Wszystko zaczęło się zwyczajnie: imieniny, telefon do Warszawy, cisza w radiu. Potem przyszły powielane dekrety, wezwania „na rozmowę” i papier, który miał rozstrzygnąć o życiu zawodowym. Odmowa lojalki w 1981 roku nie była gestem symbolicznym – była decyzją z bardzo konkretnymi konsekwencjami. Prokuratorzy wobec stanu wojennego znaleźli się między literą prawa a brutalną praktyką systemu.
Stan wojenny w prokuraturze odsłaniał się nie w wielkich przemówieniach, lecz w drobnych procedurach: zaświadczeniach, delegacjach, notatkach służbowych i decyzjach kadrowych. Aparat państwa działał precyzyjnie, wykorzystując formalne narzędzia prawa pracy, postępowania administracyjnego i dyscyplinarnego. W tych pozornie technicznych detalach najlepiej widać mechanizm nacisku, selekcji i eliminacji ludzi uznanych za „nielojalnych”.
Cisza w eterze, cisza w państwie
W sobotę 12 grudnia 1981 obchodziłem imieniny, gościnnie u mojego kolegi z pracy Krzysztofa K. Było parę osób, trochę się piło, choć ja niewiele. Rozmawiałem telefonicznie z Magdą, przebywającą w Warszawie. Gdy wracałem do domu w Podgórzu, niczego niepokojącego nie zauważyłem. W niedzielę rano spaliśmy z mamą dość długo. Gdy się obudziłem, chciałem posłuchać w Trójce audycji „Sześćdziesiąt minut na godzinę”, lecz radio milczało i nie mogłem złapać żadnej stacji. Telefon u mamy oczywiście też milczał.
Tekst jest fragmentem książki Prokurator, która czeka na Ciebie tutaj:
W poniedziałek w pracy atmosfera była grobowa. Siedzieliśmy osłupiali, zastanawiając się, co się dzieje i co nas czeka. Rozdano nam wydrukowane na powielaczu przepisy dekretu o stanie wojennym i inne akty prawne. Podobnie jak pozostali prokuratorzy, otrzymałem zaświadczenie uprawniające do poruszania się po godzinie policyjnej.
Następnego dnia, 15 grudnia, po przybyciu do pracy zostałem – jak inni członkowie „S” – wezwany do Prokuratury Wojewódzkiej. Na miejsce przybył też prokurator z Departamentu Kadr Prokuratury Generalnej Tadeusz Piwarski. Okazało się, że mamy podpisywać tak zwane deklaracje lojalności. Koleżanki i koledzy zaczęli pytać Krzysztofa Bachmińskiego i mnie, co robić, jak się zachować.
Lojalka jako próg nie do przejścia
Podjęliśmy decyzję, że my dwaj odmówimy podpisania, natomiast nakłanialiśmy innych, by deklaracje podpisali. Zdawaliśmy sobie sprawę, że odmowa równać się będzie usunięciu z pracy. Chcieliśmy, by grupa naszych członków pozostała na miejscu, że może się to przydać „Solidarności”.
Po kolei wzywano nas na rozmowy, które prowadził prokurator wojewódzki Stefan Rek wraz z owym „kadrowcem” z Prokuratury Generalnej. W pierwszej części przedłożonego nam do podpisania oświadczenia mowa była o obronie zasad ustroju socjalistycznego PRL przy wykonywaniu obowiązków prokuratorskich, ścisłym przestrzeganiu Konstytucji i socjalistycznego porządku prawnego, w tym przepisów prawa wprowadzonych na czas obowiązywania stanu wojenne go.
W kolejnej części nakazywano odcięcie się od wszelkich uchwał i postanowień NSZZ „Solidarność” niezgodnych z konstytucyjnym porządkiem prawnym, w szczególności tych podjętych w grudniu 1981 przez Prezydium Krajowej Komisji w Radomiu i Krajową Ko misję NSZZ „Solidarność” w Gdańsku. Odmówiłem podpisania. Usłyszałem, że w konsekwencji albo natychmiast złożę deklarację o rozwiązaniu stosunku służbowego, albo zostanę zwolniony jako niedający rękojmi wykonywania obowiązków prokuratora.
