pierwsze kroki BCh Ośki

Od świtu wolności – pierwsze kroki BCh Ośki

Bagnet przy gardle volksdeutscha, mundury zdobywane podstępem, rowerowe rajdy przez lasy pełne niebezpieczeństw – tak rodził się opór tam, gdzie inni bali się oddychać głośno. W chłopskich dłoniach zwykła ośka z roweru stawała się symbolem odwagi, a w sercach dojrzewała determinacja, by walczyć mimo wszystko. W takich realiach stawiał pierwsze kroki BCh Ośki, tworząc oddział, który nie tylko zdobywał broń, ale i nadzieję dla zastraszonej prowincji.

Wiejscy chłopcy, przyszli partyzanci Zgrupowania Partyzanckiego BCh „Ośka” przytłoczeni klęską wrześniową nie popadli w destrukcyjne nastroje. Wręcz przeciwnie. Kiedy zawiodła władza i tzw. autorytety, wiedzieli co trzeba robić. Odwet, a więc walka.

Już we wrześniu 1939 roku patriotycznie nastawiona młodzież chłopska znad Iłżanki rozpoczęła gromadzenie broni. Jan Sońta, przyszły „Ośka”, zbierał ją w lesie niedaleko rodzinnych Świesielic na pobojowisku pod Dąbrową. Równolegle w pobliskim Kroczowie Mniejszym to samo robił jego przyszły zastępca Władek Gołąbek wraz z bratem Edkiem i Tadkiem Wojtyniakiem.

Po broń wyprawiali się do przepastnych lasów małomierzyckich, które wraz z kompleksem lasów starachowickich tworzyły w przeszłości Puszczę Iłżecką. To właśnie tam po krwawej, dwudniowej bitwie rozwiązana została 12. Dywizja Piechoty ze składu Grupy Operacyjnej niesławnej pamięci gen. Skwarczyńskiego.

Nocne wyprawy rowerowe były niebezpieczne, jednak wprawnie omijając posterunki niemieckie, kontynuowali zbieranie broni również w następnym miesiącu. Ku ich niepocieszeniu znaleziony arsenał tworzyły wyłącznie karabiny kb Mauser wz. 98a, bagnety, granaty i amunicja. Nigdzie nie natknęli się na niezbędną w podziemiu broń krótką.

Pierwszy Mauser C 96

Niebawem nadarzyła się okazja jej zdobycia. W niedalekim Wincentowie volksdeutsch Emil Jeske chełpił się posiadaniem pistoletu Mauser oraz zapowiadał przywrócenie Polaków do porządku. Na akcję wyruszyło dwóch proto partyzantów, osiemnastoletni Romek Gorczyca i piętnastoletni Tadek Wojtyniak.

Kiedy Jeske wyszedł od niemieckiego kuma, Wojtyniak doskoczył do podpitego Niemca i przystawiając bagnet do gardła, wypowiedział sakramentalne: „Ręce do góry, nie ruszać się, bo pchnę bagnetem”! Następnie wyjął mu broń i ze słowami: „Dziękuję, dobranoc zostawił z głupawą miną. W przyszłości żaden zdobyczny automat nie sprawił większej radości” [1].

Kiedy „Jasio” został „Ośką”

W końcu lipca 1940 roku powracający rowerami z Radomia, wciąż jeszcze dwaj uczniowie Jan Sońta (pierwszy pseudonim „Jasio”) i Antoni Majewski „Trojan”, obaj mieszkańcy Świesielic, wstąpili w Osuchowie do Tadka Marsuli, ucznia radomskiego gimnazjum, a w okresie wakacyjnym urzędnika poczty. „Gruda”, bo taki obrał pseudonim, powiedział im o nadarzającej się okazji.

Mianowicie tego właśnie dnia z Kazanowa do Zwolenia poczta miała dostarczyć wykaz wytypowanych na roboty przymusowe oraz znaczną kwotę pieniężną. Listonoszowi miał towarzyszyć granatowy policjant. Zapadła decyzja przygotowania zasadzki. Czas naglił, lecz byli nieuzbrojeni. „Jasio” zdawał sobie sprawę, iż do sukcesu niezbędny jest psychologiczny efekt posiadania broni, także zastosowany wobec nieświadomego towarzysza.

