Samozagłada Świątyni Ludu – przyczyny, przebieg, wnioski

Częstym błędem jest postrzeganie komuny osiedlonej w latach 70-tych w Gujanie jako organizacji religijnej. Świątynia Ludu była już wtedy wyłącznie ekscentrycznym lewackim ruchem rewolucyjnym, a jej przekaz – czystą ideologią.

Nawet na tle uwarunkowań niespokojnego XX wieku Świątynia objawiła się jako zjawisko unikalne w swej bezsensownej autodestrukcji, wyjątkowe ze względu na poziom manipulacji zbiorowością. Zdawała się działać wbrew ludzkiej naturze i instynktowi samozachowawczemu. Tragiczny koniec sekty to rezultat całego splotu uwarunkowań, w którym paranoja przywódcy odgrywa istotną, choć tylko jedną z ról.

Wielebny

W publicystyce często przedstawia się Jima Jonesa we wczesnym etapie jego działalności jako dobrotliwego kaznodzieję, obrońcę biednych, starych, chorych, dobroczyńcę lokalnych społeczności, rzecznika wykluczonych, bojownika o równość ras i prawa uciskanych mniejszości. Jakkolwiek sympatycznie jego aktywność wyglądała z zewnątrz, wiele wskazuje na to, że od początku był niebezpiecznym socjopatą z maską „dobrego wuja”, którego destrukcyjne i despotyczne cechy ujawniały się w miarę wzrostu jego wpływów, władzy nad ludźmi i wchodzenia w konflikt z prawem. Zbyt późno dostrzeżono realne zagrożenie, jakie stwarzał dla swych wyznawców.

Jonestown, domki mieszkalne
Fot. Wikimedia Commons

Działalność rozpoczął w latach pięćdziesiątych jako pastor i założyciel niewielkiego związku wyznaniowego o nazwie Świątynia Ludu Kościoła Pełnej Ewangelii z siedzibą w Indianapolis (USA). W czasach, gdy uprzedzenia rasowe były wyraźniej niż dziś obecne, zinstytucjonalizowane i nie omijały związków wyznaniowych, od początku podkreślał egalitaryzm swojej wspólnoty. Wraz z żoną Marceline, jako pierwsza biała para w stanie Indiana adoptowali czarne dziecko. Kościół Jonesa rozdawał darmową zupę, opał, odzież, pomagał bezdomnym i uzależnionym od używek, walczył przeciwko eksmisjom, z czasem zaczął organizować domy opieki i sierocińce. Wielu miało powody by ufać Jonesowi i być zwyczajnie wdzięcznym.

Kościół Jonesa przyciągał w przeważającej mierze (choć oczywiście nie wyłącznie) ludność czarną, miejską, wychowaną zasadniczo w duchu chrześcijańskim, raczej o niskim statusie materialnym, odznaczającą się potrzebą przynależności, wiarą w ideały, poszukującą sprawiedliwości społecznej, nawet, jak się okazało, gotową realizować utopię bezklasowego społeczeństwa.

W miarę upływu czasu, zwłaszcza po przeniesieniu siedziby z Indianapolis do Kalifornii, Kościół Jonesa zaczął przypominać prężne przedsiębiorstwo, zachowując naturalnie swój socjalno-egalitarny i dobroczynny charakter. Korzystna z punktu widzenia ekspansji wspólnoty decyzja o przeprowadzce mogła już wtedy wzbudzić podejrzenia o lekką paranoję ze względu na deklarowany przez Jonesa motyw – chęć uniknięcia zagrożenia atakiem nuklearnym. Powołując się na określone opinie i badania guru przedstawiał Kalifornię jako bezpieczniejsze miejsce, choć jego wcześniejsze plany osiedlenia i rozwinięcia działalności sekty dotyczyły Brazylii.

Zbory Świątyni w Los Angeles i San Francisco stopniowo wrosły w tamtejszy pejzaż i klimat społeczny, skutecznie rozwijały kontakty z miejscowym systemem opieki socjalnej i lokalnymi działaczami politycznymi. W porywie popularności Jones spotkał się nawet z kandydatem na wiceprezydenta USA Walterem Mondale’m oraz żoną prezydenta Cartera. Symbioza
z politykami, którzy korzystali niejednokrotnie z poparcia sekty w wyborach lokalnych, pozwoliła Jonesowi wejść na salony „złotego stanu”, a w konsekwencji ułatwiła działalność, jednak jej negatywnym skutkiem była wieloletnia zmowa milczenia wobec ciemnych spraw sekty. Politycy dość długo starali się nie zadawać Jonesowi niewygodnych pytań, w praktyce go chroniąc.

Wspólnotę Jonesa zasadniczo postrzegano jako chrześcijańską, a jej wczesne przesłanie zdawało się mieścić w granicach ewangelikalnego nurtu protestantyzmu – guru cytował Ewangelię, głosił kazania, „uzdrawiał” chorych, sprzedawał dewocjonalia, pseudo-relikwie, zarazem korzystał z udogodnień przewidzianych dla związków wyznaniowych prowadzących działalność charytatywną, jednak charakter i światopogląd sekty, z inspiracji samego Jonesa stopniowo ulegał zmianie w kierunku najmniej chrześcijańskim z możliwych bo radykalnie marksistowskim.

Szaleństwo

Już od późnych lat 60-tych Jones zaczyna „komunizować”: nazywa kapitalizm systemem Antychrysta, samego siebie  – manifestacją Chrystusa – Rewolucji, a doktrynę sekty – socjalizmem apostolskim. Naucza, że ci, którzy przeżyją zagładę nuklearną założą socjalistyczny raj na ziemi[1]. Sam określa co w Biblii wartościowe a co nie, co w konsekwencji prowadzi do jej odrzucenia ze względu na zawartą w niej afirmację „nierówności społecznych” i „supremacji białych mężczyzn”. W późnym etapie działalności sekty Biblia nie odegra już żadnej roli a praktyki religijne zanikną, choć grupa do końca będzie oficjalnie korzystać ze statusu „kościoła”.

