Wojna i pokój chłopca z Kresów okładka

Wojna i pokój chłopca z Kresów |Recenzja

Ryszard Grasiewicz, Wojna i pokój chłopca z Kresów. Wspomnienia

Książka Wojna i pokój chłopca z Kresów Ryszarda Grasiewicza, skądinąd mnie nie znanego do tej pory, mocno trzyma w napięciu. Jestem pod ogromnym wrażeniem tego wszystkiego, co Autor książki przeżył. Publikację tę czyta się z zapartym tchem, zwłaszcza, gdy człowiek z pełną powagą uświadomi sobie, jak niewiele brakowało, aby ten człowiek stracił życie. Dosłownie – co rusz życie bliskich i jego samego wisiało na najcieńszym z włosków. Nie dziwię się, że moja babcia tak mało opowiadała o II wojnie światowej. Sama musiała przeżyć wiele tak niezwykłych, emocjonujących, pełnych grozy chwil.

Opisy bezustannych walk, ciągłego zagrożenia życia – najpierw ze strony Rosjan, a później Niemców, jeszcze dalej – znowu Rosjan – wręcz poraża. Dawno nie czytałem tak mocno trzymającej w napięciu lektury. Autor pisze w taki sposób, że momentami zapominałem, iż to są jego wspomnienia. Zwyczajnie utożsamiłem się z tym chłopakiem i miałem wrażenie, jakbym to ja sam to wszystko przeżywał.

Książkę czyta się szybko. Wspomnienia są pełne emocji, choć Autor starał się zachować pewną powściągliwość, jakby bał się „urazić” czytelnika. Zawsze mnie zastanawia fakt, dlaczego ludzie, którzy doświadczyli niewyobrażalnego okrucieństwa, mają w sobie tyle pokory. Dlaczego nie żywią nienawiści, której mogliby dać upust spisując swoje przeżycia. Wszyscy oni, choć nadal w ich sercu tli się ból i rozpacz, zdają się być pogodzeni z losem. Zdają się rozumieć i w jakimś stopniu – wybaczać. Nie wiem czy sam potrafiłbym coś podobnego.

Książka jest niezwykła pod wieloma względami. Po pierwsze – Autor, będąc nastolatkiem, opisuje dwa przeciwstawne sobie systemy totalitarne, które jednak są ze sobą mocno powiązane. Oba kierują się łamaniem wszelkiego człowieczeństwa wśród tych, którzy stali się ofiarami ich systemów. Jednak całe to zdziczenie okupantów nie znaczy, że wśród nich są tylko źli ludzie. Autor co rusz opowiada nam o Rosjanach czy Niemcach, których uratował lub którzy uratowali jego życie.

Przykład – „Zobaczyłem świeży grób [siostry – przypis mój] na górze, na końcu cmentarza. Upadłem na usypaną mogiłę, darłem ziemię, płakałem i wyłem z rozpaczy. Co chwilę niemieckie pojazdy jechały szosą, a piechota szła przez cmentarz. […] Niemcy myśleli, że to leży trup, więc wzięli za nogi i odsunęli mnie ze ścieżki. Ale, gdy usłyszeli moje jęki, jeden z żołnierzy pochylił się nade mną, powiedział: „Mutter kaputt – i położył mu czekoladę.

Ja podniosłem czekoladę i rzuciłem w idących Niemców. Trafiłem nią w tego, który prowadził kompanię. Wojskowy spojrzał w moją stronę, wyjął pistolet i szedł do mnie. Po drodze napotkał tego, który dal mi tę czekoladę. Ten zatrzymał go, coś mu tam gadał, i zawrócił i razem weszli do szeregu. Nie wiem, dlaczego mnie nie zastrzelił, mnie już było wszystko jedno. Żal miałem do Boga za to, że tyle nieszczęść zsyła na moją rodzinę” (s. 72-73).

Po drugie – w opozycji do tego, co napisałem wcześniej, Autor przedstawia obraz własnych krewnych, którzy w obliczu wojny ukazują swe mroczne oblicze. Wiele z obrazów kreślonych przez Autora opowiada nam o obojętności, czasem wręcz wrogości, własnych krewnych, którzy myśląc o własnym przetrwaniu, starali się pozbyć niechcianego obciążenia w postaci dzieci. W czasie wojny więzy krwi zdawały się być niebezpiecznym obciążeniem i tak trudnego już świata.

