Statek Batavia. Śmiertelny rejs

Na wyspie Beacon (Kerkhof)

Gdy Cornelisz wraz z resztą niedobitków z pokładu Batavii przybył na wyspę Beacon, jako najwyższy urzędnik VOC objął władzę nad zrozpaczonymi rozbitkami. Przy pomocy wiernych sobie ludzi (miał ich około 40) przejął zapasy, w tym topniejące szybko zasoby wody pitnej, broń i bagaże. Z żywnością nie było tak źle, w niewielkich zatoczkach można było bowiem złowić ryby, a w trawie znaleźć gniazda pełne jaj. Słońce prażyło jednak niemiłosiernie i trzy dni później skończyła się woda pitna. Co słabsi pasażerowie i marynarze zaczęli umierać z pragnienia (już wcześniej ograniczono dzienną rację wody). Według badań archeologicznych prowadzonych na tym obszarze w ramach projektu finansowanego przez Australian Research Council pod kierownictwem profesora Alistara Petersona w jednym z grobów odkrytych na wyspie Beacon pochowano pięć osób. Z uwagi na staranność pochówku i brak śladów gwałtownej śmierci przypuszcza się, iż pasażerowie ci zmarli jeszcze przed wybuchem buntu i przejęciem całkowitej władzy przez Jeronimusa Cornelisza. Bardzo prawdopodobne, iż są to właśnie ofiary odwodnienia.

Na szczęście kolejnego dnia, czyli 10 czerwca 1629 roku, wiatr zmienił kierunek, nadciągnęły od strony lądu chmury i spadł obfity deszcz. Wreszcie mogli napełnić puste już beczki i wśród ludzi pojawiła się nadzieja.

Przez pierwszych dwadzieścia dni pobytu na wyspie nie dochodziło do morderstw. Niewielka społeczność rozbitków skupiła się na zagospodarowywaniu tymczasowego domu: szukano żywności, na tratwach zbitych z desek z wraku wyprawiano się na pobliskie wysepki koralowe w poszukiwaniu wody pitnej, wyławiano zniesione przez prąd szczątki i beczułki ze znajdującym się wcześniej w ładowniach Batavii francuskim winem, octem i wodą. Wyciągnięto też grotmaszt, ten sam, który zrąbany nieszczęśliwie padł na pokład, i z jego żagli wykonano prowizoryczne namioty. Pogoda się ustabilizowała, więc zorganizowano wyprawę na pokład wraku, skąd zabrano jedną skrzynię z pieniędzmi, naczynia, ubiory, bele materiału.

4 lipca 1629 roku wydarzył się incydent, który zapoczątkował falę terroru. Jeden z żołnierzy o nazwisku Hendrix wraz ze swoim kompanem Arianszem niepostrzeżenie skradł beczkę z winem i obaj uraczyli się jego zawartością. Jeronimus Cornelisz wydał na sprawców wyrok śmierci, jednak organ decyzyjny zwany „radą statku” postanowił, że zginie tylko prowodyr Hendrix. Pamiętać bowiem należy, iż na statkach VOC decyzję podejmowało ciało kolegialne złożone z wyższego dowództwa.

Wściekły aptekarz rozwiązał radę i powołał nową, w której skład wchodzili wierni mu ludzie: Conrad van Huyssen, David van Sevanck i porucznik Jacob Pieters. Tym razem winowajców skazano na utopienie.

Od tego dnia z obozu znikali ludzie. By zmniejszyć zaniepokojenie społeczności, siepacze Cornelisza twierdzili, iż tamci przebywają na sąsiednich wysepkach, gdzie szukają żywności i wody. Prawda była inna – brutalnie ich mordowano, by oszczędzić na kurczących się zapasach.

