Sarmatia. Czarna legenda złotego wieku

Sarmatia. Czarna legenda złotego wieku |Recenzja

Artur Wiesław Wójcik, Sarmatia. Czarna legenda złotego wieku

Czy serial telewizyjny, będący parodią na czasy współczesne może stać się początkiem rozważań nad mankamentami naszych dziejów? Artur Wójcik w swej nowej publikacji pod tytułem Sarmatia. Czarna legenda złotego wieku daje nam znać, że tak, jak najbardziej!

Z dużym poczuciem humoru, ale i swadą, Sarmatia ukazuje nam dzieje upadku Rzeczypospolitej z nieco innej strony. Tam, gdzie dotychczas mogliśmy mówić tylko o głupocie i zaprzaństwu szlachty, pojawiła się jaskółka nowości, która zdaje się nam proponować nową interpretację tego, co wydarzyło się w XVI-XVIII wieku. i wiecie co – dałem się przekonać wizji tego, że nie zawsze to, co oczywiste, zgodne jest z prawdą.

Wzrost znaczenia szlachty

W czasie rządów jagiellońskich w Rzeczypospolitej wykształcił się sejm, który składał się z trzech stanów sejmowych – króla, senatu i izby poselskiej. Początkowo najwięcej do powiedzenia miały pierwsze dwa stany, ale od połowy XVI stulecia, zaczęła wzrastać rola i znaczenie tego trzeciego. Wprowadzono wówczas zasadę wolnej elekcji, która sankcjonowała taką samą wagę głosu każdego z przedstawicieli szlachty, od biednego do bogatego. Był to ogromny postęp w stosunku do tego, co działo się w innych europejskich państwach.

Co więcej, pierwsze wolne elekcje wykazały, że szlachta, nawet w okresie bezkrólewia, jest w stanie sama zaprowadzić ład i porządek. Uchwalono wówczas między innymi artykuły henrykowskie, regulujące funkcjonowanie sejmu. Króla zobowiązano do zwoływania sejmu nie rzadziej niż co dwa lata, na okres sześciu tygodni. Wszystko wydawało się dobrze funkcjonować, aż do momentu, gdy Zygmunt III Waza nie oparł swej władzy na senacie, co powodowało zwady z szlachtą. Jednak dzięki rozważnym nominacjom na stanowiska, zazwyczaj udawało się przeprowadzać skuteczne sejmy (tylko 6 rozeszło się bez uchwalania praw, na 37!).

Złego początki

Niestety kolejny Waza, Władysław IV, był zdecydowanie mniej skuteczny – brakowało mu nie tylko zdrowia i wytrwałości, ale i rozsądku. Co więcej, na ważne stanowiska w państwie wybierał osoby, które nie dochowywały mu wierności i często stawały w opozycji do jego propozycji. Choć państwo żyło w stanie względnego spokoju, to król był nader rozrzutny – podjął się na przykład budowy polskiej floty. Wszystko to wywoływało napięcia, które spotęgowały się pod koniec jego rządów, gdy – bez wiedzy stanów – próbował wywołać wojnę z Osmanami. Pozycja monarchy zaczęła budzić już nie tylko obawy, ale i coraz większą niechęć. Tym bardziej, gdy na polskim tronie zasiadł zahukany brat Władysława.

Katastrofa nastąpiła szybko za rządów Jana Kazimierza. Choć zdarzały się sejmy, kiedy nie podejmowano żadnych uchwał, to jednak starano się trzymać litery prawa. Jednak w 1652 roku doszło do pierwszego zastosowania zasady „liberum veto”. Choć Władysław Siciński, zgodnie z prawem złożył protest, wobec dalszego przedłużania obrad sejmowych, to wymknął się z sali obrad, a wskutek dalszych debat nad protestem (początkowo nawet go nie uznano) uniemożliwiono dalsze sejmowanie. Choć można było to uznać za „wypadek przy pracy”, wkrótce miano się przekonać, że to pierwsza zapowiedź większych kłopotów.