Zamknął się więc w drewutni, aby w ukryciu wypolerować na poczekaniu wykręconą z koła roweru ośkę, oprawił w kawałek drewna, po czym zapakował do uszytej naprędce z czarnej skóry pistoletowej kabury. Następnie wskoczyli na rowery, kierując się do magazynu broni w Wincentowie, aby pobrać niemiecki mundur i bagnet. Popędzili z powrotem.

W lesie w pobliżu drogi Kazanów-Zwoleń „Jasio” założył mundur i pas z kaburą, po czym wyszedł na drogę. „Trojan” czekał na skraju lasu z rowerami. Traf chciał, że akurat pojawił się wehrmachtowiec na rowerze. Sońta biegłym niemieckim zagaduje, po czym bezceremonialnie wyciąga mu Walthera z futerału, oddaje Niemca pod opiekę kolegi i ponownie wychodzi na drogę, lecz tym razem uzbrojony. Za chwilę szczęście znowu dopisuje.

Pocztowiec nadjeżdża bez konwoju. „Jasio” zabiera pożądany wykaz i puszcza listonosza. Następnie uwalniają wystraszonego Niemca i odjeżdżają w kierunku Świesielic. Spryt i brawura wykazane w tej akcji przyniosły podziw i popularność wśród kręgu młodzieżowych konspiratorów tudzież nowy pseudonim – „Ośka”. 

Jak zdobywano broń i mundury?

Dwudziesty dziewiąty sierpnia 1940 roku, droga Szydłowiec-Sadek. Uzbrojeni w broń krótką „Ośka” i Edek Ciesielski, ps. „Kula”, zasadzili się na dwóch Bahnschutzów, którzy urządzali sobie prywatne kontrybucje. Metoda? Podstęp i brawura. W wiklinowym koszyku umieścili kilka kurzych jajek, przykryli białym płótnem i wolnym kroczkiem wyruszyli na spotkanie. O zmroku,. kiedy chciwi strażnicy kolejowi zaczęli gmerać w koszyku, nagle usłyszeli znajome: Hӓnde hoch! Błyskawiczna akcja przyniosła plon w postaci dwóch pistoletów, amunicji, czapek, munduru tudzież rowerów, którymi odjechali [2].

Po kilkudniowym pobycie w Radomiu „Ośka” i „Kula” w mundurach niemieckich udali się przedziałem II klasy w stronę Warszawy. W jednym z przedziałów siedział samotny oficer lotnictwa. Postanowili dalszą podróż odbyć razem z nim. Niemiec po kilku minutach zasnął. Na wieszaku wisiał jego mundur, pas z pistoletem i czapka. Przed stacją Lesiów „Ośka” i „Kula” zabrali wiszące umundurowanie oraz broń i wyskoczyli ze zwalniającego bieg pociągu. (Lesiów leży około dziesięć kilometrów na północny-wschód za Radomiem, na trasie kolejowej do Warszawy) [3].

Po Wszystkich Świętych tegoż roku „Boryna” i „Krotka” wraz „Tyrolkiem” wracali rowerami z amunicją, granatami oraz innym wyposażeniem wojskowym z wyprawy podjętej w okolice Tarłów-Zawichost-Sandomierz. W połowie trasy zostali zatrzymani przez dwóch hitlerowców. Konsternacja, strach, wahanie, wreszcie decyzja pchnięcia żandarma rowerem i dobycie broni. Rozbrojenie, błyskawiczna rewizja i ucieczka na rowerach.

W połowie grudnia 1940 roku „Ośka” i „Kula” w niemieckich mundurach i z podręczną bronią pojechali drugą klasą w przedziale „Nur fȕr Deutsche” do Szydłowca. Dalej chłopską furą do Łącznej na północ od Kielc, gdzie znajdowała się ukryta powrześniowa broń. Do Radomia wracali ponownie wagonem tylko dla rasy panów, z tym że z wypełnionymi bronią pakunkami, a stamtąd już podwodą do pierwszego magazynu broni u „Piotra” w Wincentowie. 

Warto w tym miejscu również odnotować następującą historię, otóż pewnego razu „Ośka’ wraz „Kulą” przebrani za Niemców tyrolskich wsiedli w Skarżysku-Kamiennej do wagonu „Nur fȕr Deutsche” pociągu relacji Kraków-Warszawa. W jednym z przedziałów skradli dwa komplety mundurów śpiącym gestapowcom. Wysiadka w Radomiu z uwagi na skrupulatną kontrolę nie była możliwa, zatem wyskoczyli w Lesiowie.