Formuła wykluczenia
Krzysztof Bachmiński zdecydował się na pierwsze rozwiązanie i sam wystąpił o zwolnienie ze służby. Ja postanowiłem walczyć da lej. Ku mojemu zdziwieniu, Małgorzata Kozak, będąca sekretarką w prokuraturze, odmówiła podpisania deklaracji. Została natychmiast zwolniona z pracy, ale wystąpiła do Odwoławczej Komisji do Spraw Pracy.
Pomagałem jej sformułować to odwołanie i wygrała w postępowaniu! Po odmowie podpisania lojalki oświadczono mi, że jestem odsunięty od pracy. Kolejnego dnia przekazałem akta wszystkich prowadzonych przeze mnie spraw zastępcy prokuratora rejonowego, po czym zażądałem wyjaśnienia, jaki jest mój aktualny status pracowniczy. Wydano mi zaświadczenie, że przebywam na bezterminowym urlopie okolicznościowym.
Urlop, który urlopem nie był
Kolejnym moim krokiem było wykorzystanie przepisu ustawy o prokuraturze, zgodnie z którym, przed zwolnieniem na podstawie niedawania rękojmi wykonywania obowiązków prokuratora, należało umożliwić zainteresowanemu złożenie wyjaśnień. Ponieważ 18 grudnia wezwano mnie w tym celu do Prokuratury Wojewódzkiej, od mówiłem pisemnie składania tam wyjaśnień, stwierdzając, iż takowe zamierzam złożyć wyłącznie w Prokuraturze Generalnej.
Zażądałem wystawienia mi delegacji służbowej na wyjazd i otrzymałem zgodę. Oczywiście moim celem było uzyskanie możliwości legalnego przedostania się do Warszawy. Na wszelki wypadek, mając delegację w garści, poszedłem do siostry – i słusznie, bo niebawem w mieszkaniu mamy zjawił się kierowca z prokuratury z poleceniem odebrania mi delegacji. Już mnie jednak nie zastał.
Jechałem do Warszawy prawie pustym pociągiem, w wagonie prócz mnie był tylko konduktor. Gdy rano dotarłem do stolicy, po biegłem najpierw do budynku sądów na Lesznie, gdzie mieścił się także Instytut Problematyki Przestępczości. Okazało się, że także członkowie tamtejszej „Solidarności” objęci zostali akcją podpisywania deklaracji – część odmówiła i czekało ich zwolnienie z pracy. Ustaliwszy możliwości dalszych kontaktów, poszedłem do Prokura tury Generalnej, gdzie moje przybycie wywołało spore zdziwienie. Rozmawiał ze mną któryś z prokuratorów z Departamentu Kadr.
W następnych dniach podjąłem próby nawiązania kontaktów z innymi miastami, w których działała prokuratorska „Solidarność”. Ogromną rolę odegrała w tym emerytowana prokurator Maria Sękowa. Jeździła w tym celu pociągami przez całą Polskę – z Krakowa do Olsztyna, Szczecina i Gdańska, przywożąc wiadomości o koleżankach i kolegach.
Interesującym i symptomatycznym przypadkiem było rozwiązanie stosunku służbowego z prokuratorem Stefanem Śnieżką w czasie jego internowania. Wątpliwości prawne z tym związane doprowadzi ły do wydania uchwały składu siedmiu sędziów Sądu Najwyższego z 11 listopada 1982, według której „decyzja administracyjna o rozwiązaniu stosunku pracy z pracownikiem mianowanym może być zaskarżona do Naczelnego Sądu Administracyjnego z powodu jej niezgodności z prawem (art. 196 §2 pkt 19 k.p.a.), chyba że przepis szczególny stanowi inaczej”.
Z takim stanowiskiem nie zgodził się jednak prokurator generalny PRL, który przedstawił wniosek do rozstrzygnięcia pełnemu składowi Izby Cywilnej i Administracyjnej. W rezultacie doszło do wydania uchwały połączonych Izb – Cywilnej i Administracyjnej oraz Pracy i Ubezpieczeń Społecznych z 1 marca 1983, zgodnie z którą wspomniany przepis Kodeksu postępowania administracyjnego „nie uzasadnia właściwości NSA do rozpoznawania spraw o rozwiązanie stosunku pracy nawiązanego na podstawie mianowania; natomiast Naczelny Sąd Administracyjny jest właściwy do rozpatrywania tego typu spraw, jeżeli przepis szczególny tak stanowi”.
