Dorastali w stabilnej jeszcze Jugosławii, wychowywani w duchu „Braterstwa i Jedności”, a w dorosłość wchodzili już w czasie rozpadu znanego im porządku. Historia Nihada Hasanovicia, pisarza z Bihacia, prowadzi przez dzieciństwo nad Uną, pionierskie uroczystości, kryzys lat osiemdziesiątych i narastający nacjonalizm, który pod koniec dekady coraz mocniej wdzierał się w codzienność.
Bihać przez stulecia pozostawał miejscem pogranicza. Region Krajiny był obszarem styku Imperium Osmańskiego i ziem chrześcijańskich, gdzie konflikty zbrojne sąsiadowały z handlem, współpracą i codziennymi kontaktami mieszkańców obu stron granicy. Ślady tej historii zachowały się także w samym mieście – w meczecie Fethija, dawnym kościele przekształconym po osmańskim podboju, nadal można zobaczyć gotycki portal i rozetę.
W czasie II wojny światowej Bihać stał się jednym z ważnych miejsc jugosłowiańskiego ruchu partyzanckiego. To tutaj odbyło się pierwsze posiedzenie AVNOJ, które autor przedstawia jako zalążek przyszłego rządu Jugosławii. Kilkadziesiąt lat później, w latach osiemdziesiątych, socjalistyczne państwo zaczęło pogrążać się w kryzysie. Jego skutki odczuwała również rodzina Hasanovicia, a jednym z najbardziej znanych przykładów problemów systemu w bośniackiej Krajinie stała się afera Agrokomerc. Tymczasem dorastający Nihad czytał rosyjskich dziewiętnastowiecznych powieściopisarzy, Márqueza, Cortázara, Rulfa i Borgesa, jeździł nad Jeziora Plitwickie i żył blisko rzeki Uny. Latem 1990 roku zetknął się już bezpośrednio z narastającym napięciem: podczas powrotu z Rovinj jego rodzina przejeżdżała przez punkty kontrolne ustanowione przez Serbów z Chorwacji, a szesnastoletni Hasanović obserwował żołnierzy Jugosłowiańskiej Armii Ludowej i czetników.
Na brzegu, wśród gęstych zarośli,
szukałem samotnego i spokojnego miejsca,
gdzie ujrzałem umiłowane oczy
zagubione w twym wirze.
Branko Ćopić, Na brzegu Uny
Pokolenie Bośniaków urodzonych w połowie lat siedem dziesiątych ugrzęzło między dwoma światami: tym, który już nie istnieje, a tym, do którego nigdy nie będą całkowicie należeć. Dorastali w jeszcze stabilnej Jugosławii, wychowywani w duchu „Braterstwa i Jedności”. Jako nastolatkowie interesowali się kulturą miejską. Ale ich wejście w dorosłość zostało zniweczone przez wojnę, która te szczeniaki socjalizmu zamieniła w mięso armatnie.
Żadna inna generacja nie została tak zdziesiątkowana, a traumy popchnęły wielu z tych, którzy przeżyli, w stronę narkotyków lub samobójstw. Reszta kiepsko radzi sobie w powojennej rzeczywistości. Mają na karku ponad czterdzieści lat i usiłują osiągnąć cele, które powinni zrealizować w poprzedniej dekadzie. Żyją zamknięci w bańkach lub wiecznie niezadowoleni. W świecie literackim autorów z tej grupy wiekowej nazywa się „przejechanym pokoleniem”, a jednym z ich naj bardziej rozpoznawalnych głosów jest Nihad Hasanović.
Jak wszyscy mieszkańcy Bihacia, w którym się urodził, Nihad dorastał zafascynowany rzeką Uną, ożywiającą swoim nurtem opuszczone centrum miasta. Według legendy jej nazwa liczy sobie ponad tysiąc lat. Kiedy wojska Imperium Rzymskiego dotarły do brzegów rzeki, jeden z legionistów, wpatrując się w nią, urzeczony niepowtarzalnym pięknem wykrzyknął: „Una!”. Najbardziej charakterystyczne są jej tufowe formacje skalne, które przez tysiąclecia tworzyły wodospady, kaskady i wysepki porośnięte mchem.
Zakola przypominają podwodne ogrody, gdzie glony kołyszą się w hipnotycznym rytmie fal. Una ma jednak także groźne oblicze, ponieważ nawet na jej najspokojniejszych odcinkach kryją się gwałtowne wiry, zdolne wciągnąć niedoświadczonego pływaka. Nihad korzystał z uroków Uny, nie dając porwać się jej nurtowi. Dzięki temu nauczył się, że zagrożenie często pojawia się zupełnie niespodziewanie.