W wyniku badań archeologicznych prowadzonych w tym rejonie w ramach projektu finansowanego przez Australian Research Council ustalono wiele miejsc pośpiesznego pochówku ludzi na wyspie Beacon, w tym:

  • dwóch chłopców w wieku 12-14 lat,
  • mężczyzny i kobiety w wieku 20-34 lat,
  • mężczyzny w wieku 30-40 lat z poważnie uszkodzoną czaszką i kośćmi kończyn,
  • nastolatka, którego szkielet był dosłownie zmasakrowany,
  • dzieci w wieku 8-10 miesięcy,
  • dziecka w wieku 5-6 lat z podciętym gardłem,
  • troje dorosłych, nastolatka, kilkuletniego dziecka i niemowlęcia.

Aptekarz zaczął tworzyć swoje małe królestwo, obdzielając łaskami popleczników, skąpiąc zasobów dla reszty. Mężczyźni, chcąc przeżyć, przystawali do niego. Niektórzy tracili najbliższych, jak Gijsbert Bastianez – kaznodzieja, któremu zabito rodzinę, a który mimo to służył Corneliszowi. Na wyspie zapanował terror.

Nie wszyscy mężczyźni przeszli na stronę aptekarza. Ten, by uniknąć buntu, pod pozorem poszukiwań wody na okolicznych koralowych wysepkach wysłał tam dwie grupy:

  • jedną – złożoną z 45 mężczyzn – przewiózł łodziami na Długą Wyspę (Wyspę Zdrajców),
  • drugą – 23 żołnierzy (wśród nich była grupa Francuzów) prowadzonych przez charyzmatycznego szeregowca Wiebbego Hayesa – wysłał na tratwach zbudowanych z desek z wraku Batavii na widoczne na widnokręgu Wysokie Wyspy. Wcześniej odebrał im wszelką broń. Gdyby znaleźli wodę pitną, mieli dać znać sygnałami dymnymi, a łodzie przypłyną po nich ponownie. (Spotkałem się z informacją, iż muszkieterów było 40).

Tak naprawdę pozbył się w ten sposób niewygodnych współtowarzyszy (nie miał zamiaru sprowadzać ich z powrotem) i na wyspie Beacon zapanował niepochamowany terror.

Dwanaście kobiet zostało zamordowanych, sześć musiało obsługiwać tzw. namioty gwałtów, w których ludzie Cornelisza mogli się zaspokajać. Sam prowodyr wziął dla siebie Lucretię van der Mylen, a jego prawa ręka – Conrad van Huyssen – otrzymał „na wyłączność” córkę kaznodziei – Judith (jedyne z dzieci duchownego, które oszczędzono).

Zabijano ludzi uznanych za zbędne gęby do żywienia. Przykładem był właśnie dramat Gijsberta Bastianeza. Cornelisz zaprosił go wraz z najstarszą córką do namiotu na posiłek, a w tym czasie jego sześciu zbirów zabiło ciosami siekier szóstkę dzieci duchownego, jego żonę i opiekującą się nimi służącą. Pomimo to, duchowny tak bardzo chciał żyć, że przystał do oprawcy.

Cornelisz prowadził eksperymenty polegające na ścinaniu głów dzieciom jednym cięciem, zlecając brudną robotę swoim podwładnym.

Niech przemówią liczby: 21 lipca 1629 roku na wyspie aptekarza pozostało przy życiu 32 mężczyzn i 5 kobiet. Aż 125 osób zamordowano! Ci, którym dane było przeżyć, złożyli Corneliszowi przysięgę wierności, a on sam nadał sobie tytuł admirała. Uszyto też dla wszystkich liberie z czerwonego sukna (laken) zabranego z pokładu Batavii z dużą liczbą złotych galonów.

Aptekarz wespół ze swymi zaufanymi kamratami planował przejąć statek ratunkowy i po wydobyciu skarbów Batavii zrealizować pierwotny piracki plan. Do tego celu potrzebował nie więcej niż 45 osób z ponad 200 rozbitków, więc resztę planował wymordować.