Lepszy żandarm w garści niż gestapowiec na dachu

Zaraz po Wszystkich Świętych 1940 roku, „Baca” i „Sławek” wybrali się do Radomia, zdobyć mundury niemieckiej żandarmerii, a najlepiej gestapowskie. Mieli namiary na sklep mundurowy. Niestety okazało się, iż koncesjonowany punkt prowadzi jedynie nakrycia głowy. Resztę postanowili uzupełnić nazajutrz.

Po zmroku Małaczek uzbrojony w oberżyna, zaś Wojtyniak ze swoim Mauserem wyszli na szosę Zwoleń-Radom, między lotniskiem, a przejazdem kolejowym czatując na pojedynczego Niemca, co było o tyle utrudnione, iż żandarmi zazwyczaj przemieszczali się w grupie. Czekali dobrą godzinę, kiedy od strony miasta pojawiła się mundurowa sylwetka.

Nie był to gestapowiec, lecz żandarm. Szybka akcja i „Sławek” wyciąga Niemcowi pistolet z kabury. Następnie w uprzednio upatrzonej szopie pozbawiają wroga umundurowania, wiążą, kneblują i zabezpieczając przed wychłodzeniem, litościwie okrywają płaszczem. Po drodze „Sławek” z aptecznego telefonu dżentelmeńsko zawiadamia posterunek o aktualnym pobycie jeńca.

Nicolausfӓhrt! Es Weihnachtet sehr [4].

Nocą tuż przed świętami Bożego Narodzenia 1940 roku pod mleczarnię w Wielgiem zajechały trzy wozy parokonne. Czterech żandarmów nie pytając o zgodę zaskoczonego późną porą kierownika, załadowało na wozy setki, starannie opakowanych bloków masła, każdy po pięć kilo. Wręczyli stosowne pokwitowanie i odjechali.

„Żandarmi” przez dobrych kilka godzin przemieszczali się w trójkącie – Wielgie, Ciepielów, zahaczając o Lipsko, zrzucając pod co biedniejszymi zagrodami i częstokroć na oczach zdumionych mieszkańców, pięknie opakowane tafle masła. Nazajutrz rano prawdziwi nazistowscy żandarmi zgłosili się do mleczarni po odbiór ładunku masła. Rozpoczęło się dochodzenie. Na pytanie o rysopisy tymczasem padała wyłącznie jedna odpowiedź: „Tak jak panowie, tylko trochę młodsi”. Na takie dictum wściekli Niemcy rozjechali się po okolicy, na próżno przeprowadzając kolejne rewizje [5].

W Zalesiu i Górze Puławskiej

W niedzielę dwunastego stycznia 1941 roku, „Baca” wespół z „Trojanem” opuścili kwaterę w Sydole, udając się do Zwolenia. Stamtąd ruszyli pieszo do oddalonego o ponad 15 kilometrów Zalesia, celem rozbrojenia tamtejszego wójta, Johanna Lutziuscha oraz jego pomocnika. Łupem padły dwa pistolety wraz z amunicją.

W dalszej kolejności biorąc volksdeutschów jako zakładników, wyruszyli zarekwirowanymi saniami do oddalonego o około pięć kilometrów Urzędu Gminnego w Górze Puławskiej, niszcząc na miejscu dokumenty rolniczych zadłużeń. Zabrali powielacz, matryce, cenny papier oraz ogołocili kasę, pozostawiając oczywiście stosowne pokwitowanie. Ordnung muss sein. Nocą puścili Niemców wolno, zaś sami, obciążeni zdobyczą i brnąc przez zaspy, po północy dotarli na kwaterę.

Oddział

W ostatnich dniach marca 1941 roku w lesie pod Chotyzami odbyła się koncentracja. Oddział liczył już ponad dwudziestu ludzi. W skład arsenału wchodziło dwadzieścia kabeków, jeden kaem, dwanaście pistoletów, dwie skrzynki granatów i około dziesięciu tysięcy sztuk amunicji. Do tego cztery kompletne mundury niemieckie. W terenie mogli pochwalić się stałymi kwaterami i oddaną grupą wtajemniczonych współpracowników. 

Po dokonaniu przeglądu przystąpiono do omówienia zadań i metod. Główna linia podziału przebiegała pomiędzy koncepcją „Ośki” forsującego rozbudowę oddziału wraz z intensywnym rozbrajaniem Niemców, a starszym z braci Owczarków „Posępnym”, który radził ostrożność i systematyczne szkolenia.

