Marcin Pyda, Pan coś kręci. Opowieści filmowe
Kino to magia, która potrafi wkręcić i porwać nas w wir emocji, w którym rzeczywistość miesza się z iluzją. Pan coś kręci. Opowieści filmowe to książka, która nie tylko otwiera drzwi do świata polskiego filmu, ale także odkrywa fascynującą, nieznaną dotąd perspektywę z planu filmowego. Wciąga niczym dobra opowieść – pełna anegdot, wspomnień i nieoczekiwanych zwrotów akcji, które przyciągają i nie pozwalają się uwolnić. Książka Marcina Pydy jest prawdziwą ucztą dla miłośników kina i tych, którzy pragną poznać tajniki filmowej produkcji.
Publikacja Domu Wydawniczego Księży Młyn to przyjemność i dla pasjonatów kina, i dla tych, którzy pragną poznawać tajniki planu filmowego, postprodukcji, pracy reżysera, aktorów, operatora i dźwiękowca… To też uczta dla tych, którzy kochają anegdoty z życia filmowych gwiazd, uwielbiają plotki i ploteczki, szukają smaczków i skandali. Ale to również, a może przede wszystkim bardzo osobista, subiektywna i emocjonalna historia polskiego kina trzech dekad XX wieku.
To epicka opowieść o latarni magicznej, pokazana z perspektywy poety, satyryka, autora tekstów piosenek, fotosisty, a nadto redaktora radiowego, Mistrza Mowy Polskiej VoX Populi regionu łódzkiego oraz publicysty. Człowieka wielu talentów, pasji, profesji i fascynacji. Mamy niekłamaną przyjemność lektury, bo książka Marcina Pydy po prostu wkręca, uwodzi iluzją obrazu oraz warstwą faktograficzną, olśniewa precyzją doboru treści i nie można się od niej oderwać.
Kręci się – tytuły zwodzą i uwodzą. Taka powinność.
Pan coś kręci to dobry tytuł. Wieloznaczność użytego związku frazeologicznego jest początkiem gry z odbiorcą, którą sugeruje sam autor: Z góry przepraszam za niedopowiedzenia, urwane wątki, braki i przeinaczenia. Będę szył tak, jak stanie materiału. Inaczej się nie da. Aha, coś kręci albo odkręci, przekręci, zakręci… Musi wkręcać, podkręcać, żeby uwieść czytelnika. Inaczej się nie uda, bo dobry film i dobra opowieść tego wymaga.
Jak z ulotnych wspomnień, chaosu kadrów ułożyć epicką opowieść o filmie. Zarówno w życiu, literaturze, jak i kinie trzeba zwrotów akcji, zawrotów głowy i oszołomienia. Książka Marcina Pydy składa się z wielu takich „efektów specjalnych”, a jednocześnie wymaga dyscypliny intelektualnej, budzi emocje i wzrusza. Jest opowieścią o „…znalezionych w szufladach zdjęciach i wątkach, które będą się plątać i prowadzić w różnych, często zaskakujących, kierunkach.” Zaiste kręci, wiruje, obraca, by nieoczekiwanie zastygać w utrwalonym odbiciu. Nawet styl pulsuje różnorodnością. Podstawą wędrówek w przeszłość staje się opis odnalezionych, zwykłych zdjęć, fotosów filmowych, ale jest to opis poprowadzony z najbardziej nieoczekiwanej strony. Taka właśnie technika narracyjna stanowi kanwę tej historii. Marcin Pyda zostaje jednocześnie montażystą i archiwistą, niecodziennym dokumentalistą, który kocha epicki rozmach i fabułę bez granic.
Warto nadmienić, że słowniki języka polskiego odnotowują około dziesięciu znaczeń słowakręcić, w tym trzy podstawowe, nienacechowane i siedem potocznych. Te ostatnie są najciekawsze. Sam autor książki bawi się sugestią, że coś kręci. Coś go przecież fascynuje (kręci go), trochę kombinuje (kręci), koloryzuje (oj, coś kręci), mistyfikuje (kręci jak chce), krząta się w bezkresie pamięci (kręci się tu i tam) i tworzy opowieści filmowe (kręci zdjęcia, kręci werki)… i tak nieprzerwanie… ku satysfakcji odbiorcy.