W wywiadzie z 1977 roku, Marceline Jones przyznała, że z wielebnego żaden chrześcijanin tylko marksista, a jego idolem jest Mao. Cel jego działalności jest socjalny, religia – tylko instrumentem, zasłoną, nie chodzi mu wcale o przyciągnięcie ludzi do wiary lecz wręcz odciągnięcie od niej.[2]

Nawet jeżeli nie każdy był w stanie uwierzyć w komunizm pod płaszczykiem religii, guru robił wszystko, by umocnić i skonsolidować wierną grupę zwolenników, którzy na własną zgubę mu zaufali. Jedność osiągał metodami azjatyckiego satrapy, w dodatku kosztem separacji wyznawców od ich rodzin.

Jonesowi udało się wprowadzić w obrębie sekty ekscentryczną wersję komunizmu w teorii i praktyce, jeżeli za teorię uznamy hasło Marksa: „każdemu  wedle potrzeb, od każdego wedle zdolności”, które Jones lubił głosić, a za praktykę – fakt, że władza komunistyczna zabiera obywatelowi jego mienie i owoce pracy w zamian za obietnicę zaspokojenia jego potrzeb, które potem nie są zaspokajane ze względu na „obiektywne trudności”. Tak właśnie działała gospodarka sekty: Jones wiedział lepiej od swoich wyznawców czego potrzebują: „Nie potrzebujecie zegarków, domów, futer” [3] i żądał od nich więcej niż inne związki wyznaniowe, bo przekazania do kasy wspólnoty całych majątków. Zgarniał też pieniądze z datków, sprzedaży „relikwii”, nagrań. Mimo to, materialne warunki życia w sekcie były zwykle beznadziejne, a pod koniec przybrały formę obozu pracy przymusowej z głodowymi racjami żywnościowymi i niedoborem snu.

Jak zwykle bywa w radykalnych grupach egalitarnych obiecujących „prawdziwą równość”, w sekcie działali „równiejsi”, których należało słuchać i bać się: ścisłe kierownictwo skupione wokół Jonesa, tzw. Temple Staff – 8-10 osób oraz Komisja Planowania (Planning Commision) – kilkadziesiąt do stu ludzi, którzy kierowali bieżącymi działaniami i wydatkami sekty.

Jones panicznie bał się renegatów, dysydentów opuszczających sektę, którzy z reguły stawali się jego największymi krytykami – a z biegiem lat dysydentów przybywało: w 1973 roku Jones wpadł w furię, gdy sektę opuściła grupa zwana przez niego „gangiem ośmiu” i „trockistowskimi zdrajcami” – młodzi ludzie zostawili list pożegnalny, w którym skrytykowali nie tyle Jonesa osobiście, ile linię ideową sekty z pozycji, nazwijmy to umownie: „lewackich”. [4] Choć samo słowo „lewacki” może się dziś wydawać lekko przestarzałe, jest jak najbardziej trafne w odniesieniu do lat 70-tych. Zgodnie z relacjami świadków, Jones już wtedy zaczął grozić zbiorowym samobójstwem z powodu „zdrady”.

W 1974 roku sektę opuściło małżeństwo Elmer i Deanna Mertle, znani później pod zmienionym nazwiskiem jako Al i Jeannie Mills. Wkrótce stworzyli grupę skupiającą rodziny członków sekty, tzw. Zatroskanych Krewnych.

Tymczasem – jednym z głównych czynników, który spotęgował kłopoty Świątyni, a samego guru oprowadził do kolejnego etapu obłędu okazała się sprawa Johna Stoena – syna głównego prawnika sekty, Timothy’ego.

Już w 1972 roku Timothy Stoen wraz z żoną Grace, w drodze formalnego oświadczenia woli przekazali Jonesowi jako przywódcy wspólnoty prawo do opieki nad swoim nowo narodzonym synem Johnem. Pozorna idylla i harmonia zakończyła się po kilku latach – najpierw (1976) sektę opuściła Grace rozpoczynając batalię o odzyskanie prawa do opieki nad synem, następnie (1977) ze Świątyni uciekł Timothy, by wkrótce stać się głównym reprezentantem Zatroskanych Krewnych, inicjatorem ich kampanii i działań prawnych przeciwko sekcie.

We wrześniu 1977 Stoenowie wygrali proces z Jonesem i formalnie odzyskali prawo do opieki nad synem, jednak guru kilka miesięcy wcześniej wywiózł dzieciaka do Gujany i nie miał zamiaru oddać. W styczniu 1978 Tim Stoen bezskutecznie próbował odzyskać syna w Gujanie, jednocześnie żądał od sekty znacznych odszkodowań. W międzyczasie sprawa stała się przedmiotem dysputy między amerykańskimi kongresmenami, a władzami Gujany. To wtedy w działania przeciwko sekcie zaangażował się członek Izby Reprezentantów Leo Ryan.

Wielebny, nazywający Johna Stoena „swoim dzieckiem” miał świadomość, że spór z Zatroskanymi Krewnymi może z biegiem czasu rozsadzić sektę. Do końca swych dni szczuł wiernych przeciwko Timowi Stoenowi ukazując go jako wroga numer jeden, regularnie strasząc samobójstwem (własnym albo zbiorowym) lub atakiem wrogich (tj. stojących po stronie Stoena) sił.

