Niektóre tajemnice ludzkości są tak dobrze ukryte, że milczą od tysiącleci. W kamiennych znakach, glinianych tabliczkach i splątanych sznurkach kryją się zaginione języki ludzkości — systemy znaków, których nikt nie potrafi odczytać. Ich twórcy odeszli, a wraz z nimi zniknęło wszystko, co chcieli nam przekazać. Pozostały tylko ślady — uparte, nieme i prowokująco niejasne.
Dynamiczny rozwój sztucznej inteligencji rozpalił wśród badaczy nadzieję na odczytanie starożytnych pism, których znaczenie od wieków pozostaje przedmiotem domysłów. Choć w ostatnich dekadach technologia wykonała ogromny postęp, historia wciąż skrywa przed nami ogrom sekretów. Ich odszyfrowanie mogłoby przyczynić się do lepszego poznania tajemnic antycznych cywilizacji.
Zaledwie dwa lata temu świat nauki obiegły sensacyjne doniesienia. W styczniu 2023 roku badacze z Instytutu Qumran przy uniwersytecie w holenderskim Groningen poinformowali, że wykorzystali narzędzia oparte na sztucznej inteligencji do analizy jednego z rękopisów odnajdywanych na przełomie lat 40. oraz 50. XX wieku w wapiennych grotach na Zachodnim Brzegu Jordanu.
Eksperyment przeprowadzony na manuskrypcie sprzed dwóch tysięcy lat, zawierającym opis biblijnych wydarzeń, przyniósł zaskakujący wniosek. Specjalnie przygotowane algorytmy wykazały, że w proces powstawania zwoju mógł być zaangażowany cały zespół skrybów, o czym świadczyć mają wyraźne różnice w stylu pisma zauważone pomiędzy kolumnami tekstu.
To tylko jeden z przykładów sytuacji, kiedy nowoczesne technologie rewolucjonizują starania historyków, odgrywając coraz większą rolę w analizie sekretów sprzed wieków oraz przyczyniając się do zadziwiających odkryć. Mimo to, wiele starożytnych pism wciąż pozostaje nieodczytanych, czekając na przełom, który pozwoliłby w końcu poznać ich znaczenie. Jakie tajemnice kryją się w znakach, których nikt nie potrafi zrozumieć? I dlaczego niektóre z nich wciąż opierają się wszelkim próbom rozszyfrowania?
Zaginione języki ludzkości i indyjscy milionerzy
Na początku bieżącego roku w przestrzeni medialnej pojawiła się informacja, która zelektryzowała nie tylko historyków czy językoznawców, ale również informatyków i wszelkich specjalistów od rozwiązywania zagadek. Minister indyjskiego stanu Tamilnadu zapowiedział nagrodę w wysokości miliona dolarów dla śmiałka, który poprawnie rozszyfruje pismo używane przez cywilizacje Indusu. Przyznajcie, brzmi świetnie, lecz hojność polityka wydaje się zmotywowana nie tylko aspektami naukowymi…
Przedstawiciele kultury harrapańskiej, która najwydatniej rozwinęła się w okresie drugiego i trzeciego tysiąclecia przed naszą erą, swoimi osiągnięciami przewyższali większość ówczesnych cywilizacji, na co wskazują między innymi wykopaliska archeologiczne w osadzie Mohendżo Daro. Starożytne miasto wyróżniało się przede wszystkim rozbudowaną siecią kanalizacyjną, dzięki czemu jego mieszkańcy mieli dostęp do prywatnych toalet. Dodatkowo w ruinach odnaleziono gliniane tabliczki z nieczytelnymi znakami, których w etapie dalszych badań wyodrębniono około sześciuset.
Gdyby powiodło się odkodowanie tajemniczych symboli, określanych mianem najważniejszego systemu pisma, którego do dziś nie udało się rozszyfrować, naukowcy zyskaliby dostęp do kluczowych informacji o organizacji państwa, a także nawykach handlowych oraz rytuałach religijnych jego mieszkańców. Gdzie w tym wszystkim miejsce na oddziaływanie polityki?
Od lat władze Pakistanu oraz Indii toczą zaciekły spór, którego przedmiotem jest możliwość przypisania sobie osiągnięć tej azjatyckiej cywilizacji, która zamieszkiwała tereny na współczesnym pograniczu obu państw. Poznanie skrzętnie skrywanych tajemnic pisma umożliwiłoby jednej ze stron postawienie „kropki nad i” w długoletnim konflikcie o dziedzictwo starożytnego ludu z doliny Indusu. W tym przypadku nauka może okazać się nie tyle bezstronnym arbitrem w walce o poznanie prawdy, lecz kartą przetargową w grze o narodową dumę.
Protoplaści wielkiego Rzymu
Osiągnięcia rzymskiej cywilizacji od wieków stanowią trzon wielu europejskich społeczeństw. Obecnie coraz więcej dowodów wskazuje na to, że rozwój Rzymu mógłby być niemożliwy, gdyby nie tajemniczy lud zamieszkujący tereny północnej Italii. Etruskowie – bo to o nich mowa – najprawdopodobniej wywarli wielki wpływ na swych ekspansyjnych sąsiadów, którzy zgodnie z hipotezami historyków zapożyczyli od nich mity, rytuały religijne, organizację państwa oraz sukcesy inżynieryjne.