To, co zdawało się przykrym precedensem, wkrótce stało się normą. Już w 1654 roku zerwano kolejne obrady sejmowe. Najpewniej z poduszczenia samego króla, któremu nie podobał się przebieg obrad. Gdy Rzeczpospolitą zaatakowali Szwedzi, sama szlachta wysunęła wiele projektów, których celem było uzdrowienie polskiego systemu prawnego i podejmowania uchwał, m.in. poprzez wprowadzenie głosowania przy podejmowaniu uchwał. Jednak nasz monarcha był zajęty forsowaniem własnych planów (elekcji vivente rege), które mocno oburzały szlachtę. Dążąc do celu, władca podjął się korumpowania urzędników na niespotykaną dotąd skalę.

Takie kroki wywołały powszechne oburzenie, ale raz rozlanego mleka nie dało się posprzątać. Co więcej Jan Kazimierz zaczął, na siłę, szukać winnych we własnym obozie. Celem stał się między innymi marszałek wielki i hetman polny koronny, Jerzy Sebastian Lubomirski, którego pozbawiono wszystkich urzędów i dóbr. Krok ten stał się powodem wybuchu wojny domowej…

Koniec końców, w trakcie rządów ostatniego z Wazów, jakość obrad znacznie zmalała, i nie chodzi tu tylko o stan podejmowania uchwał i praw. W obecności króla zaczęło dochodzić do gorszących kłótni, rękoczynów, a nawet rzucania bezpośrednich obelg wobec osoby monarchy. Wcześniej coś takiego było nie do pomyślenia. W obliczu obstrukcji sejmowych, państwo coraz wyraźniej zaczęło chylić się ku upadkowi. Nie można było sprawnie egzekwować wyroków sądowych, opłacać wojska czy przeprowadzać reform, nie mówiąc już o skutecznym pobieraniu podatków. Wszystko zaczęło sypać się jak domek z kart…

I właśnie o tych sprawach świetnie oprowadzi Cię Artur S. Wójcik. Z chęcią pokusiłbym się o rozwinięcie tematu, ale nie chcę spoilerować.

Sarmackie wady szlachty

Pod koniec XVI wieku w Rzeczypospolitej zaczął szerzyć się mit sarmackich początków Polski. Według niego nasza szlachta miała wywodzić się od koczowniczych Sarmatów, którzy słynęli nie tylko ze swej waleczności, ale i wielkiego zamiłowania do wolności. Zaczęto sugerować, a później wszem i wobec głosić, iż to dziedzictwo odróżnia szlachtę od pozostałych stanów (oraz innych europejskich narodów), co jednocześnie miało uzasadniać jej szczególny status i znaczenie w państwie.

Mit ten przerodził się w ideę jednoczącą szlachtę Rzeczypospolitej, niezależnie od narodowości. Cechą wspólną sarmackiej szlachty były honor, patriotyzm, męstwo i pracowitość, a z czasem doszła do niej miłość do „złotej wolności” – zbioru praw i przywilejów tego stanu. Pomimo coraz częstszych wojen i klęsk, zarówno politycznych, militarnych, jak gospodarczych i ustrojowych, szlachta święcie wierzyła w wyjątkowość swojego ustroju nad innymi państwami świata. Duma narodowa i heroiczna gotowość do poświęcenia się ojczyźnie, stały się pożywką do braku krytycyzmu wobec wad własnych i państwa, oraz uprzedzenia wobec obcych – sąsiadów, innowierców czy zdobyczy naukowych.

Co więcej wkrótce wokół Rzeczypospolitej wysnuto mit o byciu „przedmurzem chrześcijaństwa”, jedynym i najlepszym obrońcą wiary katolickiej będącej pod silnym naporem heretyków i odszczepieńców. Nic dziwnego, że w obliczu pogarszającej się sytuacji wewnętrznej i zewnętrznej, w Rzeczypospolitej zaczęło rosnąć ksenofobia.

Paradoksem tego stanu była orientalizacja, jaka stała się częścią polskiej kultury. Nasza szlachta zaczęła czerpać z wpływów muzułmańskich, zwłaszcza z terenów Persji i Turcji. Zaczęto obnosić się w zdobycznych strojach muzułmańskich, ozdobach i broni. To namacalne bogactwo stało się częścią „rdzennie polskiej” tożsamości narodowej. Wyznaczało status społeczny – bogactwo, znaczenie oraz polską odmienność na tle zachodniej Europy.