Nadto proponował położenie nacisku na samowychowanie, w warunkach bowiem wojennej demoralizacji najistotniejsze w walce jest trzymanie się twardych zasad moralnych, co pozwala zachować człowieczeństwo. Dyskusja przyniosła kompromis. Postanowiono rozbudowywać oddział, przyjmując potrzebę samowychowania opartego na tradycjach wiciowych.

Zaufanie jako podstawa konspiry

Konspiracja w latach 1940 ‒ 1941 była niezwykle trudna. Opanowanie Danii, Norwegii, Beneluxu, klęska Francji, narastający terror, wszystko to przyczyniało się do defetystycznych nastrojów, służalczości względem najeźdźców, nie wyłączając kolaboracji. Brutalizm i systemowe zbrodnie okupanta, gehenna narodu żydowskiego, częstokroć dawnych sąsiadów, jedynie pogłębiała otaczającą grozę bądź moralną degrengoladę.

Zwiększały się nastroje zwątpienia. W takich warunkach nie wszędzie udawało się zorganizować siatkę. W poszczególnych wsiach do organizacji przystępowały zaledwie pojedyncze rodziny. Zaufanie było najcenniejszym kruszcem. Na te pierwsze kwatery, wówczas głównie stodoły i strychy, skradano się nocą. Każde spojrzenie zza firanki mogło grozić donosem. Jednak to właśnie tam rodziło się braterstwo, a poza tym bojowcy świadomie przyjmowali możliwość utraty życia, dbając zarazem, aby nie narażać cywilów. Mimo to, a może właśnie dlatego, znajdowali się ludzie podejmujący konspiracyjną rękawicę. 

„Ile razy przyszliśmy na kwaterę, bez względu na porę, zawsze jednakowo ciepło i życzliwie nas przyjmowano. (…) Nie chciano przyjmować od nas artykułów żywnościowych (…). Przeważnie (…) padała jedna odpowiedź: >>Zachowajcie dla siebie, przyda się wam. (…). Jedzcie, niech wam będzie na zdrowie<<” [6].

Krwawa środa ‒ 18 marca 1942

Trzeci rok wojny, apogeum terroru. Przesiąknięci nazistowską ideologią miejscowi volksdeutsche postanowili ostatecznie wyrównać rachunki. Pretekstem stało się przypadkowe zabicie jednego z nich przez pospolitego bandytę pod koniec lutego. Wraz z nastaniem świtu 18 marca w zsynchronizowanej akcji wszystkie wioski w obszarze pomiędzy Zwoleniem, Ciepielowem, a Kazanowem zostały objęte pacyfikacją.

Mieszkańców wybierano podług list proskrypcyjnych. Gestapo, SS i żandarmerię wspomagali miejscowi Niemcy. Wyciągano z łóżek i zabierano, niektórych rozstrzeliwano na miejscu. Strzały dochodziły zewsząd. Przed egzekucją skazanych bito. W lasku pod Karolinem związanych postronkami po pięciu, mordowano nad wielkim dołem strzałami w potylicę. Konspiratorzy ginęli obok ukrywanych Żydów oraz ich opiekunów. Przygnębienie i rozpacz tym bardziej uświadomiły konieczność powstrzymania się z natychmiastowym odwetem wobec potężnego wroga.. Na walkę z otwartą przyłbicą jeszcze było za wcześnie.

Z instrukcji Komendy Głównej BCh w sprawie akcji dywersyjnej z lutego 1944 roku.:

„5. Przeprowadzenie akcji dywersyjnej musi wykluczać możliwość represji ze strony okupanta na bezbronnej ludności (…)” [7].

Narada

Miesiąc po pamiętnej masakrze oddział dokonał koncentracji w lasach małomierzyckich. W przypadku planowych mordów i aresztowań, sytuacja jaka się wytworzyła, wymagała zrewidowania sposobu działalności. Niektórzy doznali załamania, inni żądali odwetu. Wśród cywilów nasilały się postawy bezradności, poddaństwa, wreszcie kolaboracji.

Postanowiono zatem przerzucić główne siły za Wisłę, w rejon powiatu puławskiego, na miejscu zaś pozostawić dwie grupy wypróbowanych bojowców do pilnych zadań. Zdecydowano o dalszej rozbudowie sieci uzbrojonych placówek. (Za dnia prowadzili gospodarstwa, w nocy chodzili na akcje). Czyniąc przygotowania, należało jeszcze poczekać na odwet.