Prawo wobec stanu wojennego: NSA i ślepa uliczka
Konsekwencją takiego stanowiska był brak możliwości odwołania się do organu sądowego między innymi przez zwalnianych z pracy prokuratorów. W piśmiennictwie prawniczym uchwała spotkała się wyłącznie z krytycznymi glosami.
Ciekawa jest również sprawa przewodniczącego Komisji Zakładowej „Solidarności” w Gdańsku, prokuratora Leszka Lackorzyńskiego. Zwolniony początkowo jako „niedający rękojmi”, w następstwie wykazania uchybień formalnych tej decyzji uzyskał zmianę podstawy na „porozumienie stron”, wraz z wydłużeniem daty rozwiązania stosunku służbowego na koniec czerwca. Wcześniej wszczęto przeciwko niemu postępowanie dyscyplinarne, ponieważ do prokuratury dotarła kopia zapisu rozmowy przeprowadzonej w listopadzie 1981 w redakcji „Tygodnika Solidarność”, w której Lackorzyński uczestniczył obok innych prokuratorów – członków „Solidarności”.
Tekst ten został 4 grudnia 1981 przesłany przez redaktor Wandę Falkowską do uczestników rozmowy celem autoryzacji i do chwili wprowadzenia stanu wojennego nie został nawet skierowany do druku.
Jeden z egzemplarzy rozmowy, znaleziony przez SB podczas przeszukania w olsztyńskim mieszkaniu internowanego Stefana Śnieżki, przekazany został przez prokuratora wojewódzkiego w Olsztynie do Prokuratury Generalnej i stał się podstawą wszczęcia postępowania dyscyplinarnego, w toku którego obwiniono Lackorzyńskiego o wzięcie udziału w spotkaniu z dziennikarką tygodnika bez zgody przełożonych, pomawianie organów prokuratury o naruszenie prawa, podnoszenie stanowiska o bezprawności wprowadzenia stanu wojennego, sympatyzowanie z poglądami zawieszonej „S”.
Dyscyplinarka jako narzędzie polityczne
Komisja Dyscyplinarna dla Pracowników Prokuratorskich w Prokuraturze Wojewódzkiej w Gdańsku wymierzyła Leszkowi Lackorzyńskiemu łączną karę wydalenia ze służby prokuratorskiej, a Odwoławcza Ko misja Dyscyplinarna w Prokuraturze Generalnej utrzymała w mocy to orzeczenie.
28 grudnia 1981 otrzymałem podpisaną przez jednego z zastęp ców prokuratora generalnego decyzję datowaną na 18 grudnia, zwalniającą mnie ze służby w Prokuraturze PRL z dniem 31 marca 1982, jako „niedającego rękojmi wykonywania obowiązków prokuratora”. Pismo doręczono mi, gdy udałem się do Prokuratury Wojewódzkiej w Krakowie, celem przedłużenia ważności legitymacji pracowniczej, skoro do końca marca byłem jeszcze pracownikiem.
Nie tylko nie przedłużono ważności legitymacji, ale nakłaniano mnie do oddania jej, stwierdzając, że takie jest „polecenie Prokuratury Generalnej”. Oczywiście odmówiono także odpowiedzi pisemnej. Od decyzji zwalniającej odwołałem się do Naczelnego Sądu Administracyjnego. Jednym z podniesionych w odwołaniu powodów było naruszenie artykułu 41 Kodeksu pracy, poprzez zwolnienie mnie w czasie udzielonego urlopu okolicznościowego. Rozprawa przed NSA odbyła się 29 marca 1982. Sąd wezwał Prokuraturę Generalną do zajęcia stanowiska w terminie tygodnia i odroczył sprawę. Prokuratura Generalna znalazła się w sporym kłopocie.
Notatka prokuratora Prokuratury Generalnej Jana Iglikowskiego, dyrektora Departamentu Kadr
Po rozprawie przed Naczelnym Sądem Administracyjnym obywatel Aleksander Herzog, na skutek sugestii Sądu, polegającej na pytaniu, czy rozważał możliwość złożenia prośby o zwolnienie, gdyby Prokurator Generalny PRL wyraził zgodę na zmianę podstawy rozwiązania stosunku pracy – złożył w Departamencie Kadr podanie o rozwiązanie stosunku pracy na zasadzie porozumienia stron ze skutkiem na dzień 30 czerwca 1982.
