Niepokoje targające liberałem. Refleksje nieuporządkowane nad przemijaniem starego świata

Imaginacja jest straszną siłą, marzyciele zmieniają świat, kreują przyszłość, projektują rzeczywistość, ale muszą pamiętać o jednym – marzenie jest uwarunkowane treścią, substancją starego czy nowego świata. Robert Błądkowski, w artykule Gdy umiera stary świat’, zapomniał o aksjologii – rozpościerając pod moimi stopami swoje sny’ założył a priori, że jego poglądy na imaginowany, misternie konstruowany, stary świat są na tyle prawdziwe, iż warto je wyartykułować. A tego, gwoli historycznej precyzji, publicyście nie wolno robić…

Niesłychanie łatwo, acz niesprawiedliwie polemizować z człowiekiem, którego zna się tylko z papieru – uważał ongiś Józef Tischner. Taki jest i mój przypadek. R. Błądkowskiego i jego poglądy, z którymi nie zgadzam się na całej rozciągłości, są mi osobiście, en face nieznane. Poznałem je w opublikowanym na łamach portalu Historykon wymienianym już artykule o umieraniu starego świata. Jest to prolegomena do głębszego problemu – konserwatywnego postrzegania dzisiejszej rzeczywistości, którą jako aberracyjną się (w ramach tej aksjologii) odrzuca. Jest w tym pewna bezsilność, ciekawa z socjologicznego punktu widzenia (choć oczywiście w tej dziedzinie jestem skończonym laikiem) negacja. Człowiek tkwi w epoce, w której podług jego rozumienia żyło się mu lepie’’ – zanotował na marginesie biografii Stanisława Augusta Poniatowskiego Stanisław Mackiewicz. Ten konserwatysta (!) miał bezgraniczną rację, z tymże ja, i jak się zdaję Błądkowski, nie mieliśmy okazji żyć w innej epoce, w której to można by z zdecydowaniem zauważyć, jak Hanna Malewska, że przemija postać tego świata. Nie dane było nam doznać szoku transpozycji ziemiańskiej II RP w ,,kolektywistyczną’’ gospodarkę PRL, a z tej rzeczywistości wejść w arkana wolnego rynku. Bazujemy więc na własnych (często, przynajmniej w moim przypadku, zawodnych) predyspozycjach percepcyjnych. Polemika ta jest więc zderzeniem jednego imaginarium z drugim polem symbolicznym, co jest, jak sądzę, szalenie ciekawe.

Konserwatyści zatrzymali się, mam wrażenie, w świadomości procesu dziejowego na poziomie Sienkiewicza. Sienkiewicz, choć najbardziej chcielibyśmy go wyplenić, jest zawsze w nas – pisał Witold Gombrowicz, tyle, że niektórzy z marzeń o przemierzaniu odległych kresów z Azją Mellahowiczem, sekundowaniu Michałowi Wołodyjowskiemu w pojedynku z Bohunem, czy nieumiarkowanym piciu z jowialnym Onufrym Zagłobą, ewaluują w stronę zrozumienia patologii, ale i umiarkowanej afirmacji pozytywów Rzeczpospolitej Obojga Narodów, a drudzy żyją mitem, nie dostrzegają niuansów, hołdując szlacheckim korzeniom naszej tożsamości. Swoją drogą, Autorze, pisałeś o książkach, które kształtują nasze rozumienie rzeczywistości – wymienię Ci jedną, ważną do zrozumienia fenomenu twojego imaginarium. Jest to Prześniona rewolucja Andrzeja Ledera. Nie piszę tego, by antagonistę mego nauczać, piszę w apostroficznej formie, by powiedzieć, paradoksalnie, o sobie, o moim rozumieniu rzeczywistości.

