Gdzie są rakiety, którymi Polacy strzelali do Rosjan?

Rakiety, którymi Polacy strzelali do Rosjan. Początki rakiet w artylerii polskiej

W tym artykule dowiesz się, gdzie są rakiety, którymi Polacy strzelali do Rosjan w trakcie powstania listopadowego broniąc Warszawy, jak wyglądały poszukiwania i badania nad Redutą Ordona oraz w jaki wygląda kwestia upamiętnienia obrońców Reduty.

Lata 1830 – 1831. Królestwo Polskie

Polacy w powstaniu listopadowym walczą o niepodległość. Ich przeciwnikiem jest jedna z potężniejszych armii w tamtym czasie – armia rosyjska. Powstańcy wystawiają do walki najcięższe działa, a także wyjątkową nowinkę techniczną – rakiety. I nie ma tu mowy o pomyłce!

Historia rakiet w europejskiej wojskowości sięga czasów napoleońskich. Od nazwiska wynalazcy, który inspirował się wynalazkiem podpatrzonym u Hindusów, Williama Congreve`a, nazywano je racami kongrewskimi.

W wojsku polskim od 1815 roku pierwsze badania nad rakietami prowadził młody porucznik artylerii, Józef Bem. Po czterech latach opublikował swój raport, zatytułowany Uwagi o rakietach zapalających. Dzięki jego pracy, w 1823 roku utworzono pierwsze w kraju oddziały artylerii rakietowej: pieszy i konny. To jednostki pionierskie w skali całego starego kontynentu.

Co ciekawe, traktat dedykowany został Wielkiemu Księciu Konstantemu Romanowowi, przeciwko któremu później użyto tej broni. Rakietnicy wsławili się m.in. w bitwie pod Olszynką Grochowską (25 lutego 1831 roku), gdzie ich atak w poważnym stopniu wpłynął na wycofanie się Rosjan. Brali oni również udział w obronie Warszawy (6-7 września 1831 roku), broniąc chociażby słynnej Reduty Ordona.

Wiosną 1823 roku gotowe było całe wyposażenie oddziałów rakietowych, w którego skład wchodziły m.in.:

  • lawety na kołach,
  • wozy służące do przewozu rac,
  • wyrzutnie rakiet, zarówno oparte na statywach jak i składane,
  • czy kuźnię polową.

Nowatorskie wyrzutnie kołowe pozwalały na odpalanie aż do trzech rakiet jednocześnie.

Józef Bem w swoim traktacie zawarł dokładne opisy i rysunki projektów rakiet. Podłużne żelazne głowice zakończone były różnokształtnymi dyszami, wypełnione prochem i osadzone na ogonach z sosnowych listew. Różnorodne wyrzutnie umożliwiały wystrzeliwanie rac w pionie, pod wybranym kątem oraz w poziomie.

Można było więc atakować wroga znajdującego się za umocnieniami, jak i szarżującego bezpośrednio na polskie oddziały.

Rakiety miały zasięg do 2 000 m i były niezwykle niebezpieczną bronią. Rosjanie nie byli przygotowani na takie ataki. Ich konnica, nieoswojona z hukiem, wpadała w panikę. Do tego dochodziły straty wśród ludzi, którzy mieli nieszczęście stać na drodze pocisku.

Jednak dla Polaków również bywały niebezpieczne. Pracujący nad odpowiednią mieszanką paliw Józef Bem w pewnym momencie uległ tymczasowemu oślepieniu. Rakietnicy, stanowiący elitę artylerii, wiele czasu spędzali na ćwiczeniach. Ale nieprecyzyjność, z jaką poruszały się pociski powodowały straty również we własnych szeregach (np. urywając głowę jednemu z żołnierzy w bitwie pod Olszynką Grochowską).

Rakiety, którymi Polacy strzelali do Rosjan, nie przetrwały do dzisiejszych czasów

Po upadku Warszawy 32 000 żołnierzy wycofało się do Modlina, by stamtąd przedostać się do Prus. Rakietnicy opuszczali miasto z pełnym posiadanym ekwipunkiem i uzbrojeniem. Zabrali więc ze sobą te wyrzutnie rakiet, które w trakcie walk nie uległy zniszczeniu. Nakazywał to regulamin ich formacji, mówiąc o powinności wyniesienia wszystkich sztuk broni „z złego zdarzenia”.

Raczej mało prawdopodobne jest, by z własnej woli oddano je jednemu lub drugiemu zaborcy, dlatego zakłada się, że wyrzutnie i rakiety zostały zniszczone między Modlinem a Brodnicą, gdzie żołnierze zostali internowani.

To był tak naprawdę koniec historii tej formacji w polskim wojsku. Zdecydowana większość wojskowych została wcielona do armii rosyjskiej i wysłana na służbę w głąb kraju. Formalnie wojsko polskie przestało istnieć.

Zaginiona-odnaleziona Reduta Ordona

Po upadku Warszawy działalność rosyjska, niemal natychmiast doprowadziła do zniszczenia ziemno-drewnianych umocnień dzieła 54, uwiecznionego w utworze Mickiewicza. Resztę załatwiła coraz słabsza pamięć ludzka i rozbudowa Warszawy. Po upływie stu kilkudziesięciu lat niemal wszyscy zakładali, że szaniec, którego bronił podporucznik Ordon, znajdował się w innej lokalizacji.

W 2006 roku Marcin Zdrojewski opublikował artykuł, w którym, na podstawie przeprowadzonych badań, podał prawidłowe położenie reduty na mapie współczesnej Warszawy. To teren między Alejami Jerozolimskimi a ul. Na Bateryjce od centrum handlowego Blue City do ronda Zesłańców Syberyjskich.

