Opowieść o dwóch miastach | Recenzja

Opowieść o dwóch miastach, Charles Dickens

Wiek XVIII generalnie zalicza się do tak zwanych ,,wieków burzliwych’’. Książka Charlesa Dickensa (1812 – 1870) – wydana w 1859 ,,Opowieść o dwóch miastach’’ (A Tale of Two Cities) przedstawia Paryż i Londyn w momencie, kiedy wybucha Wielka Rewolucja Francuska. Jedno z najburzliwszych wydarzeń rzeczonego wieku.

Dickens do tej pory kojarzył mi się przede wszystkim z ,,Opowieścią wigilijną’’, którą po prostu pokochałam za prawdziwy świąteczny klimat. ALE – tak, z naciskiem na ,,ale’’ – ,,Oliviera Twista’’ porzuciłam po kilku stronach, podobnie wymiękłam przy ,,Davidzie Copperfieldzie’’. Mając takie doświadczenia, po ,,Opowieść o dwóch miastach’’ sięgnęłam nie bez ciekawości, co też na jej kartach zastanę, ale też z nutą … niepokoju? Zwątpienia?

Obok wspomnianej opowieści o Ebenezerze Scrooge’u – będąca przedmiotem niniejszej recenzji opowieść londyńsko – paryska jest wciągającą książką Dickensa. Napisano, że wydarzenia przedstawiono w niej z ,,epickim rozmachem’’. Rozmach jest, to nie ulega najmniejszej wątpliwości. Dwa miasta – a w nich – losy dwóch głównych bohaterów – Sydneya Cartona (prawnika) i Karola Darnaya (arystokraty, który uciekł z Francji do Anglii). Lucie Manette – kobieta do której obydwaj mężczyźni żywią uczucie – jest z kolei córką doktora Aleksandra Manette’a, który właśnie – po osiemnastu latach niesłusznego uwięzienia – opuścił ponure mury Bastylii i zaczął nowe życie – w Anglii. Splot okoliczności sprawia, że czytelnik przenosi się – w ślad za bohaterami książki – do ogarniętego rewolucją Paryża…

Akcja się rozkręca, wciąga – i pod tym względem akurat mój niepokój okazał się być zbędny: nie wieje tu nudą. Mamy rewolucję, mamy miłość w czasie rewolucji. I – nader często używane – słowo ,,gilotyna’’. Książka jest brutalna, czasem nawet bardzo brutalna, także traktowanie jej jako romans idealny do poduszki jest… hmmm… dużym błędem. No, chyba, że bardzo pragniemy nie spać przez pół nocy, a jeżeli już spać – to śniąc takie koszmary, że daj Boże zdrowie. Ale cóż… pisząc o tak okrutnych czasach – ciężko nie pisać o brutalności.

Książka – solidna, gdyż to niemal sześćset stronic – wydana w twardej, czerwonej (jakżeby inaczej; wszak krew tu się leje – dodam jeszcze, że na frontowej oprawie błyszczy się efektownie narysowana gilotyna) – oprawie, wzbogacona jest ilustracjami, oddającymi ducha epoki. To tylko, jak to ujmę, wzmaga ciekawość w najważniejszych jej momentach… I myślę, że wszystko powyższe – zasłużyło na ocenę 6.

Ocena recenzenta: 6 / 6

Wydawnictwo: ZYSK i S-ka

Helena Sarna

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*