Uwzględnienie jego prośby spowodowałoby definitywne zakończenie tej sprawy i wycofanie skargi z Naczelnego Sądu Administracyjnego. Jest to wprawdzie stanowisko oportunistyczne i politycznie wątpliwe, niemniej najbardziej wygodne dla Prokuratury, bowiem likwiduje potrzebę udowadniania przed Sądem prawidłowości doręczenia (zgodnego z art. 41 prawa pracy) wypowiedzenia stosunku pracy, co znacznie skróci okres faktycznego zwolnienia ob. Herzoga i płacenia mu wynagrodzenia.
Wyrażam poważne wątpliwości, czy Sąd interpretację „urlopu okolicznościowego” podaną w piśmie Prokuratora Wojewódzkiego w Krakowie z dnia 1 kwietnia 1982 uzna za wystarczającą do wytworzenia w zainteresowanym przekonania, iż istotnie z żadnego urlopu nie korzystał, a został tylko odsunięty od wykonywania czynności służbowych, z obowiązkiem pełnej gotowości podjęcia pracy. Motyw decyzji przełożonego i sposób ich realizacji jest dla pracownika obojętny. Dla Sądu – moim zdaniem – wystarczająca będzie „uzewnętrzniona” forma tej decyzji. Jeśli Sąd przyjmie taki tok myślenia, nie będzie argumentów na jego odparcie.
Jestem przekonany, że Sąd, chcąc uniknąć rozstrzygania tego problemu, przyjmie najprostszą i najwygodniejszą wykładnię i skargę ob. Herzoga uwzględni – co stworzy potrzebę rozpoczynania tej sprawy od wydania nowego dekretu o wypowiedzeniu pracy z wszystkimi ewentualnymi skutkami prawnymi.
Mało istotne, ale moim zdaniem warte uwzględnienia jest to, iż przez szukanie skomplikowanych uzasadnień prawnych stanowiska Prokura tury, że ob. Herzog w momencie wydania mu wypowiedzenia stosunku pracy nie był „na urlopie okolicznościowym”, zrobi z niego niepotrzebnie „męczennika «Solidarności»”.
Zdaję sobie w pełni sprawę, że ob. Herzog wyrządził wiele niepowetowanej szkody Prokuraturze PRL, jej pracownikom i Partii – niemniej prowadzenie jego sprawy przed NSA może wywołać wokół niego opinię „nieugiętego bojownika”.
Dlatego też proponuję uwzględnienie jego prośby o zwolnienie go z pracy i przez to zlikwidowanie całego problemu.
Jest to, jak wskazałem, oportunistyczne, ale moim zdaniem słuszne. Warszawa, 2 kwietnia 1982
Porozumienie stron zamiast procesu
Notatka nie mówi jednak o tym, że faktycznie to sam jej autor podsunął możliwość zmiany podstawy zwolnienia mnie ze służby. Niezależnie od wskazanych motywów, zdawał sobie sprawę, że zwolnienie prokuratora z powodu braku „rękojmi” może z najwyższym prawdopodobieństwem zamknąć mu drogę do innych zawodów prawniczych, takich jak adwokatura czy wpisanie na listę radców prawnych.
Moje bezpośrednie kontakty z prokuratorem Iglikowskim pozostawiły mi pozytywne wrażenie co do jego osoby. Ostateczna decyzja należała jednak do jego przełożonych. Złożyłem pisemną propozycję zawarcia ugody, po czym poproszono mnie na osobistą rozmowę z jednym z zastępców prokuratora generalnego – Józefem Ostasiem. Sprawił na mnie wrażenie typowego aparatczyka, rozmowa była nieprzyjemna.
Ostatecznie ustąpiłem nieco co do okresu wypowiedzenia, zgadzając się na koniec maja 1982. Prokuratura Generalna zgodziła się na zwolnienie za porozumieniem stron. Dało to podstawę Naczelnemu Sądowi Administracyjnemu do umorzenia postępowania. W ten sposób rozstałem się z Prokuraturą PRL. Przez prawie pół roku otrzymywałem wynagrodzenie, nie pracując i mając dużo wolnego czasu na kontynuowanie działalności w „Solidarności”.
Tekst jest fragmentem książki Prokurator i powstał we współpracy z Ośrodkiem Karta. Opracowanie, wstęp i śródtytuły: Agnieszka Cybulska.