Mimo znaczących zasług, o Etruskach wciąż wiadomo niewiele – nieznane jest ich pochodzenie, obrzędy i mowa. Choć lingwiści w większości odszyfrowali sam alfabet, język pozostaje obszarem licznych przypuszczeń. Na nic zdają się znajomości dotyczące opartych na grece liter, reguł fonetycznych oraz gramatycznych, gdy znaczenie słów pozostaje niemożliwe do odczytania. Wyjątkiem pozostają pojedyncze zwroty, wywodzące się z rozbudowanej ceremonii pogrzebowej i określenia dotyczące powiązań rodzinnych.
Badań nie ułatwia brak pokrewieństwa etruskiego z żadnym innym językiem z rodziny indoeuropejskiej. Podobieństwa zauważono jedynie w porównaniu z retyckim (wymarłym w III w. n.e.) oraz lemnijskim, używanym niegdyś na greckiej wyspie Lemnos, który sam w sobie pozostaje zagadką. Pewne zbieżności pozwoliły wysnuć teorię, głoszącą, że etruski i lemnijski wywodzą się z dialektu pratyrreńskiego. W tym miejscu pojawiają się jednak kolejne pytania, na które nie sposób jednoznacznie odpowiedzieć. Jakie relacje łączyły oba języki? A może lemnijski stanowił archaiczną wersją etruskiego?
Choć dziś wydaje się, że tajemnica języka Etrusków może nigdy nie zostać rozwikłana, w latach 60. ubiegłego wieku pojawiła się szansa na zrozumienie mowy rzymskich protoplastów. Odnalezione w okolicach Pyrgi i Cerveteri trzy złote tabliczki pokryte alfabetem etruskim oraz fenicko-punickim nie przyniosły jednak oczekiwanego przełomu. Niewielki materiał badawczy – zdecydowana większość ówczesnych tekstów nie przetrwała upływu czasu – sprawia, że współcześni uczeni mogą opierać się wyłącznie na krótkich, mało zróżnicowanych źródłach, co nie ułatwia postępów w odszyfrowywaniu.
Klucz do wyspiarskich sekretów
Od niemal dwóch stuleci przeznaczenie posągów moai na Wyspie Wielkanocnej spędza sen z powiek archeologom. W jakim celu na tym niewielkim skrawku lądu na Oceanie Spokojnym postawiono rzeźby, które swoją wagą sięgają nawet osiemnastu ton? Badacze do tej pory musieli zadowalać się domysłami, jednak w ostatnich latach za sprawą polskiego naukowca ukazało się światełko w tunelu.
– Być może na drewnianych tabliczkach ze znakami rongorongo jest zapisana informacja o posągach moai – ocenia dr Rafał Wieczorek z Uniwersytetu Warszawskiego, który ściśle pracuje nad poznaniem tego tajemniczego pisma hieroglificznego, choć jego analiza nie należy do łatwych zadań. – Do dziś zachowały się jedynie dwadzieścia dwa obiekty drewniane pokryte znakami rongorongo. Żaden z nich nie pochodzi z wykopalisk archeologicznych i wszystkie od ponad stu lat należą do różnych muzeów, które niechętnie wyrażają zgodę na badanie ich zbiorów metodami mikroniszczącymi.
Przeprowadzone przez naukowca radiodatowanie jednej z tabliczek wskazało okres jej powstania na początek XIX wieku. Otrzymany wynik znacząco zawęża możliwe ramy czasowe, ułatwiając kolejne badania, a także w pewnym stopniu przybliża nas do odczytania pisma używanego przez ówczesnych mieszkańców wyspy. Do pełnego sukcesu wciąż jednak daleka droga. Gdzie leżą główne trudności?
Największą z przeszkód wydaje się niewielka liczba zachowanych artefaktów oraz fatalny stan wielu z nich. Duża część tabliczek znacząco ucierpiała na skutek długiego przebywania w podmokłej ziemi – drewniany materiał mocno odczuł wpływ wilgoci oraz działalność larw. Kolejnym problemem pozostaje niemożność ocenienia, czy alfabet powstał za sprawą kontaktu z kolonizatorami, czy może był wykorzystywany już wcześniej.
Według źródeł, już w XVIII wieku żaden z mieszkańców Rapa Nui nie dość, że nie posługiwał się pismem, które przed laty najprawdopodobniej zarezerwowane było dla intelektualnej elity wyspy, to ponadto nie potrafił go odczytać. Tym bardziej intrygujące są wyniki badań przeprowadzonych w Bolonii na materiale pozyskanym z czterech tabliczek, który wskazuje, że powstały one około 200 lat przed przybyciem Europejczyków. Czy to możliwe, że wiedza o rongorongo zaginęła jeszcze zanim ktokolwiek zdążył ją utrwalić?
Fałszerstwo idealne?