Jednak już wcześniej informacje o umiejscowieniu szańca dotarły do Towarzystwa Przyjaciół Fortyfikacji. Wystąpiono do konserwatora zabytków z wnioskiem o wpisanie dzieła 54 do rejestru zabytków.  W 2010 roku ruszyły badania archeologiczne, które potwierdziły doniesienia. Odkryto sporo artefaktów, przedmiotów użytkowych i szczątki poległych prawie 200 lat wcześniej żołnierzy.

W okresie sprzed pojawienia się oficjalnej informacji o prawdziwej lokalizacji reduty do czasu objęcia tego obszaru ochroną konserwatorską, miało miejsce zjawisko, które określić można kolokwialnie słowami „hulaj dusza, piekła nie ma!”.

Poszukiwacze skarbów, archeolodzy-amatorzy oraz zwykli złodzieje ruszyli na łowy. Zaopatrzeni w wykrywacze metalu, łopaty, a nawet… koparki, w najlepsze „eksplorowali” teren Reduty. Niczym Heinrich Schliemann przy odkrywaniu Troi, działali bez przysłowiowego ładu i składu, niszcząc to, co nie stanowiło dla nich żadnej wartości.

Postępy działalności szabrowników można było uchwycić na zdjęciach satelitarnych Google Earth. Najtragiczniejszy okres ich aktywności rozpoczął się w ostatnich latach XX wieku i trwał do momentu rozpoczęcia oficjalnych wykopalisk pod opieką Państwowego Muzeum Archeologicznego w 2010 roku.

Rakiety nie przetrwały do naszych czasów – czy na pewno?

Prędkość, z jaką rozchodzi się plotka w konkretnym środowisku, bywa porównywalna, jeśli nie szybsza od prędkości światła. Jeszcze przed „oficjalnym” odkryciem szańca 54, na jego terenie pojawili się szabrownicy. A potem pojawiły się historie o wykopywanych tam rzeczach. Wymieniano wśród nich:

  • orły z czako,
  • ładownice
  • i właśnie dwie rakiety!

Można je spokojnie potraktować jako Świętego Graala archeologów, historyków oraz pasjonatów tamtych wydarzeń. Materiały użyte do produkcji rakiet dość szybko korodowały, co negatywnie wpływało na ich trwałość. Biorąc pod uwagę tą okoliczność oraz rozkaz dotyczący ochrony broni przed wrogiem, powszechnie uznano, że niemożliwe jest znalezienie w ziemi tego rodzaju zabytku.

Tymczasem do 2010 roku Reduta Ordona była swobodnie rozkopywana, a nikt nie czuł się winny dokonywanych tam kradzieży. Pomimo, że niektóre działki na terenie dzieła od 2006 roku stały się własnością spółki deweloperskiej Tremon Polska, nadal nie były one zabezpieczone.

Wykorzystano więc metodę „na dewelopera” – na obszar reduty wjeżdżała koparka, pojawiał się „robotnik fizyczny” oraz „przedstawiciel dewelopera”. Na bramie wjazdowej przy ul. Na Bateryjce zawisła kłódka. Tyle wystarczyło, by zniechęcić potencjalnych ciekawskich do zadawania pytań. Ostatecznie sprawą zajęła się prokuratura, jednak nikt nie usłyszał zarzutów.

Będzie upamiętnienie. Czy będą rakiety?

W ostatnich latach coraz częściej podejmowano temat konieczności godnego upamiętnienia obrońców reduty. Coraz głośniej wypowiadały się różne stowarzyszenia i organizacje, którym zależy na zachowaniu dla potomnych „miejsca pamięci”. W tej chwili szaniec jest w opłakanym stanie, pierwotnie padł ofiarą szabru dokonanego za pomocą koparki, obecnie pełni funkcję wysypiska śmieci i noclegowni dla bezdomnych, organizujących tam libacje alkoholowe.

Wreszcie jednak podjęte zostały zdecydowane kroki na samej górze. Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego Piotr Gliński zapowiedział, że do końca 2024 roku przeprowadzone zostaną prace archeologiczne na niezbadanej jeszcze części działek, także działek publicznych, prace mają rozpocząć się „być może jeszcze w sierpniu”.

Następnie we współpracy z firmą Tremon planowane jest wybudowanie muzeum, ścieżki edukacyjnej i pomnika poświęconego wydarzeniom z 6 września 1831 roku. Szczególnie ważny dla sympatyków Reduty Ordona i mieszkańców jej najbliższej okolicy jest fakt, że Ministerstwo rozważa pochówek ekshumowanych stamtąd żołnierzy na pobliskim cmentarzu św. Wawrzyńca na Woli, w miejscu, gdzie od lat spoczywają polegli w walkach o redutę 56 powstańcy listopadowi.

Za parę lat minie 200. rocznica obrony Warszawy podczas powstania listopadowego. Coraz realniejsza staje się wizja uporządkowania i zagospodarowania do tego czasu Reduty Ordona. A co z rakietami? Stanowiłyby prawdziwą „perłę w koronie” wśród eksponatów przyszłego muzeum.

Tajemnicą poliszynela wśród archeologów jest znalezienie i przywłaszczenie sobie rakiet przez jednego z „odkrywców”, którego nazwisko jest wszystkim znane. Czy zaangażowany w zgłębianie polskiej historii entuzjasta nielegalnych wykopków okaże się człowiekiem honoru i z należytym szacunkiem zwróci społeczeństwu narodowy skarb, stanowiący obecnie ozdobę jego prywatnej kolekcji?


przyjacielereduty.pl

Fotografie pochodzą z pogotowiearcheologiczne.pl

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

*