Szukalski Słowiański

Szukalski Słowiański. (Re)konstrukcja dziedzictwa |Recenzja

Stanisław Szukalski jest niezaprzeczalnie artystą wyjątkowym. Wielce się ucieszyłem, gdy dotarła do mnie wieść o ekspozycji „Szukalski Słowiański. (Re)konstrukcja dziedzictwa” w Muzeum Początków Państwa Polskiego w Gnieźnie, bowiem idea wydaje się słuszna. Kuratorzy tej wystawy jednak mieli przed sobą niemałe wyzwanie, aby przedstawić twórczość Stacha z Warty, szczególnie, że, jak nazwa wystawy wskazuje, w zamiarze mieli połączyć ją z motywami słowiańskimi, które pojawiają się także w stale prezentowanych obiektach gnieźnieńskiego muzeum. Czy rzeczywiście udało im się udowodnić, że Szukalski jest słowiański?

Wystawa stawia widzowi te pytanie już na samym początku, lecz w zasadzie nie odpowiada na nie jednoznacznie. Dobre jest to zaś, że przedstawiony na początku tekst nakreśla postać Szukalskiego, także pod względem artystycznym, podkreślając to, że nie podążał on za trendami (stawiając go bezpośrednio w kontrze do Picassa, co już zachęca). Stach z Warty jako enfant terrible może wzbudzić ciekawość osób niezaznajomionych z Jego twórczością.

Po tymże prologu widz wypuszczony jest na otwartą przestrzeń pełną gablot wraz z liniowo pisaną historią Szukalskiego i Jego twórczości zawartą na wygiętej ściance. Poczuć można lekkie zagubienie, nie wiedząc, do czego wpierw podejść, a może przeczytać wszystkie ściany tekstu, a potem dopiero oglądać cokolwiek.

W każdym razie tekst mówi między innymi o fascynacji Słowiańszczyzną, a przede wszystkim o postaci Kraka, z którym Stach się utożsamiał i napisał o nim dziejawę w dziesięciu odmroczach, do której Muzeum często nawiązywało, pisząc o wystawie w mediach. W całokształcie „Szukalskiego Słowiańskiego” Kraka jest niestety stosunkowo mało, a w szczególności Kraka, syna Ludoli, bowiem można się jedynie zadowolić egzemplarzami pierwszego wydania tego dzieła w gablotach i małymi, nierzucającymi się w oczy reprodukcjami ilustracji z takowego.

Stach, Kopernik i Krak

Co do dzieł wystawionych, są takie, które słusznie tam się pojawiły, jak na przykład przyjemnie dla oka zakomponowane obiekty nawiązujące do postaci Mikołaja Kopernika, który, podobnie jak Krak, miał specjalne miejsce w panteonie bohaterów w uniwersum Stacha z Warty i niewątpliwie nawiązuje do słowiańskości jego twórczości, ale są i takie, których związek z naszym indoeuropejskim narodem jest znikomy lub wydumany, jak jest z Pucharem Benetta czy niewątpliwie wybitną rzeźbą pod tytułem Walka, która jako twór surrealistyczny może być interpretowana w wieloraki sposób.

Poza tym rozmieszczenie zabytków jest trochę niejasne. W założeniu wystawa miała przedstawiać dwa etapy twórczości Szukalskiego: polski i amerykański. W rzeczywistości nie jest to wyczuwalne, ponieważ w zawiłości swej biografii Szukalski wielokrotnie wracał ze Stanów do Polski i na odwrót, przez co nie można mówić o „Stachu Polskim” i „Stachu Amerykańskim”, bo jest to wciąż ten sam artysta kierującymi się tymi samymi ideami, nieważne, po której stronie Atlantyku. W pierwszej części ekspozycji można znaleźć prace powojenne, a w drugiej prace międzywojenne, co może spowodować zagubienie lub mylne wyobrażenie chronologii Jego twórczości u ludzi mniej spostrzegawczych.

