Życie żołnierzy Wehrmachtu

Życie żołnierzy Wehrmachtu na froncie wschodnim

Brud, głód, strach i śmierć towarzyszyły im każdego dnia, ale nikt nie pisał o nich w raportach. Życie żołnierzy Wehrmachtu na froncie wschodnim to opowieść o ludziach wplątanych w bezwzględną machinę wojny, gdzie heroizm znaczył tyle, co przetrwanie kolejnej nocy. Ich losy ginęły w ciszy okopów, zagłuszane hukiem artylerii i obojętnością historii.

Jak wyglądała druga wojna światowa oczami zwykłych żołnierzy Wehrmachtu? W książce Żołnierze Hitlera. Wehrmacht na polu walki Stephen G. Fritz pokazuje brutalną rzeczywistość frontu wschodniego – życie w okopach, strach przed śmiercią, głód i psychiczne wyczerpanie. To nie heroiczna opowieść, lecz poruszający obraz codzienności niemieckich żołnierzy, którzy stali się zarówno narzędziami nazistowskiej machiny, jak i jej ofiarami. Poznaj wstrząsającą prawdę o wojnie, której nie pokazują podręczniki historii.

Tkwiąc w okopie na głębokim, zaśnieżonym pustkowiu podczas długiej rosyjskiej zimy, wstrząśnięty i wyczerpany koszmarami „upiornych tygodni obronnych bitew”, które niedawno się toczyły, Günter von Scheven mimo wszystko w marcu 1942 roku wychwalał niemieckiego Landsera (żołnierza piechoty): „Nie sadzę, aby w dzisiejszych Niemczech jakiekolwiek dzieło sztuki mogło się równać z wyczynami prostego żołnierza, który utrzymuje się na swojej pozycji pod ciężkim ostrzałem artyleryjskim w beznadziejnej sytuacji” – pisał w poruszającym liście do ojca.

„Ten nieznany żołnierz wybija się znów pośród bezimiennej wielkości na polu bitewnym. […] Anonimowy, znany tylko swoim nielicznym towarzyszom broni, ginie w milczeniu samotną śmiercią, odchodzi w nieznane, a jego doczesne szczątki nikną w otchłani na wschodzie, jak gdyby nigdy nie istniały”. Schevenowi dobrze udało się oddać w tych słowach poczucie egzystencjalnego osamotnienia odczuwane przez wielu tamtych żołnierzy, rozpaczy wynikłej z lęku, że ich krzyków nikt nie usłyszy, że nie zabrzmią echem wśród wielkiej wojennej hekatomby.

„Od tamtej pory generałowie piszą raporty z tych wydarzeń, lokalizując poszczególne katastrofy i jednym zdaniem albo w kilku wierszach podsumowując straty”, pisał z goryczą Guy Sajer w autobiografii opatrzonej trafnym tytułem Zapomniany żołnierz, „ale, z tego, co mi wiadomo, nigdy nie relacjonują jak należy niedoli żołnierzy rzuconych na łaskę losu, jakiego chciałoby się oszczędzić nawet najgorszej łachudrze. Nigdy nie wspominają o kolejnych godzinach męczarni. […] Nigdy nie wspominają o szarym żołnierzu, czasami okrytym chwałą, czasem pobitym i pokonanym, […] zmieszanym przez zabijanie i upodlenie, a potem i przez rozczarowanie, kiedy uświadamia sobie, że zwycięstwo nie przywróci mu wolności”.

Dalej na południu, na Krymie, Alois Dwenger wyrażał podobne odczucia. „Często rozdrażniają mnie suche relacje w nieudolnie spisanych wspomnieniach”, zauważył pogardliwie w maju 1942 roku.

Ostatnio czytałem raport z pewnego natarcia, w którym […] przywołano tak wiele szczegółów, że przy okazji zapomniano o codzienności wojny, o działaniach prostych żołnierzy. Ci prości piechurzy są bez wątpienia bohaterami. Tam, w okopie […], tkwi Landser i nie może wystawić nosa, nie narażając się na jego roztrzaskanie, a jednak musi obserwować nieprzyjaciela. Wobec tego ciągle wyziera ostrożnie zza osłony, a w każdej chwili może go trafić kula. Pociski spadają codziennie […], wywołując wstrząsy i rozrzucając grudy ziemi, okopy drżą, nad głowami ze świstem przelatuje odłamek. Po nocach, kiedy nic nie widać, za to więcej słychać, gdy oczy łzawią od nieustannego wypatrywania, a wyobraźnia gorączkowo pracuje, siedzi okutany w swoim kącie w schronie, marznąc godzina po godzinie, nasłuchując z napiętymi nerwami. Podczas szarzejącego świtu wyczołguje się z okopu, przemarznięty do kości i śmiertelnie znużony; ciasno tam, wilgotno, hałaśliwie i półmroczno; bardzo dokuczają wszy. Uważam, że prawdziwy heroizm to znoszenie takiego strasznego codziennego życia.

