Sytuacja na pokładzie Batavii podczas podróży
Na statku tlił się konflikt pomiędzy starszym kupcem Franciskiem Pelsaertem a kapitanem Adriaenem Jacobszem wynikający z ich wcześniejszej nie najlepszej współpracy. Podczas wspólnego pobytu w Indiach pijany Jacobsz miał obrazić Pelsaerta i ten zrugał go przy świadkach. Według innej relacji chodziło o wspólny powrót z Indii na statku Dordrecht. Tam doszło do grubiańskich zachowań Jacobsza, co skończyło się upomnieniem przez komandora wyprawy – Gheleijnsena. Kapitan nigdy nie wybaczył starszemu kupcowi zniewagi. Bolało go to na tyle mocno, iż naigrywał się z głównodowodzącego flotą przed innymi kapitanami z konwoju. Informacje o tym dotarły do Pelsaerta i ten upomniał przy świadkach swojego podwładnego, co dolało oliwy do ognia.
W tej sytuacji, wiedząc o skarbie w ładowni, Adriaen Jacobsz, namawiany przez młodszego kupca (wcześniej aptekarza) Jeronimusa Cornelisza, rozpoczął przygotowania do uprowadzenia jednostki. Planowali przejąć broń, a żołnierzy zamknąć pod pokładem, zabijając wyjście deskami. Przeżyć mieli tylko ci, którzy przyłączą się do spisku. Wszystkie kobiety, dzieci i starsi mieli zostać zgładzeni w pierwszej kolejności.
Za zrabowane w ten sposób złoto i srebro buntownicy chcieli utworzyć własne małe królestwo. Wcześniej jednak planowali zająć się piractwem w okolicach Półwyspu Malajskiego, Wybrzeża Koromandelskiego i Madagaskaru.
Prowodyrzy zdołali nakłonić do swoich planów wielu członków załogi, w tym starszego bosmana Jana Everszta i Conrada van Huyssena. Docelowo planowali, że piracka załoga będzie liczyła około 120 zuchów. Jeśli zestawi się to z ogólną liczbą pasażerów, żołnierzy i marynarzy na Batavii wynoszącą 341 osób, widać, iż niemal dwie trzecie zamierzali uśmiercić.
W tamtych pionierskich czasach niewielu marynarzy wypływało w rejs z własnego wyboru. To była niemal katorga. Żyjący w XVIII wieku dr Samuel Johnson, brytyjski pisarz i leksykograf, twierdził, że „żaden człowiek, wystarczająco pomysłowy, by samego siebie nie zamykać w więzieniu, nie zostanie marynarzem; życie na statku jest bowiem życiem w więzieniu, z dodatkową możliwością utonięcia”. A i loch jego zdaniem przegrywał z marynarską dolą, twierdził bowiem dalej, iż: „człowiek w więzieniu ma więcej miejsca, lepsze jedzenie i prawdopodobnie lepszą kompanię”[2].
Skąd więc ich brano? Część stanowiły męty różnej maści zmuszone uciekać na morze przed stryczkiem. Resztę dostarczali holenderscy werbunkowi – zielverkoopers (sprzedawcy dusz), których w samym Amsterdamie było koło 300. Ludzie ci namawiali mężczyzn z biedoty do zaciągu, oferując do czasu wypłynięcia schronienie i wyżywienie na lądzie. W zamian nieszczęśnicy podpisywali weksle, stając się białymi niewolnikami. Wielu dostarczano na pokład w tak fatalnym stanie, iż nie przeżywali podróży. Jakby tego było mało, marynarze musieli oddawać swoim zielverkoopers część zarobku.
Na domiar złego varend volk (pływający) musieli liczyć się w trakcie rejsu z katorżniczą pracą, dostając marne racje żywnościowe. Zdarzały się wśród nich śmierci głodowe! Jeden z brytyjskich kadetów tak pisał o żeglarskiej diecie w liście do domu (Morze, 1970): „[…] karmieni jesteśmy wołowiną, która trzymana jest w beczce dziesięć lat, i sucharami, które w czasie jedzenia ziębią nam gardła, jako że zawierają robaki, które są bardzo zimne, gdy się je spożywa. Są jak galaretka z nóżek, ale bardziej tłuste… Pijemy wodę, która ma kolor gruszy i pełna jest żyjątek, oraz wino, które stanowi mieszankę byczej krwi i trocin”[3].
Do tego dochodziły oszustwa dostawców – i tak w beczkach z mięsem można było znaleźć szmaty, drewno i choćby podkowy. Ważne było, by zgadzała się waga.
