Monika Odrobińska, My, dzieci Wołynia. Historie małych ocaleńców

My, dzieci Wołynia |Recenzja

Monika Odrobińska, My, dzieci Wołynia. Historie małych ocaleńców

„W przeddzień wybuchu drugiej wojny światowej (…) stanowili Żydzi, a pozostałe dwie ćwierci – Ukraińcy i Polacy. Ludzie wiedli tam zwyczajne życie i nic nie wskazywało na mającą się tam rozegrać tragedię” (s. 91). Tak można by rozpocząć każdą z przytaczanych w publikacji „My, dzieci Wołynia…”. Aż strach i dziw bierze, że śmierć nadchodzi w ciszy.

Oczami dzieci

Monika Odrobińska w swej nowej książce zebrała losy piątki małych dzieci, którym dane było żyć w czasie II wojny światowej. Są to Genowefa Ziółkowska (z d. Paszkowska), Zdzisław Żurowski, Ewa Górna (z d. Kowalska), Jan Wernik oraz Józefa Marciniak (z d. Felińska). Bo sama publikacja nie kreśli tylko przebieg wołyńskiej zbrodni, ale i dalsze losy małych ocalonych, miejsc i poszukiwań własnych korzeni, nostalgii…

Ta książka jest dla mnie szczególna. Nie ma tutaj suchych faktów. Nie ma stopniowania, tłumaczeń, szukania odpowiedzi na pytania, które tak wielu stawia sobie od blisko 80 lat. Jest za to empatia, dzielność, wdzięczność Bogu i tym, którzy pomogli przetrwać małej Genowefie, Zdzisiowi, Ewce, Jankowi i Józefie. Opisy rzezi wołyńskiej widzimy bowiem z dwóch perspektyw – małych ofiar, ale i z perspektywy czasu – już dorosłych, którzy pogodzili się w jakimś stopniu z tym, jak ciężki los przypadł im, i ich bliskim, w udziale.

Takie książki czyta się najlepiej. Autorce udało się uchwycić nie tylko samą historię, dramat mordowanych Polaków, czy heroizm tych z Ukraińców, którzy próbowali ratować swych polskich sąsiadów. Tym, co najbardziej mi się spodobało, to fakt, iż uchwyciła duszę osób, które zawierzyły jej swoje trudne losy. Ciężko jest wyjaśnić co mam na myśli. Niemniej czytając ich wspomnienia, a później próby odnalezienia pamiątek po swoich pomordowanych bliskich, czułem ich ból, a jednocześnie jakieś poczucie ulgi, gdy udawało się im odnaleźć choćby niewielki fragment siebie, swych bliskich.

W publikacji znaleźć można wiele strasznych historii, o tym, jak sąsiedzi, Ukraińcy, bezwzględnie postępowali z Polakami. I Żydami, Cyganami i Rosjanami, choć jest o nich zdecydowanie mniej. Najbardziej przypadła mi do serca historia Jana Wernika i jego ojca, który mimo całej tej brutalności, zachował się jak chrześcijanin, jak człowiek, który dla każdego miał miejsce w swoim sercu. Tak właśnie wyobrażam sobie prawdziwego bohatera. A może i człowieka bliskiego ideałowi chrześcijańskiego miłosierdzia.

Nie sposób opowiedzieć tutaj choćby pokrótce losu którejkolwiek z przedstawianych historii. Gdybym to zrobił, mój opis nie byłby pełny, byłby kaleki, wypaczony. Dlatego tym razem pozostawię wam nieco więcej swobody. Historie może nie są równej wagi, ale w każdej z nich jest to coś, co sprawia, że warto się nad każdą z historii pochylić na dłużej.