Błądkowski pisze o głębokim personalizmie religijnym, o celowości życia chłopa pańszczyźnianego. Jeżeli zbiór, zlepek przesądów, guseł, obaw, resentymentów (pozwolę sobie na anachroniczną retrogresję) i zwykłej, tępej mechaniczności nazywamy świadomością religijną, to popełniamy fatalny błąd. To reformacja, a później oświecenie, podniosły poziom świadomości ludowej, wyzwoliły emancypację myślową, głębszą refleksję religijną. Trzeba zdać sobie sprawę, że jeżeli wysuwamy pogląd o głębokiej religijności ludzi dawnego świata, to wpadamy w sidła wynaturzonego podówczas (oczywiście nie w całości) systemu kościelnego, któremu na rękę była ta nieco bezmyślna celowość życia chłopskiego, potęgowana raz po raz mocno brzmiącymi sentencjami w rodzaju: ,,memento mori’’. A afirmację takiego życia przez, dajmy na to, Kartezjusza, chrześcijańskiego intelektualisty, można przyrównać do ochoczego angażu swego pióra myślicieli dla, jak to Błądkowski stwierdza, czerwonego zakażenia. Przecież to o religii czasów przedoświeceniowych Karol Marks, badacz cokolwiek wnikliwy (co i mój adwersarz winien przyznać), skonstatował, iż jest opium dla ludu. Ta religia i życie w jej okowach, była prawdziwą legitymacją własnego marnego życia, intelektu i zaangażowania. I to oświecenie przyniosło odrodzenie życia religijnego! I ono również przyniosło znajomość własnej wagi wobec absolutu i rzeczywistości, a nie, jak uważa Błądkowski, dawne (przedoświeceniowe) czasy!

Autor zapomina o wielu rzeczach, ale jedną odczułem szczególnie dotkliwie – epilog, szczególnie dopisany ex post, rzadko odpowiada właściwiej treści dzieła. Dlatego opisanie rewolucji francuskiej jako bezpośredniego skutku oświecenia jest, eufemistycznie pisząc, bałamutne. Oświecenie odpowiada za ideały – wolność, równość, braterstwo, dzieło Konstytuanty, Deklarację Praw Człowieka, zburzenie Bastylii, ale już nie za ludzkie wynaturzenia Saint – Justa, Robespierra, Dantona czy Babeufa – za tą drogę do zbawienia na skróty (jak to ujął Adam Michnik) wiek XVIII nie odpowiada. Każda próba narzucenia siłą swoich racji jest nie nihilistyczną wypadkową dziejów, ale następstwem hipertrofii ludzkich słabości. Jest to charakterystyczne zarówno dla nowego, jak i starego świata. Dlatego nie rozumiem Błądkowskiego, który pod tezę nowemu światu ,,przyprawia gębę’’ krwi i wynaturzeń. Niepokoi mnie tylko to, że od gęby nie ma innej ucieczki niż w drugą gębę…

Nie zgadzam się też z tezą, że rewolucja francuska otworzyła drzwi ,,Prometeuszowi’’ (jak to ujął Leszek Kołakowski) socjalizmu. Trzeba zauważyć, że społeczeństwo, ale i władza francuska (czego nie można powiedzieć o inteligencji – kolejna pozycja to mojej konstrukcji ideowej to ,,Historia niedokończona’’ Tonego Judta) były niejako impregnowane na idee Marksa i Engelsa, którzy sami Francję stawiali na odległej drodze do rewolucji proletariackiej… Poza tym, prosiłbym autora, o systematykę konceptualną – w socjalizmie nie ma nic złego! Antydoktrynerski i prakseologiczny socjalizm, a raczej socjaldemokracja a la Bernstein pomógł temu światu, a przynajmniej zachodniemu, już w końcu XIX w. przezwyciężyć pewne aberracje kapitalizmu. Jeśli chodzi o ,,czerwoną zarazę’’ to jeżeli mamy używać tego odległego od języka akademickiego pojęcia, to jest to komponent środowiska przesadnie konserwatywnego, zacofanego idealnie spreparowanego, by przeprowadzić wypaczaną rewolucję proletariacką. I między Bogiem a prawdą nie wiem, dlaczego krzywdzi Pan, panie Błądkowski, Marksa, Engelsa i Bernsteina – jeżeli chce Pan mieć do kogoś pretensje o ,,czerwone zakażenie’’, proszę zwrócić się do Lenina i siebie samego, że wpada Pan w jego sidła, powtarzając tym samym schemat stachanowski, czy jeśli chodzi o literaturę – orwellowskiego Boksera! Chodzi oczywiście o wiarę, że leninizm miał cokolwiek wspólnego z komunizmem.

Mimo szczerych chęci, nie udało mi się uniknąć pułapek polemicznej pasji. Nie jestem jednak na razie powiedzieć, w jaki sposób wpłynie to na naszą dyskusję, która, nie ukrywam, jest dla mnie trudną z racji jej fundamentalnego charakteru, ataku przeprowadzanego na pryncypia czyjejś ideologii, często przecież przeze mnie wadliwie inkryminowanej i nieraz, zapewne, błędnie interpretowanej. Antycypuję, by znaleźć u Czytelnika, dozę zrozumienia dla szargających mną pasji, awersji czy wyraźnych niesprawiedliwości.