Wróćmy do wypraw badawczych wysłanych na pobliskie wyspy. Po kilku dniach na najbardziej odległych, widocznych na widnokręgu Wysokich Wyspach pojawiły się sygnały dymne nadawane przez żołnierzy Hayesa. Nikt po nich jednak nie popłynął. Cornelisz założył (jego ludzie sprawdzili wcześniej te wysepki i nie odkryli na nich żadnych wartych zachodu zasobów), że umrą tam z pragnienia i głodu. Pomylił się jednak w swoich rachubach, żołnierze bowiem znaleźli na dwóch sąsiadujących ze sobą wyspach cztery naturalne studnie ze słodką wodą i mięso. Na większej z nich – Wyspie Kota – żyły karłowate kangury (wielkości królika), które nazwali kotami. Ponadto mieli do dyspozycji ptasie jaja, kolonie fok na pobliskich skałach, mięczaki i skorupiaki.

Zbudowali sobie nawet z kamieni i gałęzi domy, a z trawy posłania. Biorąc pod uwagę szczupłe przecież zasoby, mieli lepsze warunki od grupy, która pozostała na wyspie Beacon. Wiebbe Hayes, inaczej niż zostało to opisane w mojej powieści, zdobył sobie uznanie towarzyszy dopiero po pewnym czasie, gdy wykazał się wyjątkową pomysłowością, energią i charyzmą.

Kupiec Pelsaert opisuje w swoich dziennikach, w których spisał relację w wyprawy, iż pewnego dnia w południe na Wyspę Kota przypłynął wycieńczony uciekinier na niewielkiej tratwie. I to on miał pierwszy opowiedzieć zdumionym żołnierzom o bestialstwie komandora i jego planach przejęcia statku ratunkowego. W kolejnych dniach pojawili się następni, w tym Aris Jansz z raną od miecza na karku. Dopiero wtedy żołnierze zrozumieli powagę sytuacji i rozpoczęli przygotowania do obrony Wyspy Kota.

W pobliżu łagodnego zejścia do wody, miejsca, gdzie lądowanie łodzi Cornelisza było najbardziej prawdopodobne, zbudowano ukryte pośród krzewów szańce z kamieni i gliny, zwane fortami. Przygotowano też stosy kamiennych pocisków. Trzeba pamiętać, iż przed wypłynięciem zostawili wszelką broń, w tym noże, na wyspie Beacon. Żołnierze przeszukali brzegi wyspy i znaleźli szczątki rozbitych na rafach okrętów, między innymi deski z długimi na 16 cali żelaznymi gwoździami z Batavii. Nabili je na solidne drewniane pałki, tworząc piki. Z obręczy beczek, które woda wyrzuciła na brzeg, zbudowali prymitywne machiny miotające. Ustanowiono też warty, które wypatrywały wroga w dzień i w nocy.

W międzyczasie docierały na wyspę kolejne osoby, uciekając przed śmiercią. Ostatecznie grupa szeregowego powiększyła się o 25 ludzi i liczyła 48 mężczyzn. Jeden z uciekinierów zabrał z wyspy Beacon łódź skonstruowaną z desek z wraku Batavii. Od tego czasu grupa Hayesa mogła ostrzec załogę statku ratunkowego, a na to nie mógł sobie pozwolić planujący jego przejęcie młodszy kupiec Jeronimus Cornelisz. Musiał podbić Wyspę Kota.

Ale zanim to, nierozwiązaną kwestią pozostała liczniejsza grupa wysłana, jak sądzono, na śmierć z głodu i pragnienia na bliższą z wysp – Wyspę Zdrajców. Po kilku tygodniach ludzie Cornelisza dostrzegli na plaży ich sylwetki. By nie zostawiać świadków, aptekarz wysłał morderców z muszkietami. Ci wybili niemal wszystkich z 45-osobowej wspólnoty. Kilka osób uciekło jednak wpław w stronę Wyspy Kota i ludzi szeregowego Hayesa.

Komandorowi Corneliszowi pozostał więc ostatni nierozwiązany problem – ludzie Wiebbego Hayesa na Wyspie Kota.

Artykuł składa się z więcej niż jednej strony. Poniżej znajdziesz numerację stron

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

*