Pewną rolę w zmianie sposobu postrzegania makabrycznego patriarchatu Jonesa mogły odegrać obyczaje, które niewątpliwie uległy w USA pewnej ewolucji pomiędzy wczesnymi latami 50-tymi, a późnymi 70-tymi. Na dodatek policja interesowała się Jonesem od kiedy zaczął chwalić działającą w I połowie lat 70-tych terrorystyczną, lewacką, amerykańską grupę Symbioniczna Armia Wyzwolenia (Symbionese Liberation Army). Jednak dopiero opublikowany w sierpniu 1977 roku w kalifornijskim magazynie „New West”, poświęcony sekcie artykuł Marshalla Kilduffa i Phila Tracy Inside Peoples Temple oznaczał rzeczywiste przesilenie, na dobre pogrążył Jonesa i faktycznie odciął mu drogę powrotu z upiornej ścieżki. Dość powiedzieć, że już na etapie zbierania materiałów do tekstu podniósł się wrzask wyczulonych na każdą krytykę zwolenników guru oraz uwikłanych w związki z Jonesem polityków, którym sekta wydatnie poprawiała wyniki w wyborach lokalnych. Szczególną gorliwością w obronie Jonesa wykazał się kalifornijski „Biedroń”, obrońca mniejszości Harvey Milk.

Autorzy artykułu jako pierwsi zaczęli się publicznie zastanawiać po co dobrotliwemu samarytaninowi 15 ochroniarzy w czasie jednego „nabożeństwa”, skąd wokół szlachetnego dobroczyńcy tyle obaw i wątpliwości, jaka jest aktualna sytuacja prawna, materialna i stan emocjonalny byłych i obecnych członków sekty…

Nakreślony w relacjach i wypowiedziach byłych sekciarzy obraz życia wewnątrz grupy nie odpowiadał jej pogodnemu wizerunkowi w mediach. „Wierni” byli publicznie besztani, dotkliwie bici pasem, wiosłem lub deską za wątpliwe przewinienia, z których najczęstszym było nieposłuszeństwo wobec guru. Jones dokonywał nadużyć seksualnych wobec „wiernych”, a jego widowiskowe  „uzdrowienia chorych” to tanie mistyfikacje. Wielebny tworzył w sekcie atmosferę oblężenia strasząc, że przyczajeni amerykańscy faszyści potraktują „wiernych” jak Niemcy Żydów w czasie wojny, że wszyscy trafią do obozów koncentracyjnych. Dlatego należy sfinalizować budowę osiedla na „ziemi obiecanej” (Gujana), na co potrzeba pieniędzy, pieniędzy…[5]

Ograniczenie kontaktów z rodzinami pogłębiało wyobcowanie społeczne członków sekty. Wydostanie się z niej nie było łatwe, gdyż po wyzbyciu się mienia i porzuceniu dotychczasowych zawodów nie zawsze było dokąd wracać, a Jones groził uciekinierom pościgiem i nieustannie piętnował „zdrajców”.

Autorzy tekstu w „New West” wprost wezwali do wszczęcia śledztwa wobec Jonesa, w celu prześwietlenia warunków i relacji panujących w sekcie, sposobu traktowania „wiernych”, w tym dzieci, których w późnych latach 70-tych było w sekcie kilkaset oraz wyjaśnienia okoliczności przejęcia przez wspólnotę majątków jej członków. Zasugerowali baczniejsze przyjrzenie się grupie polityków roztaczających wokół nadużyć Jonesa zasłonę milczenia i zadali ważne pytanie: czy członkowie sekty, którzy wyjadą z nim do powstającego właśnie osiedla w Gujanie będą mieli możliwość powrotu? [6]

Guru zareagował histerycznie i przyspieszył decyzję o wyjeździe do Gujany, mimo że budowa osady sekty, „Jonestown”, nie była jeszcze ukończona. Swych zwolenników przekonywał, że opuszczenie USA uchroni ich nie tylko przed pełzającym rasizmem i faszyzmem ale i obserwacją ze strony wścibskich mediów, pozwoli zbudować socjalistyczny raj. [7]

Nie wiemy, na ile przeprowadzka Jonesa do Gujany wynikła z jego rzeczywistej paranoi, choćby i podszytej wiarą w swoiście pojmowaną sprawiedliwość społeczną i związanej z nią nieufności wobec „kapitalistycznej”, „rasistowskiej” Ameryki, a na ile był formą ucieczki przed odpowiedzialnością, częścią gry ściganego złoczyńcy, któremu palił się grunt pod nogami.

Na jednym z chrześcijańskich portali spotkałem się z opinią, że gdyby Jones przeżył, byłby dziś barwnym, postępowym, wypieszczonym przez liberalne media celebrytą. Otóż, raczej nie. Raczej poszedłby za kraty jak inni ideologizowani mordercy: Charles Manson i Unabomber, gdyż odkąd zaczął instytucjonalizować swe radykalne wizje, stopniowo przestawał mieścić się w systemie prawnym Stanów Zjednoczonych i prawdopodobnie jakimkolwiek innym.

Gujana

Skąd w utopijnym myśleniu Jonesa wzięła się Gujana? Była atrakcyjna bo: położona w bezpiecznej odległości od „rasistowskiej” Ameryki Północnej, anglojęzyczna – innych języków członkowie sekty na ogół nie znali, a Jones miał w pamięci trudności językowe, jakie napotkał próbując rozwijać działalność w Brazylii i na Kubie, zdominowana przez ludność autochtoniczną, przeważnie czarną – jak większość członków sekty, w tym 70% mieszkańców Jonestown [8]. Gujana miała socjalistyczny, dość przychylny wobec sekciarzy rząd, przy czym w małym, słabym kraju łatwiej było ok. 1000-osobowej grupie Amerykanów uzyskać od władz jakąś wygodną dla Jonesa formę protekcji oraz pożądany przez niego tzw. święty spokój. Władze Gujany miały też własny interes polityczny w osiedleniu grupy amerykańskich obywateli w pobliżu granicy z Wenezuelą, z którą prowadziły spór terytorialny.