Wiara w stary świat jest protezą dla łkającej duszy, próbą wypełnienia swego niezadowolenia na świat obecny treścią imaginacji. Wiara w nowy świat też jest tragedią duszy częstokroć naiwnej, mającej dość wiecznej walki z niesprawiedliwością ancien regime, rzeczywistą czy duchową próba konstrukcji nowego otoczenia. Teraz na świecie trzeba będzie zmienić wszystko, żeby znowu było tak, jak było – w cytowanym przez Błądkowskiego cytacie z filmu leży istotą pewnego problemu duszy pierwszej, ale i drugiej. Bakcyl totalitarny. Radykalna zmiana wiążę się z uciszeniem, bądź zlikwidowaniem oponentów, inaczej nie da się skonstruować prawdziwie nowego świata. Różnicą jest wykonanie tego – lewica ,,zbawia’’ jednostki, oporne wyrzuca na ,,śmietnik historii’’, prawica zbawia ,,zbiorowości’’, przeciwstawne ,,brutalnie niszczy’’. Czyż nie rysuje się nam obraz rewolucji francuskiej w przypadku pierwszym, i aspiracji Hitlera w exemplum drugim?

Teraz, gdy zaczynamy sobie zdawać sprawę, że problem jest całkowicie niezależny od doraźnych afiliacji politycznych, dochodzimy do wniosku, że problem leży zgoła w innym miejscu. W starym świecie. Stary świat nie budzi naszych emocji politycznych, budzi emocje sentymentalne swym ,,uczesaniem’’, które nie sprzyjają głębszej refleksji historycznej. Starożytność? Będąc dzieckiem, któż nie marzył być Juliuszem Cezarem, zdobywać Galię, krzyczeć veni, vidi, vici, uczestniczyć w tryumfach, igrzyskach, przysłuchiwać się krasomówczym popisom Cycerona, poznać ,,bliżej’’ (piszę z perspektywy mężczyzny, więc Czytelniczki muszą znaleźć substytut) Kleopatrę? Ale, któż z nas pomyślał, iż byśmy się urodzili w tamtych czasach czekałby nas ciężki los niewolniczy, z wypalonym piętnem, odciętą ręką, przeznaczonych na ,,chłostę śmiechu’’, śmierć w gladiatorskiej walce, pożarcie przez dzikie zwierzęta w imię zabawy pana, czy ciche konanie z głodu, gdzieś w końcu atrium, gdzie państwo ucztuje w najlepsze…

Średniowiecze? Któż nie marzył o przywdzianiu przyłbicy, dumnej walce na ,,ubitej ziemi’’, pijatykach z jowialnymi sługami, polowaniach i sytym jedzeniu, pięknych damach, którym przysięga się wierność do końca życia, a potem dorobkiem ,,pawich piór’’ dyskretnie zdobywa… Ale któż wyobraził sobie siebie jako chłopa umorusanego w własnych i zwierzęcych ekskrementach, pracującego w imię Boga od poranka do zmierzchu, odejmującego sobie od ust, bo właśnie książę oczekuje dziesięciny, a Kościół wiary niezłomnej, przerażonego perspektywą tortur, jeśli nie będzie zbyt gorliwy… W dodatku od czasu do czasu uzbrojeni rycerze plądrują wioskę, paląc cały dobytek, a pan w pocztem przyjeżdża egzekwować ,,prawo pierwszej nocy’’, a tu ostatnia rogacizna ci zdechła z nieznanej przyczyny. Zapewnie demony…

Do czego tęsknią konserwatyści? Do własnych snów. Czas zdać sobie sprawę, że projekcja własna dawnego świata nie jest dawnym światem. Dawny świat był piekłem. Błądkowski pisze o współczesnym konflikcie świata zachodniego i muzułmańskiego. Cóż znaczy dzisiejszy konflikt państw Zachodu z terrorystami i samozwańczymi wojownikami ,,świętej wojny’’, przy permanentnym trwającym tysiąc lat konflikcie tych światów trwającym od zarania starego świata? Rekonkwista, wojny Karola Młota, Karola Wielkiego, krucjaty, ekspansja Imperium Osmańskiego etc. Długo by wymieniać – trzeba też zauważyć, że na piśmie wygląda to cokolwiek niewinnie. A gdyby rozwinąć którykolwiek z tych wątków, okazałoby się, że ofiary tych konfliktów stukrotnie przewyższają skrzywdzonych w ramach dzisiejszego ,,konfliktu’’.

