Dla jednych to azyl, dla innych próba sił z samotnością, naturą i własną historią. W książce Nie dopytuj się Anna Kamińska o kobietach Bieszczadów mówi bez sentymentalizmu – o tych, które chciały żyć po swojemu, i o górach, które nie każdego przyjmują. O czym jeszcze nam opowiedziała?
Są takie książki, które pachną lasem, dymem z ogniska i deszczem spływającym po szybie górskiej chaty. Nie dopytuj się. Historie z Bieszczadów Anny Kamińskiej to właśnie jedna z nich – reporterska opowieść o ludziach, którzy zostali, przyjechali lub uciekli, i o górach, które czasem ich przygarniają, a czasem odrzucają. To książka o przerwanych biografiach, o pamięci, która nie chce wracać, i o miejscu, gdzie historia ciągle oddycha pod warstwą mchów i ciszy.
Kamińska, znana z Białowieży szeptem, wraca do swojego charakterystycznego stylu: łączy biografię z reportażem i mikrohistorią. W Bieszczadach odnajduje bohaterki i bohaterów, którzy – jak Zofia Komeda, Joanna Hasior czy Kazimierz Garstka – wybrali życie wśród mgieł i wilków zamiast wśród neonów i tłumu. Autorka nie romantyzuje tych wyborów. Pokazuje Bieszczady jako miejsce piękne i surowe zarazem, w którym natura, pamięć i samotność tworzą układ zamknięty.
Aleksandra Bernatek-Krakowiak: Łatwiej opisuje się historie z danego obszaru czy pisze biografie konkretnych postaci?
Anna Kamińska: Biografia to udręka! To pasmo kryzysów, które trzeba przejść, by w końcu skonstruować historię. Mam poczucie większej wolności przy snuciu opowieści z jakiegoś miejsca, mimo, że też bywa to okupione trudem. W przypadku biografii nie wypada pominąć kluczowego zdarzenia w życiu bohatera lub bohaterki, nawet jeśli wydaje mi się ono trudne do opisania, czy niekoniecznie najbardziej interesujące.
Mogę napisać mniej lub więcej na ten temat, ale nie mogę przejść obok tego obojętnie, czy zupełnie ominąć, jeśli był to punkt zwrotny w czyimś życiu. Pisząc książkę o charakterze reporterskim mam większą swobodę w wyborze wątków, które chcę rozwinąć.
Białowieża szeptem to „książka szeptana”. Jak można określić Historie z Bieszczadów?
To książka drogi. Opowieść wychodzona. Zbierając historie do tej książki chodziłam po Bieszczadach i pukałam do drzwi różnych osób, często bez zapowiedzi. Pojawiałam się i jeśli zastałam kogoś w domu, rozmawialiśmy. Zostawiałam samochód przy jakiejś drodze i szłam pieszo do czyjegoś domu, moi rozmówcy często mieszkają tam, gdzie nie dojedzie się samochodem.
Mam nadzieję, że czytelnicy tej książki, którzy będą „spacerować” z Simoną Kossak po bieszczadzkiej Dolinie Hulskiego, „wędrować” po Bieszczadach z Joanną Hasior, czy „jeździć” Wielką Pętlą Bieszczadzką z Zofią Komedą też odbiorą tę książkę jako opowieść drogi. Zbierając materiał ja sama też ciągle byłam w drodze, spotykałam się z rozmówcami nie tylko w Bieszczadach, ale też w Warszawie, Poznaniu, czy w Krakowie.
Zofia Komeda to postać obecnie nieco zapomniana. Dlaczego akurat jej historia jest punktem wyjścia do innych opowieści?
W Bieszczadach często słyszałam od różnych osób o „szalonej Zośce Komedowej”, która żyła nad Sanem, a przyjeżdżali do niej artyści z Warszawy i z Krakowa i docierało to do mnie na długo przed tym zanim powstał pomysł na tę książkę. To Zofia Komeda Trzcińska spowodowała, że postanowiłam poszukać w Bieszczadach innych inspirujących historii kobiet. Zofia żyje w pamięci artystów jazzowych – jako „Crazy Girl”, jak nazwał ją Komeda, tytułując tak jeden ze swoich utworów, ale także ludzi w Bieszczadach.
Chciałam ocalić ich wspomnienia. Opowieści o niej, nawet szczątkowe, wracały do mnie jak echo od lat. To jest dla mnie intrygująca postać, wielowymiarowa, budząca różne emocje, kobieta z pazurem, podobna do tych których losy opisywałam. Ma wiele wspólnych cech z Simoną Kossak, czy Wandą Rutkiewicz.
Czy łatwo było dotrzeć do rozmówców, jeśli w Bieszczadach jest tak wiele historii o które lepiej nie dopytywać?
Na miejscu wykonałam reporterską pracę taką jak wtedy, gdy pisałam o mieszkańcach Puszczy Białowieskiej, przygotowując książkę „Białowieża szeptem”, wymagało to nawiązania kontaktów, zbudowania zaufania i wejścia w pewne społeczności. W związku z tym, że od 10 lat, pisząc książki nieustannie docieram do różnych osób i namawiam do dzielenia się historiami, najczęściej przejmującymi, osobistymi, rodzinnymi trudno mi to ocenić.
Na pewno ludzie w Bieszczadach są nieufni, ściszają głos, opowiadając różne historie i trzeba wielu spotkań, by zgodzili się podzielić czymś, co ich dotyka. Zdarzało się jednak również i tak, że wystarczyło po prostu zapukać do czyjegoś domu i okazywało się, że ktoś w nim wręcz czeka, by opowiedzieć swoją historię. I wtedy te opowieści bez większego trudu po prostu płynęły.