Reasumując, niedożywienie, ciężka praca, egzotyczne choroby, brak higieny i właściwej odzieży powodowały, iż jeszcze w XVIII wieku śmiertelność na holenderskich okrętach podróżujących do wybrzeży Afryki przekraczała niekiedy 50%! Nie ma się więc co dziwić, iż wybuchały wśród załogi bunty, a Adriaen Jacobsz i Jeronimus Cornelisz mieli ułatwione zadanie.
W gronie pasażerów znajdowała się będąca w drodze na Jawę 27-letnia Lucretia Jans, po mężu Lucretia van der Mylen, wraz ze swoją służącą – Swaentie Hendricxs. Monotonia wielomiesięcznej podróży skłoniła kapitana do podjęcia próby uwiedzenia kobiety. Ta jednak odrzuciła zaloty Jakobsza i zwróciła się o ochronę do starszego kupca Pelsaerta. To spotęgowało wzajemną wrogość między nimi.
Kapitan z zemsty uwiódł służącą – Swaentie Hendricxs. W efekcie zainteresowania skipera kobieta stała się brzemienną i przeprowadziła się do kapitańskiej kajuty. Istotnym dla losów wyprawy była wizyta – pomimo zakazu kupca Pelsaerta, który w tym czasie zszedł na ląd po zapasy – Jacobsza i Swaentie na pokładach pozostałych dwóch statków podczas postoju na kotwicach w okolicy Przylądka Dobrej Nadziei. W trakcie mocno zakrapianych spotkań Adriaen Jacobsz miał naśmiewać się z komandora, co dotarło do uszu Pelsaerta. Kolejnego dnia ten udzielił mu oficjalnej nagany w obecności wszystkich oficerów. Chorobliwie ambitny Jacobsz miał wtedy poprzysiąc wendettę znienawidzonemu wrogowi, co skrzętnie wykorzystał aptekarz, Jeronimus Cornelisz.
Po uzupełnieniu zapasów Batavia wraz z jednostkami Assendelft i Buren wypłynęła z portu w Cape Town (Przylądek Dobrej Nadziei). Holenderscy nawigatorzy jakiś czas wcześniej odkryli, że udając się do Indonezji po opłynięciu Afryki, należy trzymać się wschodniego kursu w sferze silnych i stałych wiatrów zwanych Ryczącymi Czterdziestkami i dopiero na długości około 105°E odbić na północ, aby dotrzeć prosto na Jawę lub Sumatrę. Tak też postąpiono i tym razem.
Na skutek sztormu i celowych działań kapitana Jacobsza stracili z oczu siostrzane statki i wreszcie żeglowali sami.
By wywołać ogólne niezadowolenie wśród załogi, konspiratorzy urządzili prowokację. W nocy z 13 na 14 maja 1629 roku (inne źródła podają datę 15 maja) zamaskowany starszy bosman Jan Everszt z siedmioma kompanami napadli na Lucretię Jans van der Mylen. Na koniec wysmarowali nieszczęsną kobietę smołą. Wszystko po to, by kupiec Pelsaert, nie mogąc znaleźć winnych, ukarał całą załogę, co miało doprowadzić do ogólnego niezadowolenia i przysporzyć przyszłym piratom zwolenników. Lucretia wskazała nawet, poznając po głosie, Jana Everszta jako sprawcę swojej hańby, jednak z uwagi na brak przekonujących dowodów nikt nie został ukarany. Plan spalił na panewce.
Kupiec Francisco Pelsaert od pewnego czasu złożony był nawrotem malarii i niemal nie pojawiał się na pokładzie. Spiskowcy żywili nawet nadzieję, niestety płonną, iż umrze. Pomimo choroby, przeczuwał grożące mu niebezpieczeństwo i przejrzał plany kapitana. By zapobiec buntowi i kradzieży skarbu, wystawił w ładowni dodatkowe warty. Sam Jacobsz obarczony wyrzutami sumienia zaczął żałować, że dał się namówić aptekarzowi Jeronimusowi Corneliszowi na porwanie Batavii. Coraz częściej zamykał się pijany w swojej kabinie, pozostawiając nawigację podkomendnym.
Niestety w tym czasie z uwagi na chorobę i starszy kupiec Francisco Pelsaert nie sprawdzał położenia gwiazd. Jest to o tyle istotne, iż dysponując wielką żeglarską wiedzą, zauważyłby zapewne odchylenie od zaplanowanego kursu, a tym samym jednostka uniknęłaby katastrofy.
Artykuł składa się z więcej niż jednej strony. Poniżej znajdziesz numerację stron