Po trzecie – Ryszard Grasiewicz świetnie kreśli mankamenty życia Polaków na Kresach. W okolicach Słonima mieszkali przecież Polacy, Białorusini czy Żydzi. Polacy stanowili spokojną – wedle Autora – mniejszość. Białorusini liczą, że pod bokiem Rosjan uda im się wybić na niepodległość. Żydzi zaś, starają się wyrównać zadawnione waśnie z Polakami, popierając Rosjan, za co przyjdzie im drogo zapłacić. Autor w bardzo trafny sposób kreśli upadek marzeń wszystkich tych nacji, ich trudne przejścia wojenne i traumy.

Po czwarte – opowieści o tym, jak Autorowi co rusz udaje się wyjść z opresji w całości – wręcz wbijają w fotel. Aż trudno uwierzyć, że tyle razy udało mu się wyrwać z objęć Śmierci. A trzeba zauważyć, że nastolatek wyłaniający się ze wspomnień zamieszczonych w publikacji, wcale Jej tego zadania nie upraszczał. Wręcz przeciwnie – zdawał się dążyć do całkowitego zatracenia.

Pozwolę sobie przytoczyć kolejny fragment: „Musieliśmy się spieszyć. Dojechaliśmy do łąk. Przed nami ciągnął się rów z wodą. Dalej nie można jechać! Robiło się ciemno. Wszyscy w popłochu biegli do rowu i w nim szukali schronienia.

Rozprzęgliśmy konie i zwróciliśmy uwagę na świecące kule. Śledziłem ich drogi. Gdy któraś leciała na mnie, to robiłem unik lub się schylałem. Kule świecące zachowywały się inaczej. Podczas lotu wydawały inny ton. […] Świecące leciały wolno, spadały na łąkę i gasły. Zaczęliśmy łapać je w czapki. Ta zabawa o mało nie skończyła się tragicznie dla sąsiada Mietka. Podczas wyłapywania świecących, trafił go zwykły pocisk wystrzelony z broni palnej. Miał szczęście, że dostał tylko w rękę. Na tym skończyła się ta zabawa” (s. 57)

Po piąte – to zdjęcie Autora ze strony 98 jest dojmująco niezwykłe. Z tego fragmentu zdjęcia wyłania się twarz człowieka, który przeżył nieopisane. Z oczu bije ogromna mądrość, ale i zadziorność, chęć życia. Gdzieś tam czai się jednak ogromny smutek, ból, który trawi najgłębsze zakamarki duszy chłopaka. To jedno zdjęcie zrobiło na mnie ogromne wrażenie.

Po szóste – Autor umieścił w swych wspomnieniach wiele „anegdot” mówiących o przeżyciach innych, tych których przyszło mu spotkać. Mnie najbardziej ujęła historia pewnego marynarza, Ukraińca lub Rosjanina, który przez swój nałóg alkoholowy, dopuścił się morderstwa swej ukochanej. A to wszystko przez zbieg nieszczęśliwych okoliczności. Marynarz sam postanawia się ukarać…

Historia jest wprawdzie krótka, ale na tyle plastyczna, że pozostanie już ze mną do końca życia. I coś czuję, że wyniosę z niej ważną naukę.

Koniec zawsze jest początkiem…

Dla kogo jest ta publikacja? Myślę, że dla wszystkich. To książka nie tylko ku przestrodze, ale i o nadziei. Bo zawsze, nawet w najtrudniejszych momentach czy zakrętach historii, jest coś, co trzyma nas przy życiu. Co czyni nas ludźmi, nawet w obliczu całkowitego zdziczenia świata. To lektura nie tylko o wojnie, ale i pokorze, oddaniu i nieoczekiwanych przyjaźniach. Choć Autor pisze prosto, czasem bardzo krótko i dosadnie, w książce czuć coś naprawdę głębokiego, mądrego. I to jest coś, co warto dotknąć, poczuć, spróbować zrozumieć. Może wtedy nasz świat zmierzający w złym kierunku, zmieni swój bieg?

W publikacji znajdziecie mnóstwo zdjęć, wprawdzie czarnobiałych, ale i tak ciekawych. Część pochodzi z własnych zbiorów Ryszarda Grasiewicza, część ze zbiorów publicznych. Warto na nie rzucić okiem.

Gorąco polecam.


Wydawnictwo Avalon
Ocena recenzenta: 6/6
Ryszard Hałas


Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Avalon. Tekst jest subiektywną oceną autora, redakcja nie identyfikuje się z opiniami w nim zawartymi.

Comments are closed.