Ponad pięćdziesiąt lat później większość z tych narzekań na pomijanie roli Landsera, czyli tego, kogo sami niemieccy żołnierze nazywali ordynarnie Schütze Arsch („strzelający tyłek”), pobrzmiewa prawdziwie. Mimo że szary żołnierz odgrywał kluczową rolę w wydarzeniach minionego stulecia wojen, historycy tradycyjnie skupiali uwagę na „wierzchołku góry”: strategii, taktyce, decyzjach i organizacji wojsk, co, choć niewątpliwie ma znaczenie, nie stanowi istoty wojny. Z takiej perspektywy szeregowy żołnierz wydawał się zaledwie pionkiem, trybikiem machiny, mającym tylko odbierać i wypełniać rozkazy. „Bezosobowy, anonimowy tłum, który po prostu dostaje rozkazy odegrania wydarzeń [tego dramatu]” – użalał się Claus Hansmann w swoim dzienniku. „Strategiczny plan, jakże odległy od krwawej tragedii. Co ona ma wspólnego z tym, kto stoi na szczycie? On nie słyszy ich wrzasków ani urywanych oddechów. […] Czy ma o nich myśleć, o tych siedmiu, których porwał nurt Dniepru; czy ma się zastanawiać, jak daleko się zapuścili, jak przesiąkły wodą ich mundury, jak pobladły im twarze? Czy ma rozmyślać o tym, jak pękają im serca, o matkach, żonach, dzieciach?” Nic dziwnego zatem, że Hansmann określił „żołnierski los [jako] przysięgę złożoną śmierci”. „Żołnierzowi musi dopisywać szczęście, i to często” – lamentował inny Landser w uderzająco podobnych słowach. „Żołnierska przysięga, żołnierska radość, żołnierskie pieśni, śmierć żołnierza – wszystko to stapia się w jedno!”

Wojny, nawet te najbardziej prymitywne konflikty zbrojne, zawsze były, jak zwraca uwagę Robin Fox, złożonym, zawikłanym, wysoce zorganizowanym aktem ludzkiej wyobraźni i inteligencji, tak więc fascynację „wyższymi” aspektami wojny łatwo zrozumieć. Ale jak zauważył Lew Tołstoj, prawdziwe realia wojny, a także samej historii, tkwią w nieuświadomionym, zbiorowym życiu ludzkości. „Nie jestem oficerem Sztabu Generalnego ani wojskowym ekspertem, który widzi wojnę wyłącznie oczami taktyka”, zanotował w grudniu 1941 roku niemiecki piechur Kurt Vogeler, „tylko kimś, kto przeżył wojnę jako człowiek”.

A brytyjski marszałek polny Archibald Wavell napisał do sławnego historyka wojskowości B. H. Lidella Harta: „Gdybym miał czas […] na studiowanie wojen, to, jak sądzę, skupiłbym się niemal całkowicie na «prawdziwości wojny», na skutkach wyczerpania, głodu, strachu, niewyspania, pogody. […] Zasady strategii i taktyki […] są niedorzecznie proste: właśnie realia wojny czynią ją tak złożoną i trudną, a historycy zwykle je pomijają”.