Dziedzictwo – Marcin Pyda story
Marcin Pyda, rocznik 1959, dziedzic prawdziwie filmowej rodziny. Dziecko wychowane w środowisku polskich filmowców. Ocala od zapomnienia historię swojej rodziny, niezwykłe losy ojca Wiesława – operatora filmowego oraz matki Marii Mastalińskiej – montażystki. Odkrywa wagę i znaczenie tego dziedzictwa, dopiero wtedy, gdy przystępuje do porządkowania spuścizny . Zajrzał do pudeł pełnych „… pozostałych po nich dokumentów i fotografii pochodzących z okresu mojego dorastania…” i odnalazł niezwykłe archiwum zdjęć „… wykonanych przez Tatę podczas realizacji filmów…” w latach 50., 60., i 70. XX wieku.
Odnalazł nieznane, niepublikowane dotychczas fotosy, kadry, fotografie i w dodatku te, które utrwaliły zarówno aktorów pierwszego i drugiego planu filmowego, ale i całej rzeszy bliżej nieznanych postaci twórców. Ich obecność przypomina, że tworzenie filmu to praca zespołowa, poczynając od pionu reżyserskiego, operatorskiego, a kończąc na montażu.
W mierzeniu się z tym dziedzictwem Pyda wprowadza perspektywę utraty: już nie zapyta, nie dowie się, nie posłucha – „Bezradnie patrzę na fotografie (…) Wiem o nich tak niewiele… Jak mam snuć tę opowieść, by nie spotkać się z zarzutem – Pan coś kręci!” Jednak upływający czas nie jest powitaniem smutku. Przeciwnie, rozpoczyna opowieść, rekonstruuje przeszłość, budzi, nadaje nowy kształt temu, co mogło być zapomniane. Kreuje od nowa.
Fotosista, lat 17. Wtedy Marcina Pydę zaangażował Jerzy Hoffman do pracy na planie przy adaptacji powieści Heleny Mniszkówny. Młody Pyda robił werki, zdjęcia, dokumentował zarówno kulisy produkcji, jak i poszczególne sceny, aktorów i członków ekipy technicznej. Bywał również statystą, kompozytorem i epizodystą. Jednak tam, u Hoffmana, został tytularnym fotosistą, a to bardzo intrygująca profesja, konieczna przy produkcji filmów.
Samo słowo brzmi trochę dziwnie! Jednak zawód ten sytuuje się pomiędzy kinematografią a fotografią, pomiędzy rzemiosłem dokumentalisty a artystą. Bo jak inaczej można zostać Fronczewskim, kiedy jest się Pydą? Tak, świat filmowców magnetyzował autora, a teraz lektura urzeka czytelnika. Inspirują go zdjęcia wykonane i gromadzone przez ojca, ale pokazując kulisy fabryki snów i pracy swoich rodziców, jednocześnie rozpycha się trochę narcystycznie i ukazuje swój własny świat, swoją własną sztukę.
O „Trędowatej”, czyli jak zostałem Piotrem Fronczewskim – struktura tekstu
Książka to przeobfita! I to nie tylko w portrety twórców, niesamowite ilustracje, ale przede wszystkim w niezliczone dygresje, anegdoty i opowiastki. Widać, że Marcin Pyda zna wszystkich i wszyscy go znają. A dykteryjki są soczyste i krwiste zarazem, przedstawione z niezwykłą swobodą i niekłamaną radością gawędziarza lub bywalca artystycznych salonów.
Chociażby ta z planu „Potopu”, z Danielem Olbrychskim, który o mało co nie uśmierca Tadeusza Łomnickiego w przesławnej scenie pojedynku Kmicica z Wołodyjowskim. O włos, o włos… a byłby na planie trup. Prawdziwy, nie iluzoryczny. Gawędząc o dwóch znanych aktorach, nie omieszka przy tym wspomnieć o profesorze Waldemarze Wilhelmie, mistrza fechtunku, dzięki którego lekcjom, do tej tragedii nie doszło. To jest niezwykła zaleta tej książki – żywa gawęda, styl quasi-sarmacki, w którym jedna opowieść przywołuje następne. Autor dopowiada, kontynuuje wątki, urywa i przypomina w kolejnych odsłonach. Kręci, kręci…podkręca.
Zgodnie z takim schematem kompozycyjnym przedstawia karierę Teresy Tuszyńskiej, zwanej TTką (Tetetką), jednej z najbardziej zjawiskowych aktorek, prawdziwej gwiazdy powojennego kina polskiego.
Pyda opowiada o jej nieudanych i nieszczęśliwych związkach z mężczyznami, toksycznej miłości do Adama Pawlikowskiego oraz o dramatycznie smutnym końcu jej życia – w zapomnieniu i oparach alkoholu. Czyni to przy tym z niezwykłą elegancją, taktem, szacunkiem dla twórców kina oraz często ciepłym humorem.
