemem funkcjonariuszy były kłopoty z alkoholizmem, czy ich stanem „moralnym”. I to chyba najciekawszy rozdział tej publikacji. We wcześniejszych rozdziałach czułem się nieco przeładowany informacjami, z których tak naprawdę wiele nie wynikało dla „nie wtajemniczonego” czytelnika, takiego jak ja.

Choć książkę czytało się szybko, to jednak nie czułem jakiejś większej fascynacji, tym co czytam. Nie, książka jest ciekawa, ale trochę czuję się oszukany, bowiem wiele informacji tutaj zamieszczonych jest powierzchownych i krótkich. Rozumiem, że wynika to z niewielkiej dostępności źródłowej. Niemniej liczyłbym na więcej.

Książka liczy 296 stron tekstu. Całość podzielona została na sześć większych rozdziałów, w tym aneks źródłowy. To zdecydowanie pozycja dla varsavianistów i admiratorów dziejów wczesnego PRL-u.


Wydawnictwo IPN
Ocena recenzenta: 4/6
Ryszard Hałas


Egzemplarz recenzencki otrzymany od Wydawnictwa IPN. Tekst jest subiektywną oceną autora, redakcja nie identyfikuje się z opiniami w nim zawartymi.

Czytaj również:

Comments are closed.