Bimber, orka, fryzjer

Ekipa, która pozostała na miejscu, dała odpór pladze pijaństwa, donosicielstwa i bimbrownictwa, nie tyle ze względu na wiciowe korzenie samoświadomości, ale głównie celem przeciwdziałania praktyce okupanta, która prowadziła do rozpijania chłopstwa, uczynienia z niej ciemnej masy i nagradzania za donosy, stąd m.in. wódczane premie za dostawy kontyngentowe.

Handel żywnością bywał srogo karany, natomiast bimbrownicy zazwyczaj pozostawali poza zasięgiem zainteresowania hitlerowskiego aparatu. Partyzantom chodziło też o zaznaczenie obecności ruchu oporu. Niszczono aparaturę, karano chłostą gadulskich pijaków, wylewano bimber, uciszano szpicli. Fala donosów zalewała zresztą cały okupowany kraj. Czasami bez wzbudzania podejrzeń, udawało się odczytać niektóre z nich: 

„Ktoś z Białobrzegów (Białobrzegi nad Pilicą, miasteczko 30 km na płn.-zach. od Radomia) pisał po polsku do gestapo, wskazując na swych sąsiadów, że konspirują, gromadzą broń, urządzają tajemne zbiórki po lasach i >>bluźnią<< Hitlerowi. Autor tekstu kończył wiernopoddańczym zapewnieniem, że jeśli gestapo sobie życzy, on będzie zawsze nadsyłał informacje, gdyż niczego tak nie pragnie, jak służyć dobru Rzeszy Niemieckiej. List podpisany był imieniem i nazwiskiem (…) polskim. Załączony był adres” [8]. 

Składano niezapowiedziane wizyty miłośnikom niemieckich porządków, posypały się upomnienia, kary chłosty, aż do sporadycznych wyroków śmierci, próbując jednak zostawić uprzednio furtkę poprawy. Wkrótce rezultaty przerosły oczekiwania. Zmalała liczba kontaktów z volksdeutschami, a „gaduły” przycichły. Jedną z metod było strzyżenie włosów kobietom nazbyt przychylnym Niemcom. „Przecież wiadomo, że z taką nikt już później na wsi nie chce nawet rozmawiać. Czuje się jak parszywa owca w stadzie”[9]. 

Uwolnienie aresztantów w Zwoleniu

Gdy pod koniec września 1942 roku oddział „Ośki” wciąż stacjonował na prawym brzegu Wisły, w Świesielicach na kwaterze u Wojewódków jako grupa do specjalnych poruczeń przebywali wyłącznie „Baca”, „Mały Jaś” Wojewódka oraz „Komar” Antek Siwicki. W tym czasie doszło do masowego aresztowania mieszkańców podzwoleńskich miejscowości, w tym współpracującego z organizacją Antoniego „Doktorka” Kmiecia z Babina. Przed wywiezieniem na Gestapo do Radomia, wszystkich zamknięto w zwoleńskim areszcie.

Należało się spieszyć. „Mały Jasio” na polecenie „Bacy” natychmiast zawiadomił „Bulę” Władka Owczarka z niedalekich Chotyz. Ten z pożyczonego od sąsiada karabinu sprawił sobie łatwego do ukrycia obrzyna, skończył orkę w polu i na wieczór zjawił się u Wojewódków. W tym czasie „Baca” ściągnął pożyczoną podwodą trzy karabiny z magazynu Wólczyńskiego w Tymienicy.

Na wieczór 30 września ekipa w prochowcach okrywających mundury Schutzpolizei wyruszyła rowerami do Zwolenia. Z uwagi na szczupłe siły, jak też usytuowanie aresztu w centrum miasteczka, rozwiązanie siłowe było wykluczone. Powodzenie mógł zapewnić wyłącznie podstęp. Po przecięciu kabli telefonicznych „Komar” i „Mały Jaś” ubezpieczali w mieście, zaś „Baca” z „Bulą” zastukali w bramę aresztu. Zaskoczony późną wizytą niemieckich oficerów strażnik otworzył drzwi.

