Czy Robin Hood istniał naprawdę

Czy Robin Hood istniał naprawdę? Od filmowej ikony do średniowiecznego zapisu

Łuk, las, adrenalina – a pod zielonym płaszczem więcej szarości niż legendy. Pytanie Czy Robin Hood istniał naprawdę rozcina mit jak strzała tarczę i odsłania bohatera bliższego surowym regułom lasu niż filmowym ideałom. Zamiast bajki o rycerzu w zieleni dostajemy zlepek losów banitów, których historia przerobiła na jedną twarz.

Postać Robin Hooda była rozpoznawalna niemal wszędzie, a liczba ekranizacji, widowisk teatralnych i przeróbek literackich rosła przez dekady tak szybko, że nikt nie prowadził pełnego rejestru. W kulturze masowej bohater przedstawiany był jako rześki łucznik w zieleni Lincoln green, który w imię sprawiedliwości stawał w obronie ubogich i mówił „dość” wszelkim nadużyciom, jakie tradycja przypisywała normańskim rządom nad Anglią.

Czy Robin Hood istniał naprawdę? Odpowiedź nie mieści się w wygodnym schemacie filmu płaszcza i szpady. Kino i seriale wzmacniały wizję krystalicznego filantropa, podczas gdy najstarsze teksty pozostawiały obraz o wiele surowszy: żywego, porywczego banity, którego kodeks był średniowieczny, a nie nowoczesny.

Pierwsze świadectwa i to, co faktycznie zapisała tradycja

Najwcześniejszy, wyraźny sygnał, że o Robinie już śpiewano i opowiadano, znajdował się w poemacie Piers Plowman z około 1377, gdzie narrator przyznawał, że znał rymowanki o Robinie lepiej niż psalmy. Jeszcze przed końcem późnego średniowiecza zaczęły krążyć ballady, których najstarsze kopie pochodziły z późnego XV i wczesnego XVI wieku. W tych przekazach Robin nie był szlachcicem.

Wskazywano go jako yeomana, to znaczy wolnego człowieka ze stanu pośredniego między chłopem a rycerzem, kogoś, kto mógł posiadać ziemię, służyć z łuku i miecza oraz odpowiadać przed sądem inaczej niż poddany. W A Gest of Robyn Hode król nazywał się „Edward”, co samo w sobie zdradzało, że osadzanie Robina przy Ryszardzie Lwie Serce i Janie bez Ziemi pojawiało się dopiero w późniejszej redakcji tradycji.

Co więcej, bohater przyjmował w balladzie łaskę monarchy, po czym ją odrzucał i wracał do lasu, co słabo harmonizowało z romantyczną wizją lojalisty wyczekującego powrotu prawowitego władcy z krucjaty. W Robin Hood and the Monk było jeszcze twardziej: Robin bywał gwałtowny, potrafił uderzyć Little Johna po przegranej w strzelaniu, a podczas odbijania przywódcy Much zabił pachołka. Jednocześnie teksty nakreślały wyraźny, selektywny kodeks.

W Gest pojawiały się dwie linie, które streszczały etos pomocy doraźnej i unikania szkody wobec tych, którzy na nią nie zasługiwali: Z mojego dobra coś mu dam, jeśli okaże się ubogi oraz Patrzcie, by nie skrzywdzić gospodarza, co orze swoim pługiem… ani dobrego yeomana, ani rycerza czy giermka, jeśli okaże się „dobrym druhem”. To była moralność średniowieczna, hierarchiczna, bardziej uprzejmość według stanów niż nowoczesne hasło równości.

Kiedy narodziło się „zabierał bogatym i dawał biednym”

Formuła, którą dzisiaj każdy przywoływał jednym tchem, nie wyskoczyła z najstarszych ballad. Ukształtowała się dopiero w końcu XVI wieku, kiedy John Stow w 1592 pisał o zwyczaju odbierania bogatym na rzecz ubogich. W XVIII i XIX wieku legendę przepisali na nowo edytorzy i literaci. Joseph Ritson zebrał korpus ballad, odczytał go w duchu sprzeciwu wobec tyranii i uczynił z Robina idealny model ludowego obrońcy.

