Zbyt wiele i nigdy dość. Jak moja rodzina stworzyła najniebezpieczniejszego człowieka na świecie

Zbyt wiele i nigdy dość |Recenzja

Mary L. Trump, Zbyt wiele i nigdy dość. Jak moja rodzina stworzyła najniebezpieczniejszego człowieka na świecie

Donald Trump jaki jest każdy widzi. Egocentryk, kłamca, manipulator, który zawsze chce być w centrum wydarzeń. Nie lubię takich ludzi, i nie rozumiem, dlaczego tak wielu ludzi z sercem „po prawej stronie” tak łatwo ulega wpływom podobnych mu osobowości. Czy ludzie lubią być oszukiwani głupimi, lecz chwytliwymi sloganami, których realizacja pozostawia wiele do życzenia?

Tak, czy siak, obecny prezydent Stanów Zjednoczonych, ze swymi wadami, i zaletami (choć ja żadnej nie znajduję) rządzi nadal najpotężniejszym państwem świata, mając wpływ na cały świat. Dlatego to, co czyni Trump odbija się echem wszędzie, nawet jeśli nie mamy o tym pojęcia.

Co ukształtowało Donalda Trumpa?

Ale pomijając moje uprzedzenia, jaki jest Donald Trump? Co go ukształtowało? W jaki sposób postrzega świat? Na te i inne tematy odpowiedzi szuka jego bliska krewna, znana psycholożka Mary L. Trump. Obraz jaki wyłania się z książki nie jest zachwycający. Mnie osobiście przeraził. Nawet jeśli czuć wyraźną antypatię wobec prezydenta USA, i ciężko uwierzyć, że obraz jest obiektywny, to sylwetka tego człowieka nadal straszy.

Co ciekawe, bratanica prezydenta w niewielkim stopniu porusza kwestie jego decyzji politycznych. Książka za to kreśli losy rodu Trumpów, ze szczególnym namaszczeniem na Freda, głowę rodziny, który nie tylko stworzył rodzinne imperium, ale i stał się wyrocznią, która decydowała o wszystkim, co się działo.

Fred Trump stworzył, ukształtował i wykreował rzekomy sukces Donalda. Promował go kosztem innych dzieci, nawet jeśli jego działalność ciążyła rodzinie coraz większymi stratami – finansowymi, moralnymi… Fred Trump dokładał do kolejnych upadających interesów syna, wzmacniając w nim poczucie braku konsekwencji za swe czyny. Ale oddajmy głos samej Autorce:

„Donald mógł w tej sytuacji wyciągnąć tylko jedną naukę. Jeszcze bardziej umacniał się w dotychczasowych przekonaniach: bez względu na to, co się wydarzy, bez względu na to, ile pozostawi za sobą zniszczeń, jemu nic się nie stanie. Świadomość, że nawet jeśli zawiedziesz, ktoś tak czy inaczej wyciągnie cię z kłopotów, odbiera znaczenie wypadkom, które prowadzą do katastrofy. Ogłoś wszem wobec, że porażka jest w istocie wielkim zwycięstwem, a bezwstydna hupca sprawi, że ludzie w to uwierzą.

Takie podejście sprawiło, że Donald nigdy się nie zmienił. Nawet gdyby był do takiej zmiany zdolny, po prostu nie musiał tego robić. To też pozwalało mu popełniać kolejne błędy i prowokować kolejne katastrofy o coraz poważniejszych konsekwencjach, które w końcu dotknęły nas wszystkich” (s. 199).

Wątpliwe sukcesy

Donald Trump, nim zajął się polityką, był deweloperem, biznesmenem, którego poczynania, wbrew powszechnej opinii wcale nie kończyły się sukcesami. Sam żyjąc ponad stan, istniał tylko dzięki pomocy rodziny (zwłaszcza ojca Freda) i banków, które w wypadku zachwiania się sławy Donalda, mogły obawiać się dramatycznych bankructw. Unikając tego stanu, wbrew logice, banki dotowały prywatne wydatki naszego „bohatera”, pozwalając mu nadal prowadzić wystawne życie, pełne plastikowego blasku, ułudy, otwartych i bezczelnych kłamstw.

Wszystkiemu temu towarzyszył mit człowieka, którego sukcesy równe są jego seksualnemu popędowi (Trump często bywał bohaterem skandali obyczajowych) sukcesom na polu golfowym, oraz swoista nieomylność i boskie namaszczenie (równie wątpliwe, jak to, że zostanę papieżem). A im więcej się o nim mówiło w mediach, tym większą estymą się cieszył. Tym trudniej było inwestorom pozwolić, aby poniósł konsekwencje swej głupoty i życia ponad stan.