John Keegan stwierdził mniej więcej to samo – iż pozostają zasadniczo niezbadane przez historyków sfery, w których zachodzą na siebie dzieje społeczne i militarne. „Oddolna” historia militarna, wojna z perspektywy zwyczajnego żołnierza, stanowi jedną z nich. Ostatecznie, jak wykazał Wolfram Wette, niemieckie siły zbrojne w okresie drugiej wojny światowej składały się z blisko dwudziestu milionów ludzi, z których zaledwie niespełna jeden procent stanowili starsi rangą oficerowie (od stopnia majora w górę). Wielką pozostałą masę, 99 procent personelu Wehrmachtu, tworzyła „anty-elita” – zbiorowisko poborowych, podoficerów i młodszych oficerów. Ludzie ci wywodzili się z rozmaitych środowisk w sensie pozycji społecznej i ekonomicznej oraz wykształcenia, lecz mimo to jedno ich łączyło: poznali wojnę z bliska, „na żywo”, a problemy wojennej codzienności były dla nich czymś przerażająco konkretnym. Za- tem, aby zrozumieć realia wojny, owej wojny z bliska, historyk winien oddać głos anonimowemu żołnierzowi i przeanalizować jego podwójną rolę – sprawcy i ofiary. Żołnierze niemieccy jako sprawcy, działając z przekonania lub też nie, zaistnieli jako część wielkiej niszczycielskiej machiny, gotowej i skłonnej do niszczenia i zabijania dla osiągnięcia celów wytyczonych przez morderczy nazistowski reżim. Z kolei w roli ofiar znosili codzienne fizyczne trudy, psychologiczne brzemię, a często także silne lęki wynikające ze strachu przed śmiercią i zabijaniem, które dla wszystkich frontowców były czymś powszednim. Traktowani przez swoich politycznych przywódców jako instrumenty służące do osiągania celów nazizmu (człowiek winien oddać życie na rzecz przetrwania narodu) żołnierze szarej niemieckiej piechoty paradoksalnie najbardziej obawiali się tego, że polegną jako bohaterowie na progu ostatecznego zwycięstwa. „Nie ma gorszej śmierci”, zapisał w dzienniku pewien Landser, „od tej bohaterskiej”. A przy innej okazji zastanawiał się: „Czy bohaterska śmierć jest zatem ideałem na tym świecie?”.

Przeszłość często obrasta w otoczkę legendy, a w szczególnym stopniu odnosi się to do dziejów tak gigantycznego konfliktu zbrojnego, jakim była druga wojna światowa. Historyk nie jest w stanie odtworzyć minionego życia przeciętnego żołnierza, ale może po prostu podjąć próbę względnie precyzyjnego odzwierciedlenia tego dramatu w kategoriach ludzkich dążeń i zapatrywań, aby niejako wejść w przeżycia innych i przedstawić je z prawdziwej i przemyślanej perspektywy. „Kiedy dziś spoglądam na wojenne zdjęcia w kolorowych czasopismach”, zapisał pewien anonimowy żołnierz, „od razu zauważam jedno: dosłownie każde pokazuje wszystko, poza istotą wojny”. „Pozornie, tak jak to wygląda w cotygodniowych kronikach filmowych, żołnierskie życie wydaje się świetne, a przede wszystkim romantyczne”, oznajmił inny szeregowiec swoim rodzicom, „ale wszystkie te złudzenia i iluzje bardzo prędko się rozwiewają w surowej [wojennej] rzeczywistości”.

Claus Hansmann odmalował znakomity obrazowej „surowej rzeczywistości”, będącej udziałem typowego frontowca:

W deszczu namioty wydają nam się sztywne i podobne do ziemianek, kiedy spieszymy, żeby się okopać na bagnistym polu. […] Przed nami […] szare pustkowia sprawiają, że mamy poczucie zupełnego osamotnienia. […] Z postawionymi kołnierzami i głowami wciśniętymi w ramiona dwaj wartownicy przechadzają się w tę i z powrotem na swoich posterunkach. […] Cała okolica zamiera w bezruchu przygnieciona wieczorną mgłą […], która wnika nam pod mundury, nieustannie zimna. Pospiesznie stawiamy koślawe namioty i maskujemy schron. […] Wrzucamy nasze rzeczy do dołu. […] W ciemności wpadamy na siebie i popychamy się wzajemnie. Ktoś zapala cienką świeczkę. […] Niedługo potem przeżuwamy uschnięty chleb z wiecznie takimi samym solonym mięsem z konserw. […] Jesteśmy tak zmęczeni, że nie potrafimy już myśleć. […] Światło rzuca blask na nasze pociemniałe od deszczu płaszcze i nasze nasiąknięte wodą buty, oblepione błotem i kawałkami słomy. Nożami […] zeskrobujemy błoto ze spodni i z nóg. […]

Ta cisza nam ciąży. I wtedy ktoś zaczyna z westchnieniem: „Ach, żeby ten przeklęty koszmar wreszcie się skończył!”. Wspieramy się plecami o ścianę i przenika nas chłód ziemi. Pośród dymu rozlega się […] inny głos, który wydaje się w ciemnościach dziwnie zniekształcony: „Gdybyśmy tak mogli choć na chwilę o tym wszystkim zapomnieć..!”.


Tekst jest fragmentem książki Żołnierze Hitlera. Wehrmacht na polu walki, Stephen G. Fritz, s.12-17.

Comments are closed.