Czego nie było, a być powinno

Słusznie przedstawiono na wystawie dzieła artystów z Twórcowni zarządzanej przez Szukalskiego, a dokładniej cztery (myślę, że dość reprezentatywne) dzieła trzech uczniów: Stefana Żechowskiego, Czesława Kiełbińskiego oraz Antoniego Bryzdy. Dwa z tych dzieł podejmują motyw Bolesława Śmiałego, do którego sam Szukalski także nawiązał w swojej rzeźbie (wspomnianej tylko w katalogu), niewątpliwie bardzo słowiańskiej, a jednocześnie stojącej dalej w Muzeum Górnośląskim w Bytomiu, a nie, co zaskakujące, na wystawie w Gnieźnie.

Powszechnie potępiany przez historyków król jest bohaterem – wręcz bóstwem – w dziele Stacha z Warty, depcze mitrę biskupią, a stoi on na czele Polaków, od Górali po Pomorzan. Podobnie wygląda sytuacja między innymi z rzeźbą Cecora, która pomimo swojej niezwykłości i słowiańskości także tam się nie znalazła. Dzieło nawiązujące do przegranej w 1620 r. przez Rzeczpospolitą bitwę jest niezwykłym wyimaginowanym portretem Stanisława Żółkiewskiego – hetmana, który nie ratował się ucieczką i walczył do końca. Jest on pokryty bogatą ornamentyką nawiązującą do sztuki cywilizacji prekolumbijskich; wygląda raczej jak archeologiczne znalezisko niż rzeźba wykonana w XX w.

Zabrakło na wystawie poruszenia tematu motywów prekolumbijskich w twórczości Szukalskiego. Pojawiały się w niej one bardzo często i łączyły się z motywami słowiańskimi (sam wcześniej wspomniany Bolesław Śmiały wygląda niczym bóg-opiekun aztecki Huitzilopochtli). Przy takiej narracji na wystawie mogłaby pojawić się rzeźba Proamerica, będąca projektem pomnika Unii Panamerykańskiej. Rzeźba niezwykła i inspirująca wygląda na całkowicie „indiańską”, lecz pojawia się w niej motyw węży – znany chociażby z przedstawienia Kraka autorstwa Stacha. Jest to świadectwo wspólnego źródła u wszelkich kultur, czego artysta był pewien.

Zermatyzm – opus magnum

Tuż obok wcześniej wspomnianego „kącika Kopernikowego” znajduje się „kącik zermatyzmu”. Teoria Szukalskiego mówiąca o źródle wszelkiej ludzkości została potraktowana powierzchownie, a autor tekstu na jej temat (będący jednocześnie autorem wszystkich tekstów na wystawie), chyba nie zdawał sobie sprawy, jaką krzywdę sprawił zermatyzmowi porównując go do teorii Wielkiej Lechii.

O ile turbosłowianie w wypaczony i wyolbrzymiony sposób patrzą na teksty źródłowe i dopisują do nich niesamowitości, tak Stanisław Szukalski od zera stworzył całkowicie nową teorię, nie będącej wtórną w żadnym aspekcie; zajmował się kulturą, a nie cywilizacją, jak sam pisał[1].

Zaprezentowano parę reprodukcji z niespełna piętnastu tysięcy rysunków dotyczących tego zagadnienia (większość dzięki uprzejmości Muzeum Tatuażu w Gliwicach). Zermatyzm mógłby sam w sobie wypełnić całą wystawę. Jawi się jako jedno wielkie dzieło, niepojęte przez wielu i jaki widać, niestety, także przez kuratorów.

Szukalski a sprawa polska

Niewątpliwie do zermatyzmu nawiązuje nieprzedstawiony w Gnieźnie projekt pomnika zatytułowanego Katyń lub Ostatni oddech. Forma tej rzeźby może dziwić niezaznajomionego z tekstami Szukalskiego, bowiem człekokształtna istota przypominająca małpoluda z mackami przykłada lufę pistoletu do szyi swej ofiary.

Oprawca, w sposób oczywisty nawiązujący do NKWD, swym wyglądem odnosi się do szeroko rozwiniętej teorii Szukalskiego, mówiącej o odwiecznej walce ludzkości z Yeti, pojawiających się w wielorakich formach w źródłach kultury różnych cywilizacji (będąc utożsamianymi z faunami czy trollami). Potomków ludzi i Yeti nazywa On Yetinsynami, którzy żyją wśród ludzi i pragną unicestwić cywilizację. Yetinsynem dla Szukalskiego jest m.in. Karol Marx – przekaz jest jednoznaczny. Znając te fakty Katyń, jak i cały zermatyzm stają się o wiele ciekawsze.