Wszystko to pozwalało Donaldowi obrastać w przekonanie, że jest nietykalny, że jest wybrańcem losu (Boga?), któremu wszystko się należy. Być może z tego też powodu, spróbował okraść swoją rodzinę. Ale o szczegółach tej sprawy musicie poczytać sami. Tak, czy inaczej, Trumpowi udało się przekonać innych, że ma jakąś dziejową misję, że stał się wybrańcem losu. Sprytnymi konfabulacjami zdobył niemal że wszystko.

Strona merytoryczna książki

Przyznam, że pod wieloma względami można uznać, że Autorka pierze rodzinne brudy. Ale to nie do końca prawda. Choć nie da się ukryć, że głównym celem było utrudnienie wujkowi zdobycia fotela prezydenckiego (co się nie udało), jest to bez wątpienia również próba ukazania, jak funkcjonuje rodzina Trumpów. I śmiem twierdzić, że w podobny sposób żyją inne rodziny amerykańskich potentatów. Przy okazji pisania tej książki, Mary L. Trump musiała oczyścić się z rodzinnych traum, które zaistniały przy współudziale Freda i Donalda Trumpów.

Cała ta wiwisekcja własnej rodziny przeraża. I to z kilku powodów. Po pierwsze – „założyciel” był osobą bezwzględną, dla której liczyła się tylko kasa. Wszystko inne było jej podporządkowane – rodzina, wykształcenie, stanowiska, kariery, uczucia… W zamian oferowano tylko lekceważenie i poczucie osamotnienia.

Po drugie – taka bezduszność seniora skrzywdziła wszystkich jego potomków, którzy w ten, czy inny sposób, nie wpisywali się w scenariusz głównego reżysera rodziny.

Po trzecie – przeżyte traumy ukształtowały charakter przyszłego prezydenta USA, Donalda Trumpa, który po ojcu odziedziczył rozmach, bezwzględność, wiarę w siebie, nawet jeśli wszystko dookoła zdawało się sugerować coś zupełnie innego. Z tych powodów Donald Trump obrósł w mit człowieka sukcesu, który wcale nie ma racji bytu. Im większe porażki ponosił, tym bardziej go hołubiono, wzmacniając jego pychę, poczucie bycia wszechwiedzącym i zwyczajnie – pępkiem świata. A z konsekwencjami takiego „wychowania” borykać muszą się nie tylko sami Amerykanie, ale i cała reszta świata.

„Jego administracja i partia zostały podporządkowane polityce pretensji i roszczeń. Co gorsza, Donald, który nie ma pojęcia o historii, zasadach konstytucyjnych, geopolityce czy dyplomacji (ani tak naprawdę o niczym innym) i nigdy nie musiał się wykazywać wiedzą na takie tematy, ocenia wszystkie sojusze naszego kraju i wszystkie nasze programy społeczne wyłącznie przez pryzmat pieniędzy, jak nauczył go ojciec. Koszty i zyski związane z rządzeniem analizuje się wyłącznie w kategoriach finansowych, jakby Departament Skarbu USA był jego prywatną świnką skarbonką. W jego postrzeganiu świata każdy wydany dolar to osobista strata, a każdy oszczędzony – to osobisty zysk” (s. 34)

Podsumowanie

Książka Mary L. Trump, wbrew temu, co sugeruje jej początek, to pogłębiona analiza procesów, na których wykuwał się charakter Donalda Trumpa. Jednocześnie to rozprawa z rodzinnymi legendami czy bardziej fałszerstwami, tragediami, o których większość ludzi nie ma świadomości. To również opis stanu amerykańskiej śmietanki towarzyszko-finansowej – bezwzględnej, megalomańskiej, skorumpowanej i żyjącej w oderwaniu od reszty świata.

Publikacja jest powalająca, momentami przygnębiająca i stanowi trudną diagnozę dla świata, który przechodzi w dłonie ludzi podobnie skrojonych do bohatera książki. Gorąco polecam.


Wydawnictwo Agora
Ocena recenzenta 6/6
Ryszard Hałas


Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Agora. Tekst jest subiektywną oceną autora, redakcja nie identyfikuje się z opiniami w nim zawartymi.

Comments are closed.