Nie stroni od autoironii, uchyla rąbków tajemnic domowych. Pisze otwarcie o wielkiej fascynacji swojego ojca TTką, zwłaszcza w czasie kręcenia filmu Janusza Morgensterna „Do widzenia, do jutra” (1960 r.) Teresa Tuszyńska, ta dziewczyna „… z marzeń, mgły, marcepanu”, miała wówczas niespełna szesnaście lat. Rozbudowuje przy tym dygresję o tym, że TTka nie mówiła w filmie swoim głosem. W dubbingu głos filmowej Marguerite dała ówczesna żona Zygmunta Kałużyńskiego – Eleanor Griswold, która pomimo że nauczyła się języka polskiego, mówiła z bardzo silnym akcentem. Dzięki temu zabiegowi postać głównej bohaterki zyskała „…budzący podziw autentyzm.”
Ciekawym pomysłem kompozycyjnym tekstu jest wprowadzenie jako lejtmotywu relacji z planu „Trędowatej”(1976 r.) Opowieść o tej realizacji pojawia się w sześciu odsłonach, z intrygującym podtytułem „Jak zostałem Piotrem Fronczewskim?” i współtworzy konstrukcję publikacji. COŚ więc kręci. Z tego ruchu obrotowego słów i kadrów wychodzi niezwykłej urody świat, którego już nie ma. Świat wielokrotny, nie ma rodziców, już tak nie kręci się filmów, nie ma już takich aparatów i kamer, których samo noszenie było nie lada wyzwaniem dla kręgosłupa operatora.
Struktura książki ma układ niezupełnie chronologiczny. Autor kluczy, każda z przedstawionych historii ma wiele wątków, często celowo odbiega od głównego tematu, łączy przeszłość z teraźniejszością. Co prawda rozpoczyna „Pętlą”, filmem Wojciecha Jerzego Hasa z 1957r. i prowadzi fabularnie przez kolejne lata do dzieła Bohdana Pręby pt. „Polonia Restituta” (1982 r.), ale nie jest to ostatni rozdział tej książki.
Symboliczne zamknięcie opowieści możemy odszukać w „Blendzie”. Ten rozdział ukazuje autora jako dziedzica umiejętności przekazanej – jak ironizuje – chyba genetycznie, czyli trzymacza i nosiciela blendy. Jednego z najbardziej niezwykłych przedmiotów parku technologicznego produkcji filmowych, czyli po prostu kawałka płyty oklejonego srebrną folią.
Ale, to dzięki blendzie światło lub cień odbijał się w twarzach filmowych gwiazd lub podświetlał kurz na strychu lub w lochach. W finale czytelnik otrzymuje stosowne uzupełnienia, czyli filmografię obojga rodziców oraz własną autora, a także swoje wierszyki, które weszły do kanonu podręczników języka polskiego, o wdzięcznych tytułach: „A gdy zostanę królem” i „Bal u kornika”.
W każdym rozdziale pojawiają się liczne post scripta i niespodzianki, takie zaskakujące perełki. Książkę można czytać od początku do końca lub wybierać poszczególne części lub kluczyć wybierając filmy. Jest tu także miejsce na ciekawe odnośniki do ukrytych w zakamarkach Internetu miejsc, w których można znaleźć i obejrzeć omawiane filmy, wysłuchać przeprowadzone przez autora wywiady ze znanymi postaciami środowiska artystycznego np. z Krystyną Sienkiewicz czy Zbigniewem Wodeckim.
Kody QR stają się częścią tej filmowej opowieści i inspirują odbiorcę do dalszych poszukiwań, czyli kręcą i czytelnika. Widać, że autor dokonał niesamowitej pracy badawczej. Przeprowadzona kwerenda jest funkcjonalnie wykorzystana w prezentacji faktograficznej, ale bardzo daleka od pewnego rodzaju schematyzmu prac popularnonaukowych.
Pan coś kręci to opowieść prawdziwego pasjonata filmu, spadkobiercy tradycji polskiej kinematografii, kustosza pamiątek i facecjonisty.Nie mamy do czynienia z typową pracą z zakresu filmoznawstwa, ale jest to raczej kolejne świadectwo fascynacji zadziwiającą sztuką tworzenia filmów, ponadczasowym urokiem laterna magica.
Bardzo dobra książka. Wkręca! Przyjemność gwarantowana! Zapewniam.
Wydawnictwo Księży Młyn
Ocena recenzenta: 6/6
Jolanta Szacik – Jankowska
UWAGA! Wszystkie cytaty pochodzą z recenzowanej książki.
Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Księży Młyn. Tekst jest subiektywną oceną autora, redakcja nie identyfikuje się z opiniami w nim zawartymi.