Na wystawie znajduje się mały fragment zatytułowany „Polska Druga” i jest on schowany w kącie, wiele osób nawet go nie zauważa, a i samo Muzeum nie przypomina o nim na swojej stronie. Dotyczy on Jego wizji państwa polskiego i nie rozumiem, dlaczego jest tak słabo wyeksponowany, bowiem jest to część słowiańskiej twórczości Szukalskiego, na pewno bardziej do niej należy niż niektóre dzieła od razu rzucające się w oczy na sali.

Co zadziwia i straszy

Wystawę chciano uatrakcyjnić nowinkami technologicznymi. Na wstępie widza wita z marszu straszący ożywiony przez sztuczną inteligencję Szukalski wyświetlony na ścianie, a później można pooglądać kilka odtworzonych projektów prac, które będąc hologramem obracają się w powietrzu, co nie pozwala na spokojne przyjrzenie się detalom. W tym przypadku lepszym posunięciem byłoby wykorzystanie możliwych do dotknięcia i tańszych wydruków trójwymiarowych.

Wartym wspomnienia jest fakt, iż scenografia ma być oparta na wizji Duchtyni – niezrealizowanego projektu na Wawelu autorstwa Szukalskiego. Szczerze powiedziawszy zapewne nikt by się tego nie domyślił, gdyby nie teksty na ekspozycji. Tak naprawdę do Duchtyni nawiązuje jedynie Światowied z dykty w centrum wystawy. Nie czuje się atmosfery mogącej panować w takowej; winna być ona bardziej tajemnicza z dozą niesamowitości. Miało to być najważniejsze miejsce w Polsce, wręcz centrum całego kraju, świątynia, w której winno się składać przysięgi i organizować ważne wydarzenia.

Czy Szukalski jest słowiański?

Pomijając wszystkie niuanse, do których można się przyczepić, cieszyć może fakt, że są ludzie, którzy podziwiają twórczość Stanisława Szukalskiego i pragną ją popularyzować, nie wchodząc w zniechęcającą narrację.

Miejmy nadzieję, że wystawa zmotywowała kogoś do zgłębienia Jego twórczości i życiorysu. W dzisiejszych czasach potrzebne jest propagowanie takich artystów, niewątpliwie dość mocno zapomnianych, bowiem sztuka to nie bezkształtne plamy na płótnie czy instalacje, które pomylić można z zaplątanymi kablami, lecz rozpoznawalne figury, które mają swoją symbolikę i niosą za sobą konkretny przekaz, a jej celem nie jest jedynie zszokować swoją prowokacyjną formą.

Czy Szukalski jest słowiański? Po wyjściu z ekspozycji można odnieść takie wrażenie, raczej ze względu na słowo pisane Leszka Gardeły okraszające wystawę, niźli eksponaty same w sobie. Sztuka Stacha z Warty zasługuje na lepszą ekspozycję; jest jak bestia, do której trzeba się zbliżyć, żeby ją lepiej zrozumieć. W Gnieźnie jest ona w klatce.

Jakub Jagodziński w recenzji wystawy pisał, że nie żałuje trzystukilometrowej wyprawy do pierwszej stolicy. Ja, przejechawszy trasę podobnej długości, raczej nie powiedziałbym tego samego. „Bogaty zbiór eksponatów” i „doskonale zaprezentowane” motywy słowiańskie (sic!), jak to napisał w swym peanie, raczej nie przełamią uczucia pewnego rozczarowania, może trochę przyćmionego sąsiednią, przyjemną wystawą – „Rekowiecze. Wczesne w replikach”.

Jeden z magazynów artystycznych napisał, że „Szukalski Słowiański” to mocna wystawa; żeby rzeczywiście tak było, musiałaby za motto wziąć słowa samego Polskiego Michała Anioła: Sztuka nie może być właściwa. Sztuka musi być wyolbrzymiona[2].


[1] Szukalski St., Behold!!! The Protong, San Fransisco 2019, s. 37.

[2] Walka: Życie i zaginiona twórczość Stanisława Szukalskiego (2018), reż. Ireneusz Dobrowolski.


Szymon Cwen

Comments are closed.