Ogień rozpustnych biesiad, bezmyślność rządzących i kult własnych korzyści – tak wyglądała Rzeczpospolita pod rządami Wettynów. Gdy szlachta ucztowała, państwo pogrążało się w marazmie, a idea obywatelskiego obowiązku ustępowała miejsca pustym frazesom i pijaństwu. W tym chaosie pojawiła się iskra nowoczesności – Szkoła Rycerska, projekt ambitnych reformatorów, którzy pragnęli wychować pokolenie gotowe służyć Ojczyźnie rozumem, a nie tylko szablą. Czy była to ostatnia szansa na ratunek dla upadającej Rzeczypospolitej?
…Panowie kochali się w wielkich stołach, dawali sobie nawzajem obiady i wieczerze; do tych zapraszali przyjaciół, obywateli, wojskowych (…), rzadki był dzień bez gościa; częste biesiady z tańcami i pijatyką. Najadłszy się smacznych potraw, trzeba się napić. (…) August III był tak nieszczęśliwy, że za jego panowania trzydziestoletniego żaden sejm nie doszedł [do skutku]. Do zerwania sejmu nie używano osób rozumem i miłością dobra publicznego obdarzonych, bo też tego nie potrzeba było. Lada poseł ciemny jak noc (…) odezwał się w poselskiej izbie: „nie ma zgody na sejm!” – i to było dosyć do odebrania wszystkim mocy sejmowania. A gdy marszałek spytał: „Co za racja?” – odpowiedział krótko: „Jestem poseł, nie pozwalam” (…) – opisał w swoich pamiętnikach z czasów saskich Jędrzej Kitowicz.
…Polacy myślą tylko o swoich interesach osobistych, kiedy zaś mówi się im o niebezpieczeństwie, w jakim się znajdują, przyznają rację, równocześnie jednak odpowiadają, że Polska zawsze tak się rządziła; interes Europy wymaga, aby obecny rząd wytrwał taki, jaki jest, ażeby żaden z sąsiadów nie zdołał go opanować – pisał Antoni Feliks Monti, ambasador króla Francji Ludwika XV w Polsce.
Obejrzyj również:
O upadku Rzeczypospolitej Obojga Narodów w okresie panowania Wettynów, utracie jej znaczenia międzynarodowego zarówno politycznego jak i gospodarczego, ogólnym upadku obyczajów – wszechobecnym prostactwie, grubiaństwie, zarozumialstwie i wręcz upadku duchowym tych, których prawo i obyczaj predestynowały do przewodzenia państwu, czyli szlachcie polskiej i litewskiej napisano grube tomy.
Wszyscy wciąż pamiętamy hasło „za króla Sasa, jedz, pij i popuszczaj pasa” – mające charakteryzować czasy saskie, podobnie jak osławione właśnie wtedy „liberum veto” – nie pozwalam, symbol beznadziejności działań dla poprawy sytuacji w kraju, w imię osobistej korzyści, korupcji panów szlachty, bez praktycznej umiejętności czytania i pisania.
Zabobon, dewocja i pieniactwo
Śmierć Augusta III oraz wybór (w obecności rosyjskich bagnetów) i wstąpienie na tron Stanisława Augusta Poniatowskiego we wrześniu 1764 roku stanowiło pewien punkt zwrotny w drodze ku nowoczesności Rzeczypospolitej Obojga Narodów, czyli Korony Królestwa Polskiego i Wielkiego Księstwa Litewskiego.
XVIII-wieczna Rzeczypospolita nie była krajem w którym by chciał mieszkać dzisiejszy inteligentny człowiek. O ile bogata Polska, od XVI do połowy XVII wieku, ze świetnie wykształconą młodzieżą szlachecką – obytą w świecie, świadomą nowinek – była obiektem podziwu i zazdrości wielu obcokrajowców, to ze zwycięstwem kontrreformacji podupadła nie tylko gospodarczo ale również kulturalnie.
Nie stało się tak z dnia na dzień. Polską kontrreformację, chociaż prawie bez stosów, charakteryzowała ewolucja od dialogu z protestantami w wieku XVI, przez nasilanie różnych form represji w XVII w., aż do całkowitego odrzucenia i zmarginalizowania innowierców w wieku XVIII.