Uwolniono wszystkich pięćdziesięciu aresztantów łącznie z „Doktorkiem”, któremu wręczono pistolet. W pewnym momencie w centrum wybuchła strzelanina. To atakował nocny patrol żandarmerii. W ruch poszły partyzanckie granaty. „Bula”, „Baca” i „Doktorek” natychmiast wsparli kolegów, przyjmując walkę celem umożliwienia ucieczki aresztantom. W nocnej wymianie ognia zwłaszcza obrzyn „Buli” za sprawą niższej prędkości wylotowej pocisku sprawiał kolosalne wrażenie potężnym hukiem tudzież imponującym słupem ognia.

Meldunek z placówki przysłany dwa dni po akcji donosił o treści sprawozdania jakie przesłał polski sekretarz Zarządu Miejskiego niemieckim władzom. Skład ilościowy „bandy” określono w nim na około 60 osób. W tym duchu raportowali też radomskim zwierzchnikom miejscowi żandarmi.

Pierwsza faza walki partyzantów „Ośki” koncentrowała się na zdobywaniu broni i mundurów, organizowaniu kwater, magazynów czy placówek terenowych oraz pomocy ludności chłopskiej m.in. za sprawą niszczenia hitlerowskiej ewidencji. Z czasem powstał 20 ‒ osobowy oddział taktyczny, swoją obecnością mający duży wpływ na morale cywilów.

W latach 1939 – 1942 podjęcie otwartej walki przyniosłoby niepotrzebną hekatombę ofiar, choć niemieccy oprawcy wcale nie potrzebowali pretekstu. Masakra z marca 1942 roku przyniosła rewizję partyzanckich planów. Żołnierze „Ośki” zintensyfikowali swe działania. Ten etap zakończył powrót głównych sił oddziału zza Wisły 28 października 1942 roku.


Bibliografia:

  • Bednarczyk Przemysław, Jan Sońta „Ośka” (1919 – 1990). Partyzancka biografia, Muzeum Historii Polskiego Ruchu Ludowego, Warszawa 2007
  • Dobroń Marcin, Żołnierze „Ośki”. Dzieje Zgrupowania Partyzanckiego Batalionów Chłopskich „Ośka” w pasie przyfrontowym 1944/1945, Wydawnictwo Ateneum, Radom 2011
  • Gołąbek Władysław„ Boryna”, Bez rozkazu, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1966
  • Gołąbek Władysław „Boryna”, W oddziałach Batalionów Chłopskich na Kielecczyźnie 1940-1944, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1958
  • Gołąbek Władysław „Boryna”, Nie wiedział co to lęk. Opowieść o Tadeuszu Wojtyniaku „Bacy”, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1972
  • Hillebrandt Bogdan, Narodziny ruchu partyzanckiego na Kielecczyźnie w czasie okupacji hitlerowskiej, „Rocznik Muzeum Świętokrzyskiego” tom 5, Kielce 1968, s. 111-132.
  • Jackiewiczowa Elżbieta, Pokolenie Teresy, Nasza Księgarnia, Warszawa 1981
  • Jagiełło Stanisław, Kryptonim Telegraf. Z dziejów batalionów Chłopskich na Kielecczyźnie,  Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1979
  • Materiały źródłowe do historii polskiego ruchu ludowego, t. IV 1939-1945, zebrał Nowak Jan, opr. Mańkowski Zygmunt, Nowak Jan, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1966.

Przypisy:

[1]Gołąbek Władysław, Boryna”, Bez rozkazu, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1966, s. 21-23.

[2] Władysław Gołąbek „Boryna”, W oddziałach Batalionów Chłopskich na Kielecczyźnie 1940-1944, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1958, s. 27-28.

[3] Ibidem, s. 28.

[4] (niem). Wycieczka Mikołaja; Nadchodzą święta

[5] Gołąbek Władysław „Boryna”, Nie wiedział co to lęk. Opowieść o Tadeuszu Wojtyniaku „Bacy”, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1972,.s. 113-114.

[6] Gołąbek Władysław „Boryna”, Bez rozkazu, op. cit., s.62-63.

[7] Materiały źródłowe do historii polskiego ruchu ludowego, t. IV 1939-1945, zebrał Nowak Jan, opr. Mańkowski Zygmunt, Nowak Jan, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1966, s. 339.

[8] Jackiewiczowa Elżbieta, Pokolenie Teresy, Nasza Księgarnia, Warszawa 1981, s. 109.

[9] Gołąbek Władysław „Boryna”, Bez rozkazu, op. cit., s.92-93 i 97.

Comments are closed.