Jonestown po masakrze
Fot. Wikimedia Commons

W 1978 roku komuna Jonesa w Gujanie liczyła ok. 900 osób, przy czym dokładna liczba stale się zmieniała ze względu na przyjazdy, zgony, narodziny. Wyjechać z Jonestown było dość trudno, natomiast cały czas trwała rekrutacja nowych osadników. W swych entuzjastycznych wypowiedziach i rozprowadzanych materiałach zwolennicy guru zachwalali swe uczestnictwo w projekcie „Jonestown” przeznaczonym do życia w „całkowitej, ekonomicznej, społecznej i rasowej równości”, jako najlepsze co spotkało ich w życiu.

Jeden z ocalonych członków sekty Richard Clark, wspomina, że gdy pierwszy raz przybył do Jonestown, od razu zauważył, że coś nie gra w „ziemi obiecanej”: „nikt się nie uśmiecha, ludzie mówią szeptem, są głodni i przepracowani, pary są rozdzielone, głos Jonesa dudni w głośnikach nad obozem dzień i noc, nie można wydostać się z osady, paszporty skonfiskowane, wokół dżungla”. [9]

Próbując opisać życie mieszkańców gujańskiego raju Jonesa jednym zdaniem z podziałem na sferę egzystencjalną i duchową, można powiedzieć, że czas dzielili pomiędzy ciężką pracę i pranie mózgu. Jak określił jeden z członków sekty, gdy w listopadzie 1978 pojawiła się szansa opuszczenia komuny: „To nic więcej niż komunistyczny łagier”. [10]

Wbrew usilnym dążeniom Jonesa do osiągnięcia maksymalnej niezależności od „złowrogich, imperialistycznych” Stanów Zjednoczonych, pomimo ciężkiej pracy jej mieszkańców (karczowanie dżungli, uprawa owoców, hodowla zwierząt), oraz przejęcia przez sektę ich mienia, Jonestown nigdy nie stało się  samowystarczalne – koordynacją i obsługą dostaw żywności z USA zajmowała się osobna komórka sekty w stolicy Gujany – Georgetown, ani ekonomicznie efektywne jeżeli za miarę efektywności przyjąć poziom życia mieszkańców osady. Pracowali po kilkanaście godzin na dobę w zabójczym klimacie, otrzymując głodowe racje żywnościowe, w dodatku nocami, nierzadko zamiast odpoczywać, musieli słuchać paranoicznych tyrad Jonesa wygłaszanych w głównym pawilonie lub nadawanych przez głośniki.

Czynnikami, które utrudniały funkcjonowanie komuny w sensie ekonomicznym były:

  • nieprzystosowanie miejsca do przyjęcia tak dużej ilości mieszkańców w krótkim czasie – przeprowadzka z USA nastąpiła nagle i w pośpiechu oraz
  • struktura wieku – znaczną część populacji Jonestown stanowili ludzie starsi oraz nieletni, a więc w wieku po– i przedprodukcyjnym, nie zawsze zdolni do ciężkiej, wydajnej pracy.[11]

Częstym błędem jest postrzeganie komuny osiedlonej w Gujanie jako organizacji religijnej – Świątynia Ludu była już wtedy wyłącznie ekscentrycznym lewackim ruchem rewolucyjnym, a jej przekaz – czystą ideologią. W Jonestown nie wykonywano praktyk religijnych. „Jesteśmy najczystszymi komunistami” – mówił Jones.[12] Biblia, której używał niegdyś do zwabienia wychowanych w chrześcijańskiej kulturze Afroamerykanów, stała się wręcz niepożądana. Członek sekty, Larry Schacht przytaczał wypowiedź Jonesa w obliczu śmierci jednego z mieszkańców Jonestown, który wzywał Jezusa: „Do niewłaściwej mocy się odwoływał, więc nie ma dla niego ratunku”.[13] W skrócie – o ile Jones publicznie uznawał jakąkolwiek moc uzdrawiania, przypisywał ją sobie.

Sekta formowała swych wyznawców metodami kontroli umysłu zapożyczonymi z KRL-D i Chin. Można przypuszczać, że ci spośród nich, którzy w przeszłości byli gorliwymi chrześcijanami zmienili światopogląd pod wpływem systematycznej, długotrwałej presji, którą można (pamiętając o wszelkich różnicach środowiskowych) porównać do metody „małych kroków” stosowanej wobec obywateli amerykańskich zbiegłych lub zatrzymanych w Korei Północnej – zaczynało się od sugestii typu: „Czy zgodzisz się, że system panujący w USA niekoniecznie jest najlepszy i jedynie słuszny?”, a kończyło się na tym, że światopogląd i wypowiedzi Amerykanów przebywających dłuższy czas na terenie KRL-D przestawały różnić się od zapatrywań mieszkańców tego państwa.

W tym kontekście, porównywanie (co czasem ma miejsce) przekazu sekty Jonesa,  a więc socjalizmu w wersji peryferyjnej i wynaturzonej, do rozpowszechnionej wówczas w Ameryce Południowej teologii wyzwolenia jest nie tyle „na wyrost”, co obraźliwe dla teologii. Jakiejkolwiek.

W kwietniu 1978 Zatroskani Krewni rozpowszechnili pakiet dokumentów ukazujących gujańską komunę jako rodzaj strzeżonego obozu pracy, w którym łamane są podstawowe prawa człowieka, alarmując, że paranoja Jonesa jest skrajnie niebezpieczna dla zgromadzonych tam ludzi. Sekta odpowiedziała komunistyczną nowomową, pisząc o „spisku elementów trockistowskich”.