O ile w XVI wieku teolog kalwiński Teodor Beza mógł swobodnie pisać (czego w swojej religijnej zaciekłości nie rozumiał) o panującej w Rzeczpospolitej „diabelskiej” wolności sumienia, to w XVIII stuleciu, gdy w Europie zachodniej zaczęły świecić pierwsze promienie Oświecenia, w państwie polsko-litewskim różnowiercy (nie katolicy) byli szykanowani, odsuwani od sprawowania urzędów, zabraniano im prowadzenia szkół.
Miało to straszne skutki dla całego państwa. Miejsce patriotyzmu zajęła dewocja. Nie bez znaczenia było też to, że kiedy jeszcze w złotym okresie Rzeczypospolitej pojawił się postulat wprowadzenia obowiązku szkolnego, sprzeciwił mu się m.in. Kościół katolicki.
Kiedy w 1564 r. biskup warmiński (późniejszy kardynał) Stanisław Hozjusz sprowadził do Polski jezuitów, fundując im na początek kolegium w Braniewie, nikt nie przewidywał, że dalszy szybki rozwój ich kolegiów oświatowych zapewni zakonowi dominującą pozycję w szkolnictwie Rzeczypospolitej Obojga Narodów już w XVII wieku.
Tylko, że w tych kolegiach początkowo był wysoki poziom nauczania, pozwalano w nich nawet uczyć się innowiercom, by tak przyciągnąć ich do katolicyzmu. Kolegia jezuickie w Wilnie i Lwowie dały początek dwóm kolejnym (poza krakowskim) uniwersytetom – Akademii Wileńskiej, powołanej 1579 r. przez Stefana Batorego (późniejszy Uniwersytet Wileński) i Akademii Lwowskiej, założonej w 1661 r. przez Jana II Kazimierza (późniejszy Uniwersytet Lwowski).
Pod koniec XVII w., po pełnym zwycięstwie kontrreformacji, po zlikwidowaniu oświatowej konkurecji arian, luteran czy kalwinów, program i metody nauczania w szkołach jezuickich uległy ogromnej stagnacji, a nawet uwstecznieniu. W programach ariańskich szkół wiele miejsca poświęcano etyce, obowiązkom obywatela wobec państwa i społeczeństwa; w naukach przyrodniczych propagowany był kopernikański system heliocentryczny.
Później w jezuickich szkołach nagminnie zaczęto stosować kary fizyczne jako element edukacji, wyprowadzono grekę – w znaczeniu znajomości dorobku filozofii starożytnej. Łacina pozostała, ale nie jako znajomość języka, ale głównie wkuwanych na pamięć sentencji – podobno przydatnych w życiu codziennym, a w rzeczywistości szczególnie ważnych podczas sejmikowych kłótni i pyskówek, bo już o retoryce i logice wypowiedzi zapominano.
Doszło do tego, że szlachcic który nie potrafił co trzecie zdanie wtrącać w polski język, rzekomo mądrej wstawki łacińskiej, uznawany był za niewykształconego. Za to nieznajomość słów „A niechaj narodowie wżdy postronni znają, iż Polacy nie gęsi, iż swój język mają” nikogo nie denobilitowała. W kraju Kopernika nikogo nie dziwiło, że w polskich XVIII-wiecznych szkołach długo obowiązywała… teoria geocentryczna, zgodnie z którą to Ziemia stanowiła centrum Wszechświata.
Ekipa reformatorów
Tymczasem król był młody, miał 32 lata, podobnie jak grupa jego najbliższych współpracowników. Jego brat Andrzej i kuzyn Czartoryski liczyli po 30 wiosen, Ignacy Krasicki miał lat 29. Ci wszyscy młodzi, dobrze i bogato urodzeni ale również wykształceni, znający realia europejskie szlachcice, czuli konieczność wprowadzenia projektów modernizacyjnych prowadzących do przekształcenia i unowocześnienia sfery kulturalnej, edukacyjnej i cywilizacyjnej, ale także administracyjnej i militarnej państwa.