Niebawem Walter Scott i autorzy edycji dla dzieci dołożyli wątek wyniesienia do stanu wyższego, aż wreszcie w kulturze popularnej utrwaliła się figura „Earla z Huntingdon”. Tymczasem w źródłach pierwotnych Robin pozostawał yeomanem i, co istotne, jego dobroczynność miała odcień doraźny: Z mojego dobra coś mu dam, jeśli okaże się ubogi brzmiało jak zasada, nie jak program redystrybucji majątku.

Czy Robin Hood istniał naprawdę? Dokumenty, kandydaci i „imię zbiorowe”

Brakowało kronikarza, który opisałby karierę Robina z perspektywy świadka, ale akta sądowe i wzmianki administracyjne podawały konkretne osoby o pasujących imionach. W 1226 w księgach Yorku notowano Roberta Hoda, którego dobra skonfiskowano, a rok później wystąpił jako Hobbehod; był to realny banita, tyle że żaden akt nie opowiadał mu balladowych przygód.

W latach 1260. działał Roger Godberd, twardy zwolennik Simona de Montforta, którego losy — leśne kryjówki, starcia z przedstawicielami władzy, gra na ułaskawienie — przypominały wczesny schemat „dobrego rozbójnika”.

W tej samej epoce w północnej Anglii pojawiali się John i Robert Deyville, związani z obszarem Barnsdale i oparciem na Isle of Ely po przegranej baronów, co w topografii i tonie korespondowało z balladami. Równolegle prawnicy i skrybowie zaczęli używać formy „Robehod/Robinhood” jako przydomka naklejanego na wyjętych spod prawa.

Już w połowie XIII stulecia istniały sprawy, w których rozbójnika określano tym właśnie mianem tylko dlatego, że był banitą. To prowadziło do chłodnego wniosku: w realnych dokumentach przewijało się kilku „Robinów”, a legenda skleiła ich w jedną, rozpoznawalną twarz.

Barnsdale, Sherwood i język północy

Geografia ballad dawała mocne tropy. Wiele z najstarszych opowieści osadzało akcję w Barnsdale w dzisiejszym South Yorkshire, w okolicach Wentbridge i punktu zwanego „Saylis”, skąd widać było dolinę rzeki i wielką drogę na północ. Jednocześnie kultura późniejszych wieków przeniosła centrum ciężkości do Sherwood Forest i Nottinghamshire, ponieważ to tam ulokowano konflikt z Szeryfem z Nottingham i to stamtąd uczyniono najbardziej „widowiskową” scenę.

Lingwiści zwracali uwagę, że język A Gest of Robyn Hode zdradzał północny dialekt, co pasowało do Yorkshire bardziej niż do tradycyjnej, „nottinghamskiej” oprawy. Kościół St Mary Magdalene w Campsall lokalna tradycja łączyła z Robinowym ślubem, chociaż twardych dowodów nie było; podobnie rzekomy grób przy Kirklees powstał późno i miał inskrypcję w nowożytnym języku, więc nie mógł pochodzić z XIII wieku. Mapa nazw geograficznych zaczęła się napełniać „Robin Hood’s Well”, „Robin Hood’s Stone” czy „Robin Hood’s Bay”, ale najwcześniejsze toponimy częściej pojawiały się na zachodzie i północy, co zgadzało się z rytmem średniowiecznych ballad.

Od zabaw majowych do sceny elżbietańskiej

Legenda rozkrzewiła się nie tylko w śpiewie. W późnym średniowieczu popularne były zabawy i gry majowe, w których pojawiali się Little John, Will Scarlet i z czasem Friar Tuck. Tu najpewniej narodził się romansowy wątek Maid Marian, bo postać Marion funkcjonowała wcześniej w francuskich pastorelkach i łatwo zespoliła się z angielską historią.

W epoce elżbietańskiej dramatopisarze poszli za ciosem. Anthony Munday uczynił z Robina Earla z Huntingdon, osadził go przy Ryszardzie Lwie Serce i Janie bez Ziemi, a jednocześnie utrwalił obraz Szeryfa z Nottingham jako politycznego przeciwnika i narzędzie dworskiej intrygi. Tak powstała rama, którą dzisiaj widziało się niemal automatycznie: wielka historia w tle, krucjaty i walka o tron, podczas gdy najstarsze ballady rozgrywały się lokalnie, przy gościńcach, mostach i leśnych polanach.

Nawet William Shakespeare rzucał aluzje, zestawiając „wesołą kompanię” z Robinowym życiem w lesie, co dowodziło, że na przełomie XVI i XVII wieku archetyp banity był już oczytany i zrozumiały bez przypisów.