Położony w północno-zachodniej Bośni region Bihać znajduje się w tak zwanej Krajinie lub inaczej „granicy”, gdyż przez stulecia region ten był granicą Imperium Osmańskiego. W tym rozległym półkolistym pasie Bihać stanowił główny osmański bastion i punkt zetknięcia się „Domu Islamu”, rządzonego przez szariat, z „Domem Wojny”, czyli terytorium zarządzanym przez innowierców, których należało sobie podporządkować.
Ze względu na przygraniczny charakter Krajiny mieszkańcy po obu stronach nawiązywali specyficzne relacje; najazdy i konflikty zbrojne przeplatały się ze stałą współpracą: chodzili po zakupy na te same jarmarki, wieźli zboże do młynów po drugiej stronie granicy i w imię obopólnej harmonii zawierali doraźne porozumienia. Dzięki kontaktowi chrześcijaństwa z islamem w Krajinie rodziły się najróżniejsze synkretyzmy. Kiedy Osmanowie zdobyli Bihać, ich dowódca kazał przekształcić miejscowy kościół w meczet, postanowiono jednak zachować fasadę świątyni. Dziś w meczecie Fethija (Zdobyty) oprócz kopuły i minaretu można zobaczyć także ostrołukowy portal i gotycką rozetę.
Bihać złotymi zgłoskami zapisał się w mitologii partyzanckiej jako stolica pierwszego wielkiego terytorium kontrolowanego przez ich oddziały w czasie II wojny światowej. Sami partyzanci nazywali te tereny Republiką Bihacia, a naziści – Titolandią. Wykorzystując dominację nad tym rozległym obszarem, większym od Szwajcarii czy Belgii, Tito właśnie tam zwołał pierwsze posiedzenie Antyfaszystowskiej Rady Wyzwolenia Na rodowego Jugosławii (AVNOJ), zalążka przyszłego rządu kraju. Wyznaczono na nim cele antyfaszystowskiej wal ki. Jak głosiła AVNOJ, pełne wyzwolenie Jugosławii może nastąpić dopiero wtedy, gdy „narody naszej wyzwolonej ziemi poczują, że są u siebie w domu”, aby „zbudować wspólnotę wolną, niepodległą i braterską”. Wraz z upadkiem Republiki Bihacia te szlachetne ideały zostały jednak odłożone na później. Ofensywa wojsk Osi zmusiła partyzantów do ewakuacji miasta, a saperzy osłaniający ich odwrót wysadzili most na Unie.
W latach osiemdziesiątych socjalistyczna Jugosławia, zbudowana po wyzwoleniu na fundamentach wyznaczonych przez AVNOJ, zaczęła chwiać się w posadach w wyniku degradacji systemu, która dotknęła także rodzinę Nihada. Jego ojciec, Mirsad, był zagorzałym komunistą, dopóki jako dyrektor miejscowej szkoły nie odmówił przyjmowania łapówek z rąk wpływowych rodzin w zamian za rozdawanie dyplomów ich dzieciom.
Pod naciskiem władz jego koledzy, którzy – i owszem – przyjmowali łapówki, oskarżyli go o korupcję. Rozczarowanie Mirsada było tak wielkie, że gdy tylko udowodnił swoją niewinność przed sądem, udał się do siedziby partii w Sarajewie, aby tam symbolicznie podrzeć swoją legitymację partyjną. W czasie procesu rodzinę wyrzucono z mieszkania będącego własnością państwową. Hasanoviciowie przeprowadzili się wówczas do domu, którego własność udało im się zachować. I choć nie był otynkowany, a na podłodze leżał goły beton, Nihad z okna pokoju mógł podziwiać niemal idylliczny krajobraz: na pierw zym planie rzeka Una, a w oddali pasmo gór o sinych grzbietach, wyznaczające granicę z Chorwacją.
Najbardziej kontrowersyjnym epizodem związanym z korupcją w bośniackiej Krajinie była afera Agrokomerc, największy skandal finansowy w socjalistycznej Jugosławii. Na północ od Bihacia rozciągał się region ochrzczony mianem „Dzikiej Krajiny” ze względu na prymitywizm tamtej szych mieszkańców. Na tej pogrążonej w nędzy ziemi agronom Fikret Abdić przejął kontrolę nad wiejską spółdzielnią i przekształcił ją w gospodarczego giganta Agrokomerc. Jako założyciel przedsiębiorstwa Abdić stał się osobliwym socjalistycznym kacykiem, czczonym przez chłopów tak, że nazywali go „Tatą”. U szczytu jego przedsiębiorczej kariery wyszło jednak na jaw, że Agrokomerc wystawił weksle bez pokrycia o wartości czterystu milionów dolarów. Choć oskarżono go o „zagrożenie kontr rewolucyjne dla ładu społecznego”, za co groziła kara śmierci, Abdiciowi udało się wyjść cało z opresji – dostał tylko krótką odsiadkę. W czasie procesu Nihad jeździł rowerem pod sąd w Bihaciu, aby obserwować zwolenników Abdicia manifestujących przed budynkiem poparcie dla „Taty”.