O ich szczerym pragnieniu wprowadzania nowoczesności w życie, nie tylko w sprawach reform państwa świadczy na przykład fakt, że Czartoryscy propagowali szczepienia przeciw ospie, kiedy w Europie było to zupełne nowum, a Michał Poniatowski jeszcze jako biskup płocki w swojej diecezji nakazał zakładanie piorunochronów zamiast odganiania burzy dzwonami kościelnymi.
Nie powinno więc dziwić, że jednym z pierwszych posunięć tej ekipy, było powołanie z inicjatywy króla już w roku koronacji, narodowej (w języku polskim), publicznej sceny teatralnej oraz czasopisma „Monitor”, o charakterze społeczno-kulturalnym wzorowanego na angielskim „Spectatorze”. W sytuacji, kiedy w połowie XVIII w. zaledwie ok. 60 proc. polskiej szlachty potrafiło czytać i pisać, a nawet wśród magnaterii wskaźnik ten wynosił zaledwie ok. 72 procent, wydawać by się to mogło działaniem naśladującym tylko obce wzorce. Nic bardziej mylnego.
Skoro większość ludzi, jak byśmy dzisiaj powiedzieli – posiadających prawa obywatelskie – potrafi jednak czytać, to dajmy im wiedzę o państwie, narodzie, patriotyzmie. Uczmy racjonalizmu, tolerancji, otwartości na świat zewnętrzny, propagujmy kult wiedzy. Takie były cele wydawania „Monitora” – publikacje miały w założeniu, powoli zmieniać stare nawyki i kształtować nowy stosunek do rzeczywistości i jej postrzegania, na taki bardziej oświeceniowy.
Z dzisiejszej perspektywy trudno nam też w pełni docenić doniosłość powołania teatralnej sceny narodowej. Do momentu decyzji króla Poniatowskiego dzieła literackie, no przynajmniej utwory trochę wyższe (chociaż głównie romansidła) niż jarmarczne wygłupy, można było obejrzeć tylko w teatrach magnackich – a więc dostępne dla wybranych. Nowoczesność polegała na … wprowadzeniu biletu.
To już nie magnat zaprasza gości na przedstawienie wystawiane przez jego prywatny teatr, ale każdy kto zakupi bilet, może być uczestnikiem teatralnego spektaklu. Z jednej strony teatr staje się narzędziem polityki kulturalnej władzy, poprzez odpowiednio dobieraną tematykę i estetykę wypowiedzi. Może kształtować gusty i potrzeby publiczności.
Z drugiej, publiczność dość szybko się emancypuje, przestaje być bierna, zaczyna stawiać żądania, domagać się preferowanych przez nią sztuk. Jeżeli przedstawienia nie odpowiadają jej gustom, protestuje, również nogami. Co prawda, na przykład będącą na czasie komedię „Pijacy” Franciszka Bohomolca, przyjęto gwizdami, ale nie od razu Kraków zbudowano. Trudno dzisiaj ocenić jak bardzo teatr zmienił postawy części społeczeństwa. Na pewno zauważalnie.
Kolejną inicjatywą króla było, w roku koronacji, powołanie 15 marca 1765 roku Akademii Szlacheckiego Korpusu Kadetów J.K.M. i Rzplitej, czyli Szkoły Rycerskiej.
Światłej szlachty potrzebujemy
Kiedy Jan Zamoyski fundował uczelnię humanistyczną o charakterze świeckim, to celem Akademii Zamojskiej było wykształcenie światłych obywateli, zdolnych do wypełniania obowiązków w służbie publicznej. Podobny cel przyświecał królowi Stanisławowi Augustowi i jego Szkole Rycerskiej.
Kiedy król Poniatowski obejmował tron, liczebność wojsk Rzeczypospolitej określały regulacje ustalone jeszcze w 1717 r. podczas tzw. Sejmu Niemego. Według nich siły zbrojne powinny liczyć 24 tysiące żołnierzy (w tym 18 000 z Korony). W rzeczywistości szacuje się, że polski kontyngent mógł liczyć około 5 000 żołnierzy – raz z powodu tzw. pustych porcji z których opłacano oficerów, dwa, że słynna kiedyś polska jazda istniała tylko na papierze.