XIX-wieczne przeróbki i XX-wieczne kino, czyli jak wygładzono krawędzie

W XIX wieku legenda przeszła najgłębszą literacką redakcję. Walter Scott w Ivanhoe zbudował silnie „narodową” ramę konfliktu Sasów z Normanami, zaś Howard Pyle napisał wersję dla młodzieży, w której Robin był jednoznacznie hojny, cnotliwy i leśny w każdym geście. Te dwie siły — powieść historyczna i dydaktyczna literatura dla dzieci — ustawiły oczekiwania czytelnika tak, że XX wiek musiał już tylko dopowiedzieć obraz.

W 1938 film z Errolem Flynnem uczynił z Robina przywódcę o skali niemal narodowej; później animacja Disneya obsadziła go jako lisa, a telewizja i kino dorzucały wątki multi-kulturowe, wprowadzając do kompanii bohaterów saraceńskich lub muzułmańskich. Ten długi łańcuch adaptacji miał skutek oczywisty: z porywczego, miejscami okrutnego banity, który w balladzie potrafił odrąbać głowę wrogowi, popkultura ulepiła rzecznika sprawiedliwości społecznej w kapeluszu z piórkiem. Działo się to kosztem historycznej chropowatości, ale z wielkim zyskiem dla rozpoznawalności symbolu.

Czy Robin Hood istniał naprawdę? Co z faktami zostało na koniec?

Gdy wyjmuje się z tej historii patynę filmowych skrótów, pozostawał zestaw wniosków, które dawały się obronić. Średniowieczna publiczność znała Robina z rymów i śpiewów, a wzmianka w Piers Plowman potwierdzała, że już w XIV wieku legenda była obecna w masowej wyobraźni. Dokumenty administracyjne i sądowe wymieniały ludzi o imieniu Robert/Robin Hood, z których Robert Hod w 1226 w Yorku był jedynym pewnym banitą o tym nazwisku w wczesnym materiale.

W epoce walk baronów z koroną działali tacy jak Roger Godberd, których życiorysy wyglądały jak gotowe szkice ballad. Jednocześnie w kancelariach zaczęto naklejać etykietę „Robehod” na wyjętych spod prawa, więc imię stawało się aliasem, a alias — nazwiskiem, które przejmowała literatura. Topografia i język kierowały nas raczej ku Yorkshire i Barnsdale niż do turystycznego obrazu Sherwood Forest, choć to Szeryf z Nottingham dawał legendzie najwygodniejszą figurę przeciwnika.

Najwcześniejsze teksty nazywały Robina yeomanem, a nie arystokratą; „Earl z Huntingdon” był dodatkiem renesansowej sceny. Moralność wczesnych ballad przypominała savoir-vivre stanu: opiekować się „dobrym” gospodarzem i wędrowcem, nie naruszać rycerskiej godności, a jednocześnie nie wahać się przed przemocą, gdy gra szła o przetrwanie kompanii. Późniejsze stulecia wygładziły to w program redystrybucji, który brzmiał donośnie w czasach prasy, powieści i kina.

Czy Robin Hood istniał naprawdę: odpowiedź, której nie dało się skrócić

Jeśli więc ktoś upierał się przy odpowiedzi binarnej, doświadczenie źródeł kazało powiedzieć: tak — w tym sensie, że pod maską kryło się kilka realnych życiorysów, dokumentalnie poświadczonych banitów i silna praktyka używania „Robin Hood” jako miana dla wyjętych spod prawa; nie — w tym sensie, że nie istniał jeden, filmowo nieskazitelny szlachcic z pełnym programem społecznym i kompletem anegdot wyjętych z kolejnych ekranizacji.

Prawdziwy ciężar legendy niósł nie jeden człowiek, lecz trwałość motywów: las, droga, łuk, spryt, pobożność rozumiana po średniowiecznemu i racja stanu towarzyszy, których posłuch bywał większy niż posłuch dworu. To dlatego pytanie, czy Robin Hood istniał naprawdę, prowadzi mniej do sali tronowej, a bardziej do karczmy przy gościńcu, gdzie ktoś podawał następny kufel i powtarzał refren. A refren, starannie przepisany przez redaktorów i reżyserów kolejnych stuleci, brzmiał coraz szlachetniej, choć wywodził się z pieśni, w której bohater najpierw mierzył z łuku, a dopiero potem wygłaszał zasady.

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

*