Oprócz terroru, propagandy, indoktrynacji, rytuałów, kultu jednostki, szalonej dyscypliny, kontroli umysłów i przepływu informacji, uzbrojonych sił porządkowych oraz reglamentacji żywności, guru utrzymywał w osadzie sieć donosicieli, których obecność prowadziła do rozbicia konkretnych więzi międzyludzkich (np. rodzinnych) w imię spoistości całej grupy, lecz – co z dzisiejszego, „normatywnego” punktu widzenia może się wydawać egzotyczne – najwyraźniej członkowie sekty tę spoistość cenili.

Wydaje się, że wynika to z ugruntowanych ludzkich potrzeb, które można dostrzec choćby w wypowiedziach uciekinierów z Korei Północnej, którym udało się przedostać okrężną drogą do Korei Południowej: choć podkreślają, że ogólnie żyje im się lepiej, to brakuje im istniejących w KRL-D więzi społecznych, zwykłej pomocy sąsiedzkiej, wiedzy o ludziach żyjących w pobliżu, szczerości – tego nie potrafią odnaleźć w zatomizowanym, zindywidualizowanym, zróżnicowanym materialnie społeczeństwie południowokoreańskim. A może szerzej: w społeczeństwach współczesnego kapitalizmu.

W przerwach między pracą a snem wierni uczestniczyli w urządzanych przez Jonesa „wiecach ludowych” w pawilonie. Chwalił wówczas system komunistyczny, Lenina, Stalina i ZSRR – swą „duchową ojczyznę”, w której nigdy nie był, czytał informacje pochodzące z sowieckiej prasy, wyświetlał filmy, które interpretował w duchu marksistowskim oraz nieustannie tępił „kapitalistyczną Amerykę” i jej „imperialistyczną propagandę”.

Wobec dzieci Jones stosował szwarc-pedagogikę rodem z początku wieku: „Zabierze cię potwór Wielka Noga”. Nieposłuszne dzieciaki umieszczał w pudle ze sklejki, na dnie studni lub przywiązywał na noc do drzewa w głębi lasu.[14] Dzieci widywały rodziców krótko, w nocy, ale w końcu to Jones był ojcem ich wszystkich, co często podkreślał.

Prof. Zimbardo upatruje źródeł systemu stworzonego przez Jonesa m.in. w jego fascynacji „Rokiem 1984” Orwella i porównuje metody kontroli umysłu stosowane przez guru z opisanymi w powieści: wielkie kłamstwo, pisanie historii na nowo, zmuszanie do samokrytyki, metoda „Wielki Brat patrzy” realizowana nie tyle przy pomocy techniki audio-video (nie rozpowszechnionej jeszcze wówczas), co poprzez stałą obecność za pośrednictwem głośników i sieci szpiegów, przytacza też sugestie niezależnych śledczych na temat powiązań przedstawiciela ambasady USA w Gujanie Richarda Dwyera z CIA, co miałoby wskazywać, że Jonestown było prowadzonym przez CIA eksperymentem badającym metody i efekty kontroli umysłu. Sugestie takie nie wyszły jednak nigdy ponad pułap tego, co przyjmuje się za teorie spiskowe.[15]

Finał

Nawet u osób silnie zindoktrynowanych, instynkt samozachowawczy z reguły nie pozwala na tak gwałtowne działania destrukcyjne jak samobójstwo i zabójstwo własnych dzieci w imię „wyższych celów”. Reguła ta nie dotyczyła Świątyni Ludu. Istnieje nawet teza, że pod koniec jej istnienia zwolennicy Jonesa mieli tak „wyprane mózgi” (m.in. paranoja udzielona), że sam guru miałby problem z zawróceniem ich ze ścieżki samounicestwienia, nawet gdyby chciał się wycofać. [16]

Jednocześnie – błędem jest postrzeganie wyznawców Jonesa wyłącznie jako stada bezmyślnych naśladowców. Byli wśród nich ludzie idei, faktycznie urzeczywistniający swój sen o równości i braterstwie, niezależnie jak bardzo dziwny, groźny czy egzotyczny nam się ten sen wydaje. Przesłanie Jima Jonesa było chorą odpowiedzią na targające ludźmi realne problemy nierówności społecznych, ubóstwa, rasizmu. To one, obok szalonego guru, pogrążyły „wiernych” w desperacji, zapędziły do Gujany, i – co najmniej optymistyczne – nie odeszły wraz z nimi w zaświaty.

W czerwcu 1978, członkini sekty i uciekinierka z Gujany, Debbie Layton, alarmowała w skierowanym do rządu USA oświadczeniu pod przysięgą, że Jones faktycznie przygotowuje w Gujanie zbiorowe samobójstwo.[17] Reakcja władz była znikoma, jedynie znany z imponujących „podróży służbowych” kongresmen Leo Ryan, w porozumieniu z Zatroskanymi Krewnymi zadeklarował chęć pomocy zagrożonym i wyjazdu w tym celu do Jonestown, choć mu to odradzano.

W sierpniu 1978, lekarz, który widział Jonesa po raz ostatni, zasugerował, by guru udał się na leczenie do Georgetown lub Caracas. Był już wtedy uzależniony od leków, brał amfetaminę, miał nieustannie wysoką gorączkę, przy czym do dziś nie jest jasne co mu dolegało.

Niezwykle ważnym elementem przekazu Jonesa był strach, podejrzliwość, kreowanie atmosfery zagrożenia. Udowodniono, że płacił specom od tworzenia teorii spiskowych za wymyślanie nieziemskich historii o CIA, FBI, wojsku czekającym na odpowiedni moment by zaatakować i unicestwić Jonestown[18]. Regularnie karmił wiernych opowieściami o możliwym ataku i śmierci w imię sprawy.

