Krzysztof Drozdowski, Wampir z Osielska
Miał 38 lat, mieszkał w Bydgoszczy. Z zawodu był kowalem. Miał rodzinę (kochającą żonę i czwórkę dzieci), wielu przyjaciół. Wszyscy szanowali go za uczynność, niezwykłą pracowitość, oddanie. Jednak nikt nie mógł przypuszczać, że Stefan Rachubiński pod swym spokojem, skrywa krwiożercze instynkty, których ofiarą miały paść dwie prostytutki.
Swojska twarz mordercy
Krzysztof Drozdowski, znany mi głównie z publikacji opisujących II wojnę światową, tym razem pochylił się nad postacią mordercy z czasów PRL-u. było to dla mnie w jakimś stopniu nietypowe, i nie wiedziałem czego spodziewać się w środku…
Pierwszą ofiarą Rachubińskiego padła niejaka Zofia Ł., 25-letnia kobieta, która sprzedając swe wdzięki zarabiała na swoje utrzymanie. Była to osóbka świetnie znana i w okolicy, i wśród bydgoskich funkcjonariuszy milicji. Jednak 11 czerwca chwila uniesień miała stać się dla niej tragiczna. Jej ciało znaleziono z rozciętym gardłem, wyszarpaną klatką piersiową i poharatanym brzuchem.
Kilka dni później, morderca uderzył ponownie. Tym razem jego ofiarą padła 19-letnia Natalia G., która w czasie libacji i gwałtu, mimo odniesionych ran (rany cięte i kłute szyi i twarzy), zdołała przeżyć. W trakcie zdarzenia, agresor miał pokazać jej swój dowód osobisty. Kilka miesięcy później, przypadkowy spacerowicz odnajduje ciało Danuty K., świetnie znanej wszystkim prostytutki, i osoby o bardzo bogatej kartotece.
Motyw – najpewniej seksualny. Wszystkie ofiary zostały zaatakowane po 10-11 dniu miesiąca, co sugerowało, iż morderca atakował dopiero po swojej wypłacie. Swe ofiary upijał, gwałcił, następnie okaleczał i mordował. Jako narzędzia zbrodni używał niewielkiego scyzoryka.
W Bydgoszczy zapanowała istna psychoza. W wyniku działań lokalnej milicji, przesłuchano blisko 3000 potencjalnych świadków. Tak wielki wysiłek i praca, tylko gmatwały sprawę. Wcale nie pomagały również ewidentne błędy samych mundurowych, którzy podejmowali różne tropy, w ich mniemaniu atrakcyjniejsze i prostsze do rozwikłania. Popełniano błędy proceduralne, ale w końcu udało się dojść do sedna sprawy i odnaleźć sprawcę.
Jak się miało okazać, Rachubiński mordował, bo wtedy odczuwał przyjemność z zadawania bólu. W trakcie zeznań przyznał się, że miewał fantazje o właśnie takim potraktowaniu własnej żony, ale szkoda mu jej było ze względu na dzieci. Na jaw wyszło, że od dłuższego czasu korzystał z usług prostytutek. Wcześniej miał się również obnażać przed różnego rodzaju kobietami.
Jasnym stał się również brak linii papilarnych na ciałach ofiar, i przedmiotach, porozrzucanych wokół nich. Z racji swego zawodu, morderca miał silnie zrogowaciały naskórek palców i dłoni… Ostatecznie, Stefan Rachubińskiego osądzono. Wyrok – kara śmierci, którą wykonano 30 czerwca 1969 roku.
Siła źródeł
Książkę czyta się zajmująco, choć Autor zanadto dał głos świadkom opisywanych przez siebie chwil. W jakimś stopniu rozumiem ten zabieg, ale w ten sposób dał się zagłuszyć, w zasadzie – w moim odczuciu – w ogóle go tutaj nie było. Z jednej strony to fajny zabieg – bowiem dzięki szczegółowej selekcji materiałów, oraz podaniu ich w pigułce, czytelnik zyskał możliwość nie tylko samodzielnego zapoznania się z ówczesnymi technikami policyjnymi, ale i ma się wrażenie, jakby siedziało się naprzeciw przesłuchiwanych osób. Pytania, zadawane przez funkcjonariuszy, nawet jeśli z naszej perspektywy wydają się głupie lub nieprawidłowe, dla ówczesnych służb porządkowych były częścią procedury mającej na celu ustalenie personaliów sadysty, grasującego po lasach Bydgoszczy.
Zresztą w środku znajdziemy mnóstwo zdjęć – mapy, fotografie dokumentów, fragmenty tego, w jakim stanie były znajdywane ciała kolejnych ofiar. Zdecydowana część publikacji to również fragmenty źródeł – przesłuchań, zeznań, raportów, wniosków i domysłów. Dzięki temu, cała historia nabiera swoistego kolorytu minionych czasów. O dziwo – nie ma tutaj tak wiele PRL-owskiej nowomowy, tak jak sądziłem, nim zabrałem się do czytania.
Niemniej cenię sobie bardzo, iż udało mu się tak świetnie uchwycić sposób działania funkcjonariuszy milicji w latach 60. ubiegłego wieku. Należy sobie bowiem zdać sprawę, iż funkcjonariusze nie mieli do dyspozycji ani nowoczesnych, znanych nam z seriali kryminalnych urządzeń czy testów DNA. Wszystko, co robili, musiało polegać na powolnej ludzkiej dedukcji. Nic więc dziwnego, że stróże prawa, w obliczu istnej paniki i nacisków władz, czuli się pod presją, co tylko przyczyniało się do kolejnych potknięć. Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. W końcu udało się wszystko poskładać w całość i ująć agresora.
Drozdowski, nieodmiennie, nawet nie swoimi słowami, buduje atmosferę napięcia i ciekawości. Wszystko jest dobrze dopracowane – nie ma tutaj żadnej zbędnej informacji, choć nie będę ukrywał, wolałbym nieco więcej samego Autora. Niemniej nie da się ukryć, że książka napisana jest rzetelnie, bez uciekania się do taniej sensacji. Nawet antagonista traktowany jest z szacunkiem, należnym każdemu człowiekowi, niezależnie od jego czynów. Nie ma tutaj zbędnego moralizatorstwa, narzekania na działanie służb, czy na ludzką nonszalancję i szukanie taniej sensacji. Dlatego polecam.
Podsumowanie
Książka liczy sobie 336 stron okraszonych zdjęciami z „miejsc akcji”, czasem brutalnych. Choć bardzo lubię publikacje Drozdowskiego, w tej czegoś mi zabrakło. Nudzić się nie nudziłem, ale tak jakoś nie czuję czytelniczej satysfakcji. Mimo to, polecam. Warto poznać kolejnego seryjnego mordercę z PRL-u, który jednak bywał bardziej czerwony, niż szary. O co chodzi – musicie sprawdzić sami.
Wydawnictwo Skarpa Warszawska
Ryszard Hałas