Jazda narodowa, formacja złożona długo wyłącznie ze szlachty, była najbardziej zdemoralizowanym i najmniej użytecznym rodzajem sił zbrojnych. „Żołnierzami” bywały tam nierzadko małoletnie dzieci lub osiemdziesięcioletni starcy, bo służba w wojsku służyła głównie wyłudzaniu żołdu przez rodziny szlacheckie. Oficerowie byli niekompetentni, a rangi wojskowe otrzymywano nie za zasługi czy wiedzę ale je po prostu kupowano.
Początkowo Szkoła Rycerska miała więc być elitarną trzyletnią szkołą wojskową i kształcić przyszłych oficerów. Dlatego wzorowano ją na przykładach zachodnich (m.in. akademie wojskowe w Berlinie, Wiener, Neustadt, Vincennes (Paryż), Lunéville Stanisława Leszczyńskiego). W pierwszym okresie przyjmowano ludzi dorosłych do około dwudziestego roku życia, a więc już w pełni uformowanych. Można z nich było zrobić sprawnych wojskowych, ale na kształtowanie osobowości, wychowywanie, było za późno.
Dlatego już w 1768 r. przekształcono Szkołę Rycerską w 7-letnią szkołę ogólnokształcącą, ze specjalizacją w ostatniej dwuletniej klasie o kierunku wojskowym lub prawniczym. Przyjmowano do niej ubogich synów szlacheckich, umiejących czytać, w wieku 8-12 lat. Szkoła chociaż poziomem nauczania nie sięgała rangi uniwersytetu, to jednak była czymś więcej niż szkołą średnią.
Głównym dążeniem założycieli Korpusu Kadetów było połączenie edukacji ogólnokształcącej, wojskowej oraz cywilnej z szeroko pojmowanymi zasadami moralno-obywatelskimi. Aby to osiągnąć, stworzono autorski program edukacyjny, zapewniono materiały edukacyjne, podręczniki i odpowiednią kadrę nauczycielską.
Wśród kadry która przewinęła się przez mury uczelni wymienić należy pierwszego dyrektora naukowego, Anglika J. Linda oraz jego następcę profesora matematyki, Wirtemberczyka Ch. Pfleiderera. To właśnie Lind przeprowadził pierwszą i najważniejszą reformę Szkoły, przeobrażając ją z placówki o profilu wojskowym w humanistyczną instytucję edukacyjną. Stworzył jej nowy program, listę przedmiotów, w tym języków obcych.
W realiach ówczesnej Rzeczypospolitej z konieczności dużą część kadry stanowili cudzoziemcy. Józef Wojakowski, wymienia między rokiem 1765 a 1794 nazwiska 76 cudzoziemców – to jeden Irlandczyk, jeden Szwajcar, dwaj Anglicy, dwaj Amerykanie, dwaj Austriacy, dwaj Czesi, dwaj Włosi, 25 Niemców, 34 Francuzów.
Na czele pierwszej świeckiej szkoły Rzeczypospolitej stanął książę Adam Kazimierz Czartoryski, który też ułożył „katechizm kadecki”, w którym zarysował ideał absolwenta. Pisał: Powinien Ojczyznę swoją kochać, a jej dobro nade wszystko i sposobić się do tego, aby mógł poświęcić się na jej usługi, powinien być cnotliwy, pełen uszanowania dla zwierzchności, dobroczynności i afektu dla równych, względu dla niższych.
Program szkoły przewidywał nabycie ogólnego wykształcenia w ciągu trzech lub pięciu lat nauki. Uczono nie tylko łaciny, lecz także języków nowożytnych: francuskiego, niemieckiego i – co było nowością – także języka polskiego. Wykładano nauki przyrodnicze, matematykę i geografię, historię narodową i powszechną, literaturę i filozofię.