Od pewnego czasu istniała w sekcie koncepcja emigracji do Związku Radzieckiego. Utrzymywano kontakty z radziecką ambasadą, a w październiku 1978 Johnstown odwiedził radziecki przedstawiciel Fiodor Timofiejew. Analiza licznych wypowiedzi Jonesa prowadzi jednak do zatrważającego wniosku, że sam guru, sceptyczny wobec koncepcji emigracji, dążył raczej do samozagłady. Sprawiał wrażenie, że obawia się utraty przywództwa i suwerenności sekty, która „sama się rządzi” (czyli w praktyce – rządzi guru), na rzecz jakiejkolwiek władzy państwowej, choć pełna niezależność wspólnoty korzystającej z gościnności władz Gujany i dostaw produktów z USA była fikcją.

Wiece sekty w pawilonie przybierały czasem formę tzw. „białych nocy”, podczas których wierni ćwiczyli zbiorowe, rewolucyjne samobójstwo. Samą nazwę „biała noc” wymyślił Jones, konstatując, że noc z reguły jest czarna, a on, zwolennik równości ras, nie chce by słowo „czarny” kojarzyło się źle [19], natomiast koncept „rewolucyjnego samobójstwa” zaczerpnął od lewackiej organizacji terrorystycznej „Czarne (tym razem) Pantery”.

W listopadzie 1978 w stolicy Gujany Georgetown pojawił się wysłannik rządu Leo Ryan w towarzystwie kilku przedstawicieli mediów oraz paru Zatroskanych Krewnych w tym Tima i Grace Stoen, których syn John w dalszym ciągu przebywał w Jonestown. Stoenowie nie dostali pozwolenia na wjazd do Jonestown, co prawdopodobnie uratowało im życie.

Ryan zawitał w osadzie 17 listopada. Wieczorem, wraz z kilkoma członkami swej delegacji uczestniczył w imprezie w pawilonie. Zachował się film z tego wydarzenia. Zostali przyjęci życzliwie, a członkowie sekty zapewniali Ryana, że w Jonestown żyje im się znakomicie i nie mają żadnych powodów do zmartwień. Sam Jones narzekał jednak na nagonkę prasową przeciwko sekcie, jaka ma miejsce w Stanach.

W międzyczasie ktoś wetknął w rękę reportera NBC Dona Harrisa kartkę z nazwiskami dwóch członków sekty i prośbą: „Pomóż nam wydostać się z Jonestown”. Harris przekazał kartkę Ryanowi, który zadał publicznie pytanie, kto jeszcze chciałby opuścić osadę. Ostatecznie zgłosiło się kilkanaście osób. Jones dał do zrozumienia, że nie ma nic przeciwko ich wyjazdowi, choć stwierdził przy okazji, że to zdrajcy i kłamcy, którzy chcą zniszczyć wspólnotę oraz mocno zasugerował amerykańskiej delegacji by zostawiła Jonestown w spokoju.

Gdy następnego dnia chętni w towarzystwie Ryana oczekiwali na odjazd w kierunku lotniska w Port Kaituma, 5 km od Jonestown, zamiar dołączenia do grupy zgłosił lojalny wyznawca Jonesa Larry Layton, co wzbudziło wątpliwości pozostałych wyjeżdżających. Ostatecznie Layton „załadował się” do odjeżdżającej ciężarówki. Następnie, członek sekty Don „Ujara” Sly usiłował ugodzić nożem Ryana, jednak został obezwładniony – niebezpieczny incydent przyspieszył wyjazd ekipy na lotnisko.

W trakcie przygotowań do odlotu w Port Kaituma doszło do tragicznych wydarzeń: najpierw ogień do pasażerów otworzył Layton, raniąc 5 osób, następnie na lotnisko podjechał traktor z przyczepą pełną uzbrojonych członków sekty (prawdopodobnie 9 osób, ich tożsamości nigdy do końca nie ustalono), którzy zaczęli strzelać do delegacji. W wyniku masowego morderstwa zginęło 5 osób, w tym kongresmen Leo Ryan, a 11 zostało rannych.

Tego samego dnia wieczorem guru urządził w pawilonie ostatnią „białą noc”. Zakomunikował wiernym, że przyszedł czas na „akt rewolucyjny”, „protest przeciwko niehumanitarnemu światu”. Wszyscy muszą umrzeć. Kto nie wypije trucizny, zostanie zastrzelony.

Sprzeciw wobec tego końcowego aktu szaleństwa guru okazał się minimalny. Jako samotna bohaterka ostatniej akcji wystąpiła członkini sekty Christine Miller wyrażając publicznie opinię, że nie tak wyobrażała sobie równość, którą Jim Jones obiecywał. Na taśmie audio (tzw. taśma śmierci) zachował się jej rozpaczliwy, choć składny dialog z Jonesem, dramatyczne, rzucane w jego stronę pytania: „Co z dziećmi? Czy nie zasługują na to, żeby żyć?”, „Co z Rosją? (emigracja), Czy jest dla nas za późno?”, „Czy samobójstwo nie jest aktem tchórzostwa, poddania się?”, „Dopóki trwa życie, jest nadzieja”. [20]

Miller poddała się gdy opór okazał się nieskuteczny. Żaden ze zgromadzonych członków sekty nie stanął po jej stronie, a guru uraczył ją paranoicznym bełkotem, że to nie samobójstwo lecz akt rewolucyjny, przejaw odwagi, że dzieci zasługują na coś więcej niż życie – zasługują na pokój, że za późno na emigrację do Rosji bo kongresmen został zabity (przez sektę), a Rosja nie przyjmie nikogo z brzemieniem zabójstwa.[21]

W ciągu (prawdopodobnie) kilkudziesięciu minut, 909 mieszkańców Jonestown, w tym ok. 300 dzieci i nieletnich, pożegnało się ze światem. Zginął, otruty, syn Stoenów, 6-letni John – „Czy mógłbym postawić życie Johna Stoena ponad inne? To po prostu jedno z moich dzieci”[22] – prawił swe chorobliwe morały Jones. Zginęła Christine Miller. Zginęła też w całości ekipa morderców z traktora w Port Kaituma. Jedynymi osobami, które zmarły od strzałów z broni palnej byli: Jim Jones i pielęgniarka Annie Moore, przy czym jest niejasne i raczej nie do ustalenia czy popełnili samobójstwo z użyciem broni czy zostali zastrzeleni.