Wraz z upadkiem państwa, zaczęła podupadać nasza oświata. Było to zwłaszcza widoczne od drugiej połowy XVII stulecia, gdy zmalała ilość szkół parafialnych, dających podstawy wykształcenia. Ponadto wyłączność na nauczanie uzyskał Kościół, reprezentowany przez pijarów i jezuitów. Spadł poziom nauczania na uniwersytetach w Krakowie, Wilnie i Zamościu. W miejsce nauk ścisłych i przyrodniczych, zaczęła królować teologia. Innowiercy zaczęli uczęszczać do europejskich gimnazjów protestanckich.

Sarmatia. Czarna legenda złotego wieku – nowe podejście

Książkę tę czyta się niemal jednym tchem. Znalazłem w niej cały ogrom informacji, których dotychczas nie znalazłem ani w podręcznikach, ani w sporej części dzieł poświęconych Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Autor nie tylko ukazał sarmatyzm, jak i pewne mankamenty ustroju Polski, ale i wytłumaczył, dlaczego tak, a nie inaczej postrzegała te zagadnienia sama szlachta. O dziwo, przekonał mnie do częściowej zmiany mojego nastawienia do szlachty. Dotychczas jawiła mi się ona jako sfora rozwydrzonych, nieokrzesanych politykierów, którzy byli zajęci dbaniem tylko o własne dobro. Jednak to tylko fragment prawdy.

Autor ukazał również tę drugą stronę medalu – ci awanturnicy, niejednokrotnie mieścili się w ramach prawnych Rzeczypospolitej. I tylko dalsze niespodzianki dziejowe sprawiły, że ich protesty i działania, przyniosły wręcz odwrotny skutek do zamierzonego. Co więcej, gdy obce państwa odkryły, co jest słabą stroną polskiego ustroju, zaczęły one wykorzystywać te wady, starając się ugrać dla siebie jak najwięcej. A że zawsze znajdzie się gagatek gotowy „dorobić”, nie ma co się dziwić… To cecha wspólna wszystkich narodów.

Książka podoba mi się pod wieloma względami. Po pierwsze – zaczyna ukazywać nasze dzieje przez pryzmat spokojnej analizy źródeł. Nie ma tutaj górnolotnych analiz, promowania mesjanistycznej, choć tragicznej teorii naszych dziejów. Wszystko jest wyłożone powoli, delikatnie i sensownie.

Po drugie – na łamach książki mamy możliwość zapoznania się z wieloma fragmentami źródeł z omawianej epoki. Rzucają one nowe światło na niektóre zagadnienia. Skłaniają do ponownej interpretacji pewnych faktów i szukania większej ich złożoności. Trochę szkoda, że zabrakło „tłumaczenia” ówczesnej polszczyzny. Szczerze, nie zawsze byłem w stanie zrozumieć złożoności wypowiedzi naszych przodków. Po trzecie – znaleźć tutaj można dosyć pokaźną ilość ilustracji – z kronik, pism, mów…

Podsumowując – sądzę, że to naprawdę ciekawe źródło historyczne i początek debaty nad nowym spojrzeniem na naszą historię. Dzięki solidnej analizie, ale pozbawionej naukowego tonu, łatwiej było mi zrozumieć i postawy szlachty, i zawiłości prawno-ustrojowe Rzeczypospolitej. W ten sposób poczułem, że mam przed sobą możliwość poznania nowych aspektów historii państwa, w którym przyszło nam żyć. To coś naprawdę interesującego. Polecam książkę z całego serca.

Książka zawiera się na 384 stronach, podzielonych na dziesięć rozdziałów. To pozycja nie tylko dla wziętych badaczy polskich dziejów, ale i dla każdego, kogo interesują prawda, rzetelność. Książkę czyta się lekko, z poczuciem, że bierze się udział w czymś odkrywczym. Dla mnie to była naprawdę ciekawa i owocna przygoda. I zdecydowanie inaczej będę spoglądał na pewne sprawy dotyczące polskich dziejów.


Wydawnictwo Znak Horyzont
Ocena recenzenta: 6/6
Ryszard Hałas


Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Znak Horyzont. Tekst jest subiektywną oceną autora, redakcja nie identyfikuje się z opiniami w nim zawartymi.

Comments are closed.