Następne dwa lata miały być przeznaczone na przyswajanie wiedzy wojskowej lub istoty pracy urzędnika służby cywilnej (m.in. prawo, ekonomia). W całym cyklu dydaktycznym olbrzymią wagę przykładano do sprawnego posługiwania się językami obcymi, natomiast uzupełnieniem całości miały być zajęcia fechtunku (szablą i szpadą), jazdy konnej, tańców oraz muzyki. Były to tzw. kunszty.
Słowem akademia, zwana potocznie Szkołą Rycerską, kształciła młodzież nie tylko na wybitnych dowódców, ale i na dżentelmenów, poliglotów, którzy potrafiliby się znaleźć na światowych salonach.
Oficerowie i obywatele
Powstanie Korpusu Kadetów Stanisław August obiecał szlachcie w swoich „Pacta conventa”. Siedzibą szkoły została zbudowana przez króla Jana Kazimierza Villa Regia wraz z przyległościami, czyli obecny Pałac Kazimierzowski. W nim też skoszarowano kadetów. Tam spali, jedli, wysłuchiwali kazań w kaplicy, odbywali kolejne lekcje, musztry, odpoczywali.
Ważne miejsce w całym procesie wychowawczym, tworzeniu poczucia wspólnoty, pełnił specjalny ceremoniał, odpowiednie rytuały, a także różnego typu regulaminy, obecne w funkcjonowaniu kadetów – począwszy od momentu przyjęcia po opuszczenie murów Szkoły. Obejmowały one także codzienne życie kadetów. Przykładem może tu być mundur, a właściwie mundury kadetów: codzienny, galowy i paradny.
Na mundur kadeta trzeba było sobie zasłużyć. Rytuały odziewania kadeta w mundur znamy dość dobrze dzięki zachowanym w Bibliotece Czartoryskich dokumentom. Mundury były finansowane z kasy korpusowej, a „odzianie” młodzieńca przybyłego do Korpusu w mundur było wydarzeniem ujętym w rozbudowany, wielostopniowy, rozciągnięty na dwa lata odpowiedni rytuał. Chłopiec po przybyciu do Korpusu trafiał do odpowiedniej brygady, po czym rozpoczynała się ujęta w ściśle określone schematy, dwudniowa ceremonia przyjęcia.
Zaczynała się od publicznej prezentacji go kadrze Korpusu, obejmowała egzamin umiejętności, który decydował o przydziale do odpowiedniej klasy (przydział do brygady był niezależny od klasy związanej z nauką). Dopiero drugiego dnia następowało zaprzysiężenie i oficjalne odzianie nowicjusza, dotąd pozostającego we własnym ubraniu, w odpowiedni dla jego statusu granatowy mundur, bez żadnych dystynkcji.
Mundur ten nie był jednak jeszcze pełnym umundurowaniem członka Korpusu. Na ten musiał czekać nawet do dwóch lat, do ukończenia nowicjatu, czyli okresu próbnego. Dopiero wówczas, po złożeniu wniosku do Rady Korpusowej, kadet otrzymywał mundur Korpusu, także podczas odpowiedniej uroczystości. Później również stosowano systemy wyróżnień w formie dodatków do munduru, w postaci ozdobnych szlif za uzyskane wyniki w nauce, pilność i dobre sprawowanie. Jednym z wyższych odznaczeń było nadanie prawa noszenia temblaka oficerskiego przy szpadzie. Z drugiej strony oznaczano białymi wyłogami złych uczniów.
Szkoła Rycerska – edukacja i wyzwania finansowe
Powstała od zera Szkoła Rycerska dała sobie radę z niedostatkiem w kraju kadry nauczycielskiej, brakiem podręczników, stworzyła autorski program nauczania i wychowania. Od początku jej istnienia gnębiły ją jednak problemy finansowe. Z założenia była to placówka przeznaczona dla niezbyt bogatej szlachty a za jej utrzymanie miała odpowiadać Rzeczypospolita.
Konstytucja sejmowa z 1766 r. przewidywała, że do Szkoły Rycerskiej będzie uczęszczać 200 kadetów, a na ich utrzymanie co roku wpływać będzie 400 tysięcy złp ze skarbu koronnego i 200 tysięcy złp z litewskiego. Dla niewydolnej polskiej skarbowości było to bardzo duże obciążenie, przez co Szkoła ciągle borykała się kłopotami finansowymi.