Promyki światła pośród mroku

Czytając tę książkę, co rusz zakreślałem sobie poszczególne fragmenty. Nie tylko takie, opisujące bestialstwo ukraińskich oprawców, ale i odwagę tych spośród nich, którzy ratowali Polaków. Na przykład taki – w opisie Pani Ewy Górnej:

„Ukraińcy nie zabijali tak po prostu. Mieli rozkaz, by rżnąć siekierami, nożami, sierpem, by ofiara długo konała. Słyszałam o dziewięcioletniej dziewczynce z sąsiedniej wsi, którą tak potraktowali. Leżała potem i błagała o wodę. Zamiast niej, dostała kolejne razy. Zmarła. Małe dzieci, ledwo odrośnięte od ziemi, nabijali na sztachety płotów i sarkali: „Wot, polskie orły”. Ale raz się przeliczyli. Gdy wpadli do jednego z polskich domów, wyrżnęli całą czwórkę dzieci śpiących w łóżku. Potem dopiero okazało się, że jeden chłopczyk był Ukraińcem.

Ale zdarzali się i uczciwi Ukraińcy. Kiedy w sąsiedniej wiosce zaczęli mordować, jedno małżeństwo postanowiło ratować się ucieczką do lasu. Trzyletnią córeczkę ukryli w wiklinowym koszu, który wsunęli pod łóżko. Po jakimś czasie Ola jednak wymknęła się z ukrycia, wyszła na podwórze i głośno płakała. Jak tylko zobaczyła ją sąsiadka, Ukrainka, zaczęła wołać po ukraińsku:

– Ola, chodź tu do mnie!

-Dawaj ją tu! – wrzasnął Ukrainiec, który wziął się tam nie wiadomo skąd.

– To moje dziecko! – krzyknęła kobieta i wziąwszy małą na ręce, zaprowadziła do swojego domu.

Rodzice Oli przeżyli, ona też, dzięki bohaterskiej postawie sąsiadki. Wielu takich jak ona dzieliło bowiem los polskich ofiar” (s. 95). A przecież takich bohaterskich postaw wśród Ukraińców było więcej. W książce jest ich dosyć sporo. I to jest budujące, że nie wszyscy pałali żądzą zemsty.

Świat, który przeminął

Bardzo podobały mi się zamieszczone tutaj fragmenty wierszy, modlitw, a nawet aforyzmów-formułek, którymi opisywali swój świat ówcześni mieszkańcy Wołynia. Jakże ten świat musiał być bogaty w tradycje, w znaczenia, w kulturę wysoką, o której współcześnie się nie pamięta. I cały ten cudowny świat został wyrwany z wołyńskiej ziemi. Ciężko jest się z czymś takim pogodzić. A jednak każdy z powyższych bohaterów, zdaje się być pogodzony (w pewnym stopniu) z tym, co stało się na Wołyniu.

Nawet ich poszukiwania rodzinnych pamiątek, dawnych znajomych ma, w sobie jakiś niewypowiedziany czar, który wzrusza. Z jednej strony jest nostalgia, a z drugiej – poczucie wstydu, że historia została napisana krwawymi literami. Jednocześnie napotykani przez naszych bohaterów Ukraińcy (świadkowie dawnych dramatycznych wydarzeń), cieszyli się, że mogli jeszcze raz wrócić do tych dawnych czasów. Być może ciesząc się, że jednak ktoś przeżył; że nie wszystko zostanie zapomniane… A może za bardzo się zagalopowałem. Szczerze – targają mną emocje, których się nie spodziewałem. Czuję się ogromnie poruszony, i być może dlatego ta recenzja będzie nieco inna niż wszystkie poprzednie.

Podsumowanie

Książka zawiera się na 183 stronach. I co tu pisać – książka wstrząsająca. Kreślone tutaj historie chwytają za serce. I już teraz rozumiem, dlaczego tylu nadal żyjących Wołyniaków jest taka jaka jest. Gorąco polecam. To pokarm dla ducha, którego nie można zaprzepaścić.


Dom Wydawniczy Księży Młyn

Ryszard Hałas

Comments are closed.