Tego samego wieczora, na polecenie Jonesa samobójstwo popełniło 4 członków sekty z placówki w Georgetown, choć nikt nie stał nad nimi z lufą.

Czy ktoś uratował się z masakry? Zanim do niej doszło, jedenastu członkom sekty udało się wymknąć z Jonestown i przedostać przez dżunglę do oddalonej o 30 mil osady Matthew’s Ridge. Przeżyło też 13 osób z „sekciarskiej” drużyny koszykówki, feralnego dnia szczęśliwie biorącej udział w turnieju w Georgetown. Uratowało się 11 osób z lotniska w Port Kaituma, w tym złowrogi snajper Larry Layton, który ostatecznie otrzymał w USA wyrok 18 lat więzienia za usiłowanie zabójstwa.

Tragiczną noc przetrwali też bez szwanku trzej działacze sekty: bracia Tim i Mike Carter oraz Mike Prokes, wysłani przez kierownictwo z walizką pieniędzy do stolicy Gujany celem dostarczenia ich do sowieckiej ambasady. Prokes – były dziennikarz, następnie rzecznik prasowy sekty zastrzelił się jednak 4 miesiące później w USA. Zdążył jeszcze wydać kilka oświadczeń, z których wynikało, że w jakiejś mierze pozostał wierny sekcie, jej ideałom, jakkolwiek źle byłyby odbierane na zewnątrz – podkreślał, że Jonestown zaludnili ludzie ubodzy, rodzaj społecznych wyrzutków mimo woli, którzy szukali czegoś, czego nie znaleźli w amerykańskim społeczeństwie. [23] Czyżby równość i braterstwo?

Po burzy

Największe samobójstwo we współczesnej historii szybko stało się przedmiotem spekulacji, nadinterpretacji i teorii spiskowych. W niewyjaśnionych do końca zgonach w różnych rejonach Stanów doszukiwano się zemsty ocalałych zwolenników Jonesa, zwłaszcza jeśli ginął któryś z byłych członków sekty. Dopatrywano się współpracy Jonesa z CIA lub głoszono, że w całej sprawie chodziło tylko o zabójstwo Leo Ryana ponieważ przeszkadzał CIA w eksperymencie prowadzonym w zakresie kontroli umysłu, a unicestwienie całego Jonestown nastąpiło tylko „przy okazji”.

Jim Jones
Fot. Wikimedia Commons

Biorąc pod uwagę, że wiernym nie pozostawiono wyboru, ścieżki odwrotu: „Wypij truciznę albo zginiesz od kuli”, wśród analityków nie było zgody, czy faktycznie doszło do zbiorowego samobójstwa, czy raczej masowego morderstwa. Myślę, że wydarzenie w większym stopniu kwalifikuje się jako samobójstwo, które miałoby miejsce nawet w przypadku braku obecności uzbrojonych ochroniarzy, tak jak stało się to w placówce w Georgetown lub np. wśród członków sekty Heaven’s Gate w 1997 roku.

Problem ideowy Jonesa polegał na tym, że choć w swych tyradach nawiązywał do współczesnego socjalizmu państwowego i na jego dorobku próbował się oprzeć, obiektywne warunki upodabniały jego wspólnotę raczej do istniejących w XIX wieku w USA komun socjalistów utopijnych: zakładane w latach 1825-30 wspólnoty inspirowane myślą Roberta Owena – New Harmony w Indianie, fourierowski La Reunion w Teksasie, czy komuny Ikarian socjalisty Étienne Cabeta, upadały po kilku latach z przyczyn ekonomicznych, przy czym komuna „Ikaria” w Nauvoo padła także wskutek rozłamu, kłótni, oskarżeń Cabeta o zamordyzm.

Wspólnota Jima Jonesa była – na pewnym etapie działalności – na dobrej drodze by podzielić los dawnych upadłych komun, których członkowie rozpierzchli się zostawiając liderów „na lodzie”. Nie wiadomo czy guru zapoznał się kiedykolwiek z ich losem i wyciągnął z tego jakieś wnioski.

Do zwycięstwa wielbionego przez Jonesa socjalizmu państwowego potrzebny jest, zgodnie z myślą Marksa, zrewolucjonizowany proletariat lub jakaś forma zamachu stanu. Nie wystarczy, jak postulował Henri de Saint-Simon, perswazja filantropów, która przekształci społeczeństwo w lepsze.

Prof. Zimbardo, który starał się dociec skąd się bierze zło w człowieku, pisał – analizując przyczyny masakry w Gujanie – że w historii więcej zbrodni przeciw ludzkiej naturze popełniono w imię posłuszeństwa wobec autorytetu niż w imię rebelii.[24]

Czym jest ludzka natura? Czy posłuszeństwo wobec autorytetu nie leży w ludzkiej naturze? Czy najwspanialsze imperia świata, których kulturę i sztukę do dziś podziwiamy, nie opierały się na autorytetach? Więcej – czy nie były teokracjami? Czy piramidy wzniesiono w imię rebelii i pluralizmu czy na chwałę posłańców bogów?

Czy do tego, by nigdy nie doszło do masakry w Gujanie nie wystarczyłoby posłuszeństwo wobec autorytetu, który powiedziałby Jonesowi i jego gwardii: „Nie zabijaj i nie kradnij”?