Łącznie za lata 1769-1776 zaległości płatnicze skarbu Rzeczypospolitej wobec Szkoły Rycerskiej wyniosły 2 mln 300 tys. złp. Co może wydawać się niewiarygodne, ale w 1768 roku poseł rosyjski Nikołaj Repnin wyłożył na rzecz Szkoły Rycerskiej ponad 5,5 tys. dukatów (równowartość 100 tys. złotych polskich), głównie po to, aby powstrzymać jej kadetów od udziału w konfederacji barskiej, co było prawdopodobne w przypadku zawieszenia zajęć z braku funduszy.
Stało się to już po drugim rozbiorze Polski. Okrojona Rzeczypospolita w żaden sposób nie była w stanie łożyć na szkołę dla swoich rycerzy. 6 grudnia 1794 r. w „Gazecie Warszawskiej” ukazał się Ordynans Najjaśniejszego Pana dotyczący likwidacji szkoły. Król informował, że musi zamknąć szkołę, ale gdyby znalazło się 150 uczniów gotowych płacić po 36 czerwonych złotych rocznie za naukę – wtedy potrzebne rozkazy do zaczęcia dzieła tego wydamy.
Chyba nie znalazła się odpowiednia liczba chętnych, bowiem 23 grudnia 1794 r. grupa wyznaczonych przez króla komisarzy podpisała sprawozdanie ze swej działalności, skwitowała rachunki szkoły, a na obiektach szkoły założone zostały pieczęcie. Stanisław August przyjął i zaakceptował protokół – tym samym szkoła przestała istnieć.
Przez trzydzieści lat w szkole (łącznie) kształciło się ok. 650 kadetów i ponad 300 eksternów. Te proporcje odpowiadają podziałowi na słuchaczy kształconych na koszt państwa (na mocy ustawy sejmowej z sierpnia 1769 r. – 60 osób) oraz na słuchaczy kształconych na koszt własny.
Szkoła Rycerska – dziedzictwo
Oceniając wpływ Szkoły Rycerskiej na życie społeczne XVIII-wiecznej Rzeczypospolitej wystarczy powiedzieć, że wykształcenie w niej zdobyli m.in. przyszły dyktator powstania i uczestnik walk o niepodległość Stanów Zjednoczonych – Tadeusz Kościuszko, Julian Ursyn Niemcewicz (pisarz i adiutant Kościuszki w trakcie Insurekcji), Jakub Jasiński (przywódca w trakcie powstania kościuszkowskiego w Wilnie), Karol Kniaziewicz (generał w Legionach), Józef Sowiński (generał broniący Woli w powstaniu listopadowym), Stanisław Fiszer (generał, szef sztabu armii Księstwa Warszawskiego), Karol Sierakowski (generał, w 1792 roku odznaczony Krzyżem Virtuti Militari), Franciszek Drucki-Lubecki (ekonomista oraz polityk z czasów funkcjonowania Królestwa Kongresowego).
I wielu, wielu innych. Między innymi osiemnastu wychowanków zostało posłami, uczestnikami Sejmu Czteroletniego (1788–1792). Po wybuchu powstania w 1794 w oddziałach Tadeusza Kościuszki walczyło 34 kadetów.
Bibliografia:
- Baran A., Podręczniki w Szkole Rycerskiej [w]: E. Wichrowska, A. Wdowik (red.), Kajety Korpusu Kadetów Szkoły Rycerskiej, Warszawa 2019.
- Bednaruk W., Jaszczuk K., Szkoła Rycerska Kadetów Jego Królewskiej Mości i Rzeczypospolitej, Towarzystwo Naukowe Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego 2016.
- Kott J. (red.), Teatr Narodowy 1765–1794, Warszawa 1967.
- Markiewicz M., Historia Polski 1492-1795, Kraków 2002.
- Mrozowska K., Szkoła Rycerska Stanisława Augusta Poniatowskiego, 1765–1794, Wrocław 1961.
Ryszard Nowosadzki