Był rok 1908, kiedy w ruinach minojskiego pałacu w Fajstos włoski archeolog Luigi Pernier dokonał sensacyjnego odkrycia, znajdując ceramiczny dysk pokryty ciągiem tajemniczych znaków. Badacze błyskawicznie rozpoczęli próby odszyfrowania pisma, które miało pomóc w odtworzeniu historii jednej z najstarszych cywilizacji europejskich. Nikt nie przypuszczał, że wszelkie próby spełzną na niczym.
Znaczenie umieszczonych na dysku symboli, których łącznie jest aż 241, nie zostało do tej pory odczytane, pomimo licznych prób na przestrzeni ponad stu lat. Choć według jednej z koncepcji, przedmiot mógł służyć jako kalendarz astronomiczny, żadne podobne przypuszczenia nie zostały potwierdzone odpowiednią liczbą dowodów. Same ideogramy natomiast mają należeć do również nieodszyfrowanego pisma linearnego A, lecz podobieństwo pomiędzy znakami, a prawdopodobnym przodkiem starożytnej greki jest podważane przez wielu historyków.
W 2008 roku dr Jerome Martin Eisenberg, amerykański historyk sztuki, przekazał w mediach informację, jakoby dysk z Fajstos miał być starannie wykonanym przez samego znalazcę fałszerstwem. Kluczowym dowodem miałby być fakt, że umieszczone znaki nie przypominają jakiekolwiek innego pisma minojskiego. Zdaniem Eisenberga kolejnymi błędami, przemawiającymi na niekorzyść Perniera, pozostają wykonanie dysku ze zbyt dużą starannością (czysto wycięte krawędzie, niezwykle poprawne wypalenie), a także stemplowanie symboli zamiast ich wyrycia.
Choć teoria dotycząca oszustwa, które miało zapewnić Włochowi nieśmiertelną sławę wybitnego archeologa, znalazła wielu zwolenników, jest ona niczym innym niż kolejną niepotwierdzoną próbą wytłumaczenia losów dysku. Wszelkie wątpliwości mogłoby wyjaśnić datowanie radiowęglowe, lecz do tej pory greckie władze regularnie odmawiają zgody na zbadanie artefaktu, argumentując decyzję zbyt dużym ryzykiem jego zniszczenia. Czyżby górę brał lęk przed ujawnieniem jednej z największych mistyfikacji w historii archeologii? Nie powinno jednak dziwić, że nikt nie chce wziąć na siebie odpowiedzialności, gdyby hipoteza Eisenberga nie znalazłaby odzwierciedlenia w rzeczywistości.
Prekolumbijskie pismo 3D
Z pozoru mogłoby się wydawać, że wełniane sznurki o różnych kolorach i sposobach wiązania są zbyt skomplikowanym sposobem przekazywania informacji. Zwłaszcza, gdy liczba ich kombinacji miałaby wynosić ponad półtora tysiąca. Kipu, którym posługiwali się zamieszkujący tereny Ameryki Południowej Inkowie, było jednak na tyle skuteczne, że umożliwiało trzymanie w ryzach kilkunastomilionowego państwa z prężnie funkcjonującą administracją.
Wykopaliska przeprowadzone w Dolinie Supe, gdzie rozwijała się prekolumbijska kultura Caral, wskazują, że kipu powstało najprawdopodobniej około 5 tysięcy lat temu, co sprawiałoby, że należy do jednych z pierwszych znanych systemów pisma w historii naszej planety. Jego zrozumienie jest jednak współcześnie niemalże niemożliwe.
Wszelkie badania nad odszyfrowaniem kipu, opierające się na metodzie prób i błędów, przypominają szukanie igły w stogu siana. Powód? Bardzo prozaiczny – zdecydowana większość artefaktów została spalona przez konkwistadorów w etapie podboju, a plemiona inkaskie, które na co dzień ich używały, przetrzebione niemal do zera poprzez morderstwa, choroby oraz wyzysk. Tym samym bezpowrotnie zaprzepaszczono szansę na kontynuację tradycji pisma węzełkowego, uznanego przez hiszpańskich księży za przykład pogańskich praktyk. Jednocześnie stracono ogromny materiał porównawczy, który mógłby zostać wykorzystany w celu odczytania informacji zawartych na sznurkach wykonanych z włosia alpak oraz lam.
Obecnie wśród historyków istnieją trzy główne teorie, próbujące opisać przeznaczenie kipu. Każda z nich traktuje inkaskie pismo całkowicie inaczej, przypisując mu odmienne role. Pierwsza hipoteza rozpatruje je wyłącznie jako pomoc statystyczną przy zarządzaniu zasobami imperium. Wedle drugiej kombinacja kolorów oraz węzłów służyła do utrwalania danych liczbowych.
Trzecia – najbardziej popularna – koncepcja zakłada, że kipu należy rozpatrywać w kategorii pełnoprawnego systemu pisma niealfabetycznego. Nikt nie potrafi jednak odpowiedzieć na nagromadzone pytania oraz ocenić, jakie było rzeczywiste znaczenie tego nietypowego sposobu zapisywania informacji, które zamarło wraz z zagładą państwa Inków.
Fot. Widok na Wielką Łaźnię w Mohendżo-Daro, licecnaja: CC-SA