Błądkowski myli się też w rudymentarnej ocenie dzisiejszego świata. Nowy świat jeszcze nie nadszedł. Ten jest dopiero przejściowy – demokracja, pacyfizm, humanizm i liberalizm, to tylko pomostowa substancja tego świata. Jak w Polsce, w którym nacjonalistyczne tendencje wzbierają na ogromną skalę, można mówić o zwycięstwie liberalizmu lewicowego. To jest największa klęska liberalizmu, że w kraju (to zresztą kolejne imaginarium dawnego świata) tradycji tolerancyjnej, wielokulturowej, może dojść do wielkich manifestacji przeciwko przyjęciu garstki imigrantów z terenów zajętych wojną? Mylił się Fukuyama uważając, że nastąpi ,,koniec historii’’, Historia jak zwykle postąpiła a rebours i najprawdopodobniej na najważniejszym stołku prezydenckim ,,świata końcowego’’ zasiądzie człowiek, tym systemem pogardzający i skory go ,,wysadzić w powietrze’’…

Ale koniec tych profecji, jesteśmy przecież historykami, dlatego czuję się w obowiązku skonfrontować idyllę historycznego Lwowa opisywanego przez Błądkowskiego z innym ciekawym tekstem z epoki:

Wjeżdżamy do miasta. Kocie łby dają się we znaki. W mieście na pozór panuje spokój. Nic właściwie się nie dzieje. Ale atmosfera nasycona jest elektrycznością, a wygląd zewnętrzny ulic i domów świadczy o tym, że miasto przeżyło dni niesamowite, dni grozy. Większość okien sklepowych zasłonięta jest okiennicami lub zabita deskami. Nieliczne tylko sklepy chrześcijańskie są otwarte, ale nie ma w nich kupujących.

Całe miasto wygląda jakby po długotrwałym oblężeniu.

W sklepach i mieszkaniach żydowskich powybijane są szyby. Szkło, skrzętnie z polecenia władzy usuwane, wala się jeszcze po ulicy. Ponoć nie ma mieszkania żydowskiego, do którego by nie wpadł kamień poprzez wybitą szybę. Używano do tego „patriotycznego” dzieła przeważnie państwowych kostek kamiennych, którymi właśnie naprawiano ulice sławetnego grodu. Na rynku, gdzie mieści się centrum handlowe, dziś nikt nie sprzedaje ani nie kupuje. Wszystkie stragany żydowskie są zamknięte, pozabijane.

(Stanisław Dubois, Nie bardzo podłe miasto Mińsk Mazowiecki jak po oblężeniu, 1936)

Wiara w stary świat jest równie niebezpieczna, jak wiara w nowy. Dlatego życzę zarówno sobie, jak i Robertowi Błądkowskiemu, dużo więcej ostrożności w ekspresji swoich marzeń. Jeżeli chcemy żyć w świecie razem, nawet w świecie rewolucji, musimy pamiętać o odpowiednim ,,światłocieniu’’ i za wszelką cenę dojścia do kompromisu pozostawiając wiatry dziejowe i motory historii samym sobie. Nie zważaj na wiatr, który ci w oczy dmucha… nie daj się z gór znosić wiatrom.

Pamiętajmy o tym, by kiedyś nie patrzeć z niepokojem na ten ustęp Yeatsa:

Kołując coraz szerszą spiralą,

Sokół przestaje słyszeć sokolnika;

Wszystko w rozpadzie, w odśrodkowym wirze;

Czysta anarchia szaleje nad światem,

Wzdyma się fala mętna od krwi, wszędzie wokół

Zatapiając obrzędy dawnej niewinności;

Najlepsi tracą wszelka wiarę, a w najgorszych

Kipi żarliwa i porywcza moc.

Tak, objawienie jakieś się przybliża;

Tak, Drugie Przyjście chyba się przybliża.

Drugie Przyjście! Zaledwie wyrzekłem te słowa,

Ogromny obraz rodem ze Spiritus Mundi

Wzrok mój poraża: gdzieś w piaskach pustyni

Kształt o lwim cielsku i człowieczej głowie,

Z okiem jak słońce pustym, bezlitosnym,

Dźwiga powolne łapy, a wokoło krążą

Pustynnych ptaków rozdrażnione cienie.

Znów mrok zapada; lecz teraz już wiem,

Że dwadzieścia stuleci kamiennego snu

Rozkołysała w koszmar dziecinna kolebka –

I cóż za bestia, której czas wreszcie powraca,

Pełznie w stronę Betlejem, by tam się narodzić?

Wojciech Mazurek

One Comment

  1. Dobrze powiedziane. Konserwatyzm i prawicowość to generalnie życie mniej lub bardziej strasznymi mitami.

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*