 

Miłosz Szuba – politolog, publicysta, pasjonujący się historią powszechną, historią idei, wpływem ekonomii, kultury i religii na społeczeństwo i myśl polityczną, zarządca nieruchomości

 

Źródła internetowe:

– Alternative Considerations of Jonestown and Peoples Temple. San Diego State University,
https://jonestown.sdsu.edu/

– „The Jonestown Death Tape (FBI No. Q 042) (November 18, 1978) „https://archive.org/details/ptc1978-
11-18.flac16

– “Jonestown: The Life and Death of Peoples Temple”, http://watchdocumentaries.com/jonestown-the
-life-and-death-of-peoples-temple/

 – Joanna Katarzyna Frankowiak „Metody i techniki manipulacji stosowane przez grupy destrukcyjne na
przykładzie sekty Świątynia Ludu, Kultura i Edukacja 2009, nr 3 (72)
https://www.researchgate.net/profile/Joanna_Frankowiak/publication/323560702_Metody_i_techniki_manipulacji_stosowne_przez_grupy_destrukcyjne_na_przykladzie_sekty_Swiatynia_Ludu

– Aleksandra Porada, „Sekta Jima Jonesa – zatruta utopia”
https://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/swiat/275206,1,sekta-jima-jonesa.read

– Szymon Karwowski, „Świątynia Ludu -studium przypadku”, http://www.reformowani.info/swiatynia
    ludu-studium-przypadku/

 

Przypisy:

[1] Wessinger, Catherine. How the Millennium Comes Violently: From Jonestown to Heaven’s Gate. Seven Bridges Press, 2000, Alternative Considerations of Jonestown and Peoples Temple. Jonestown Project: San Diego State University

[2] New York Times, „How Rev. Jim Jones Gained His Power Over Followers”, Robert Lindsay, November 26, 1978

[3] Kilduff, Marshall and Phil Tracy. „Inside Peoples Temple.” New West Magazine. 1 August 1977 / hosted at Alternative Considerations of Jonestown and Peoples Temple. Jonestown Project: San Diego State University

[4] The Eight Revolutionaries’ letter, California Historical Society, Moore Family Papers, MS 3802 / Alternative Considerations of Jonestown and Peoples Temple. Jonestown Project: San Diego State University

[5] Kilduff, Marshall and Phil Tracy. „Inside Peoples Temple.” New West Magazine. 1 August 1977 / hosted at Alternative Considerations of Jonestown and Peoples Temple. Jonestown Project: San Diego State University

[6] Kilduff, Marshall and Phil Tracy. „Inside Peoples Temple.” New West Magazine. 1 August 1977 / hosted at Alternative Considerations of Jonestown and Peoples Temple. Jonestown Project: San Diego State University

[7] Hall, John R. (1987). Gone from the Promised Land. Transaction Publishers. / Wikipedia

[8] Moore, Rebecca. „The Demographics of Jonestown.” Jonestown Institute, San Diego State University, Alternative Considerations of Jonestown and Peoples Temple. Jonestown Project: San Diego State University.

[9] Jonestown Heroes, by Philip G. Zimbardo / Alternative Considerations of Jonestown and Peoples Temple. Jonestown Project: San Diego State University.

[10] Hall, John R. (1987), Gone from the Promised Land: Jonestown in American Cultural History, New Brunswick, New Jersey: Transaction Publishers  – Wikipedia

[11] Moore, Rebecca. „The Demographics of Jonestown. Jonestown Institute, San Diego State University,

[12] Tapes prepared by The Jonestown Institute, Q401 Transcript / Alternative Considerations of Jonestown and Peoples Temple. Jonestown Project: San Diego State University.

[13] Were there religious services held in Jonestown? Alternative Considerations of Jonestown and Peoples Temple. Jonestown Project: San Diego State University

[14] Joanna Katarzyna Frankowiak „Metody i techniki manipulacji stosowane przez grupy destrukcyjne na przykładzie sekty Świątynia Ludu, Kultura i Edukacja 2009, nr 3 (72)

[15] State Terror and State-Sanctioned Terrorism: Models of Mind and Behavior Control in Orwell’s 1984, as Operationalized Jim Jones in the Peoples Temple Mass Suicide/Murders (2006), by Philip G. Zimbardo, Ph.D., Stanford University / Alternative Considerations of Jonestown and Peoples Temple. Jonestown Project: San Diego State University.

[16] On the transformation of Jim Jones: From God’s minister to the Angel of Death (2007) by Dr. Philip G. Zimbardo / Alternative Considerations of Jonestown and Peoples Temple. Jonestown Project: San Diego State University.

[17] Jonestown Heroes, by Philip G. Zimbardo / Alternative Considerations of Jonestown and Peoples Temple. Jonestown Project: San Diego State University.

[18] Reiterman, Tim; Jacobs, John (1982), Raven: The Untold Story of Rev. Jim Jones and His People, Dutton, Wikipedia

[19] “What is the origin of the term ‘White Night’?” Alternative Considerations of Jonestown and Peoples Temple. San Diego State University

[20] „The Jonestown Death Tape (FBI No. Q 042) (November 18, 1978)”

[21] „The Jonestown Death Tape (FBI No. Q 042) (November 18, 1978)”

[22] „The Jonestown Death Tape (FBI No. Q 042) (November 18, 1978)”

[23] „Statement of Michael Prokes.” Alternative Considerations of Jonestown and Peoples Temple. San Diego State University

[24] State Terror and State-Sanctioned Terrorism: Models of Mind and Behavior Control in Orwell’s 1984, as Operationalized Jim Jones in the Peoples Temple Mass Suicide/Murders (2006), by Philip G. Zimbardo, Ph.D., Stanford University, Alternative Considerations of Jonestown and Peoples Temple. San Diego State University

 

 

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*