Poza przymusową przeprowadzką nad brzeg Uny dzieciństwo Nihada zgodne było z kanonami socjalizmu, na znaczone obrzędem inicjacyjnym w postaci przystąpienia do organizacji pionierskiej. Ta wersja boy scouts, wprowadzona w latach Republiki Bihacia, miała przekazywać młodzieży komunistyczne wartości. Najbardziej wyczekiwanym przez jugosłowiańskie dzieci momentem było złożenie w wieku siedmiu lat przysięgi pioniera. Ubrane w mundurki, recytowały kolejno tekst ślubowania przed przedstawicielem władz, który wręczał im niebieską czapkę z czerwoną gwiazdą i zawiązywał na szyi czerwoną chustę. Pionierzy zwykle uświetniali oficjalne uroczystości, w tym ceremonie na stadionach sportowych. Nihad pełnił funkcję chorążego: okrążał bieżnię, powiewając sztandarem Jugosławii, podczas gdy jego towarzysze na murawie wykonywali układy choreograficzne, formując litery tworzące napis „Tito”.
W okresie dorastania Nihad każdego lata wsiadał na rower i jechał do Parku Narodowego Jezior Plitwickich, leżącego już po chorwackiej stronie. By uniknąć opłaty za wstęp, przejeżdżał przez las. W plitwickich górach rozciąga się kilkanaście tarasowo położonych jezior, z wodospadami uformowanymi w tufach wapiennych, podobnych do tych z rzeki Uny. Kaskady porośnięte bujną roślinnością i woda zmieniająca odcień w zależności od składu mineralnego przyciągały Nihada i innych sąsiadów tak często, że w końcu odcinek linii brzegowej największego jeziora został przemianowany na „plażę Bihacia”.
Ulubionym zajęciem nastoletniego Nihada było jednak czytanie. Zaczynał od lektury rosyjskich dziewiętnastowiecznych powieściopisarzy, później odkrył Garcíę Márqueza, Cortázara i Rulfa. Pewnego dnia poszedł z ojcem do starej księgarni i nie dał za wygraną, dopóki nie udało mu się wycyganić dzieł zebranych Borgesa. Fascynował go kosmopolityzm pisarza, który nie tylko czerpał z innych tradycji, ale także wprowadzał do literatury światowej tematy, które mogły wydawać się bardzo lokalne: zachody słońca w Montevideo, walki kogutów na przedmieściach i w gospodarstwach czy ogrom Buenos Aires.
Tekst jest fragmentem książki Kamień trwa. Historie z Bośni i Hercegowiny, która czeka na Ciebie tutaj:
W czasie gdy Nihad cieszył się naturą i literaturą, upadek systemu, który zapowiadała już afera Agrokomerc, pociągnął za sobą gwałtowną eskalację nacjonalizmu. Nihad doświadczył jej na własnej skórze latem 1990 roku. Rodzice zabrali go wtedy na plażę w Rovinj, na adriatyckim wybrzeżu, a kiedy wracali do Bihacia, musieli prze jechać przez kilka punktów kontrolnych ustanowionych przez Serbów z Chorwacji. Zaledwie szesnastoletniego Nihada przeraził widok konwoju wojskowych ciężarówek, żołnierzy Jugosłowiańskiej Armii Ludowej oraz czetników wyglądających, jakby żywcem wyjęto ich z super produkcji o partyzantach. Byli to potomkowie ludności prawosławnej, która osiedliła się ponad trzy wieki wcześniej po austro-węgierskiej stronie Krajiny.
W 1630 roku imperium Habsburgów, aby chronić się przed Osmanami, pozwoliło wędrownym pasterzom, Wołochom, osiedlić się na przygranicznych ziemiach, które mogli uprawiać uwolnieni od pańszczyzny – z wyjątkiem obowiązku walki. Wołosi wyznania prawosławnego, którzy stanowili większość najpierw po stronie austro-węgierskiej, a później po stronie chorwackiej Krajiny, stali się bastionem chrześcijaństwa przeciw islamowi i z czasem zaczęli określać się Serbami. W czasie II wojny światowej wielu z nich zostało wymordowanych przez ustaszy lub zginęło w obozach koncentracyjnych. Dlatego z niepokojem obserwowali odrodzenie nacjonalizmu w Chorwacji, obawiając się powtórki eksterminacji sprzed pół wieku, i podjudzani przez belgradzkie kręgi irredentystyczne szykowali się do powstania przeciwko rządowi Franja Tuđmana.
Parlament utworzony po to, aby reprezentować Serbów z Chorwacji, zorganizował referendum w sprawie autonomii, które władze w Zagrzebiu uznały za nielegalne.
Tekst jest fragmentem książki Kamień trwa. Historie z Bośni i Hercegowiny, Marc Casals, tłum. Aleksandra Wiktorowska, Wydawnictwo Czarne.
