Ostatnie wydarzenia z kalendarium historycznego

Zamek w Będzinie na nowo odkrywany – część I

Zamek w Będzinie na nowo odkrywany – część I

Biblia każdego miłośnika Będzina, blisko 900-stronicowa cegła Włodzimierza Błaszczyka, tylko na pierwszy rzut oka robi niezwykłe wrażenie. Zwłaszcza ostatnio nowe badania archeologiczne na Górze Zamkowej podważają wiele twierdzeń szacownego autora.

Czytaj część II

Zamek w Będzinie

Zamek w Będzinie

Jeśli doliczymy do tego masę błędów, pomyłek i niekonsekwencji (znajdzie je każdy, kto tę księgę zacznie dokładniej analizować) to nie pozostanie nam nic innego, jak odłożyć ją na półkę i sięgnąć po niedawno wydaną trzytomową Monografię Będzina. Słowa o tacie byłego prezydenta miasta tam nie znajdziemy, podobnie zresztą jak dokładnego opisu zamku, jego architektury i historii odbudowy. Poniższy tekst jest zasadniczo tylko „szkicem do portretu” będzińskiego zamku, przyczynkiem dla miłośników lokalnej historii. (Jest to zasadniczo druga redakcja tekstu – pierwsza opublikowana była na stronie Stowarzyszenia Ochrony Dziedzictwa kulturowego i Przyrodniczego „Moje Miasto” w Będzinie. Stowarzyszenie zdaje się umierać, a więc i jego strona internetowa w każdej chwili może wygasnąć. Temat więc niniejszym nieco odświeżam i niech to będzie na jakiś czas kanoniczna wersja tekstu.)

Książka Błaszczyka ma jeszcze jedną wadę, o której mówi się raczej cichaczem. Otóż Błaszczyk pojawił się w Będzinie już w trakcie zaawansowanych prac na zamku (jeszcze jako student!) i to, co później napisał, właściwie dotyczy tylko jego dorobku badawczego. Swoich poprzedników – czasami wielkie nazwiska – zbywał milczeniem. A że jest o czym pisać, za chwilę się przekonamy.

Pierwsze poważne prace na terenie zamku w Będzinie rozpoczęto w latach 1927-28. W czasie prezydentury Artura Michaela, ówczesny Zarząd Miejski zarządził remont muru obwodowego zamku górnego (o dolnym jeszcze wówczas w zasadzie wiedziano tylko z relacji Jana Długosza), południowo-wschodni jego narożnik. Jednym z pracowników Zarządu Miejskiego, w Wydziale Budowlanym, był inż. Tadeusz Rudzki, zaangażowany w odbudowę zamku także w pierwszych latach po II wojnie światowej. W pierwszej fazie robót uprzątnięto gruz zalegający dziedziniec zamkowy oraz przekopano znajdującą się tam ziemię. Znalezione przedmioty (skorupy gliniane, fragmenty żelazne, spalona glina, fragmenty kafli) zebrano w 4 lub 5 drewnianych skrzyniach. Do 1939 roku skrzynie te znajdowały się w będzińskim Magistracie, niestety zaginęły w latach II wojny światowej. Jedyne ślady przetrwały w rysunkach Mariana Kantora-Mirskiego, opublikowanych w jego „Szkicach monograficznych…”.

2Prace remontowe na zamku podjęto wkrótce po zakończeniu wojny. Pierwsze prace (1949) rozpoczęto przy tzw. wieży kwadratowej (wyższej części budynku mieszkalnego), odsłaniając jej fundamenty (przy okazji chodziło także o wykopanie dodatkowej piwnicy pod planowane w przyszłości… centralne ogrzewanie). Wydobywaną ziemię (wraz ze znalezionymi ułamkami zabytków w postaci skorup naczyń, ułamków kafli i przedmiotów żelaznych) wyrzucano przez okno na dziedziniec oraz wykorzystano do wyrównania dziury powstałej w 1902 roku na międzymurzu z powodu obsunięcia południowo-wschodniego narożnika muru. Dzisiejsi archeologowie rwaliby sobie włosy z głowy…

28 sierpnia 1949 roku jeden z robotników (niejaki Kozłowski) znalazł na głębokości 2,5 m. od poziomu parteru złoty dukat węgierski. Dukat widziałem osobiście ze dwa lata temu, w jego opisie posłużę się starym zdjęciem i odrysem. Na awersie znajduje się wyobrażenie stojącego króla w koronie, z berłem w jednym ręku i jabłkiem w drugim oraz napisem REX S LADISLAUS. Natomiast na rewersie monety widzimy czteropolową tarczę herbową (dwa pola zajmują elementy „starego” herbu Węgier, w postaci pasów symbolizujących cztery najważniejsze rzeki dawnych Węgier, dwa pozostałe to lwy pochodzące z herbu dynastii Luksemburgów) oraz napisem SIGISMUNDI D.G.R. UNGARIE. I tu mam pewne wątpliwości, ale wynikają one z mojej ignorancji w temacie numizmatyki w ogóle, a numizmatyki węgierskiej w szczególności. Nie wiem jak wytłumaczyć na jednej monecie dwa wizerunki różnych postaci: Zygmunta Luksemburskiego (panował w latach (1387 – 1437) oraz Władysława Warneńczyka (1440 – 1444) – wszak obaj władcy pochodzili z dwóch zupełnie różnych dynastii. Znana jest dość podobna moneta z czasów Warneńczyka: awers taki sam, natomiast na rewersie jest nieco odmienny napis (WLADISLAVS D.G.R. UNGARIE) oraz herb, także czteropolowy, z tym że w miejscu luksemburskich lwów znajdują się polski orzeł i litewska pogoń, a w miejsce jednego pola z „rzekami” inna wersja węgierskiego herbu: dwuramienny krzyż lotaryński, tzw. patriarszy. [Ignorancja ignorancją, ale jedno rozwiązanie przychodzi mi do głowy: ów LADISLAUS to nie Władysław Warneńczyk, tylko święty Władysław/Ładysław, władca i późniejszy patron Węgier z dynastii Arpadów (wnuk naszego Mieszka II, urodził się w Krakowie). Napis z awersu byłby wówczas taki: S[anctus] LADISLAUS REX. Być może jest to jakaś praktyka w węgierskiej numizmatyce: z jednej strony na monecie mamy wizerunek świętego – nota bene przedstawionego w aureoli – z drugiej aktualnie panującego władcy.]

Partnerzy



Przewiń do góry