Jeden z rozmówców mówi o tym, że mało kto z jego pokolenia otwarcie opowiada o swoich korzeniach. Rzeczywiście, powiedzieć, że historia Bieszczadów w XX w. była burzliwa, to jak nic nie powiedzieć. Czy mimo to obecnie w Bieszczadach pozostało coś z dawnej wielokulturowości?
To jest właśnie problem Bieszczadów. Pamięć została tu przerwana na skutek wysiedleń, prowadzonych w latach 40., nie tylko akcji „Wisła”, czy Zagłady i to dopytywanie o historie rodzinne często kończy się fiaskiem, nawet jeśli ktoś chce poznać swoje korzenie, a jeśli już je zna dzieli się nimi nierzadko z trudem.
Mam wrażenie, że wielokulturowość w Bieszczadach jest pojęciem folderowym, pisze się o niej krótko na tablicach dla turystów, wspomina w przewodnikach, czy wzmiankuje w folderach dla przyjezdnych, ale nie idą za tym konkretne działania: spotkania i rozmowy, pomysły na to, jak oswajać tę trudną historię i sprawić, by na tyle ją przepracować, by kolejnym pokoleniom było łatwiej o niej mówić.
Dlatego, chcąc pokazać tę wielokulturowość przywołałam w książce konkretne osoby z różnych kultur i dawne wydarzenia; chciałam przypominając je unaocznić barwny wielokulturowy tygiel.
Co mają w sobie Bieszczady, że przyciągają osoby tak nietuzinkowe jak Zofia Komeda czy Joanna Hasior?
To jest często na przykład silna potrzeba spotkania z krajobrazem, tkwiąca w ludziach, którą zielone, zamglone, czy nawet dżdżyste Bieszczady pozwalają zrealizować, czy wręcz gwarantują; dają ulgę dla oka.
Tak było w przypadku moich bohaterek, kobiet, dla których wolność była priorytetem, także ta, polegająca na doświadczaniu przestrzeni; tego, że nie widziały w Bieszczadach nic brzydkiego z okna, tego, co stworzył człowiek i nikt w nie im nie zaglądał. Jeden z moich bohaterów książki mówi, że jego przyciągnęło w Bieszczady to, że na miejscu może doświadczyć „spotkania z każdym”: wilkiem, rysiem, czy żbikiem, idzie do lasu i wie, że nie jest sam oraz to, że nikt nikomu nie narzuca w Bieszczadach stylu życia.
Każdy żyje po swojemu, nie tak jak w mieście, gdzie generalnie funkcjonujemy „od do” i jest więcej schematów, konwenansów i zasad, które determinują nasze zachowanie. Zofia Komeda szukała w Bieszczadach autentycznego spotkania z drugim człowiekiem, mówiła, że w Warszawie, gdy się z kimś spotyka, to on chce się pokazać, a nie rzeczywiście spotkać tj. zbliżyć. A ją interesowało prawdziwe spotkanie, zbliżanie i budowanie więzi z ludźmi i odnalazła to w dolinie Sanu.
Moje bohaterki uwielbiały różnorodność, nieprzewidywalność, niesztampowość i żyły w sposób szalenie twórczy, kreując swoje życie i wszystko to, co im było do tego potrzebne znalazły w Bieszczadach.
Nie dopytuj się to historie różnych osobowości, ale przeważają wśród nich kobiety. Czy od początku takie było założenie? W końcu Bieszczady „na pewno nie miały być dla kobiet”.
Tak, chciałam napisać o kobietach, czytając od lat książki o Bieszczadach zupełnie nie znajdowałam w takich publikacjach historii kobiecych, a wiedziałam przecież o Zofii Komedzie Trzcińskiej i dziwiłam się wręcz, dlaczego nikt o niej nie pisze i w ogóle brakuje wątków kobiecych w literaturze, poświęconej Bieszczadom.
Nie chciałam jednak, by powierzchownie opisywać losy kobiet, tylko wejść głęboko w ich życie, „wejść” do ich domów, poznać ich relacje z sąsiadami, opisać miejsce, jakie wybrały w szerszym kontekście tj. w przyrodzie itd. i jeszcze poszczególne historie miejscowości, w jakich się znalazły.
Kiedy otrzymałam od rodziny Joanny Hasior listy, pisane z Bieszczadów, czy dotarłam do nagrań Zofii Komedy, która osobiście opowiada o swoich 20 latach spędzonych w dolinie Sanu, wspomina je, a potem dowiedziałam się jeszcze, że ona sama chciała napisać o swoim życiu w Bieszczadach książkę, przyjęłam, że skoro przez tyle lat nikt nie wykorzystał takiego materiału, a rodziny moich bohaterek otwierają się na naszą współpracę, to ja chętnie podejmę wyzwanie.
Jacy są współcześni mieszkańcy? Jak postrzegają zmiany, które zaszły w Bieszczadach na przestrzeni ostatnich dziesięcioleci i co sami o sobie myślą?
Mieszkańcy, z którymi rozmawiałam narzekają z jednej strony na rozprzedawanie Bieszczadów; na działki, które kupują ludzie z miasta i grodzą swój teren, stawiając tabliczki: „wjazd zabroniony”, „nie ma przejazdu”, „zakaz zatrzymywania się” itd. A do tego zamykają się w domach i nie wchodzą w relacje z lokalną społecznością, jak weszła Zofia Komeda.
Utyskują też na wycinki, prowadzone w lasach i mnożące się drogi leśne, którymi transportuje się drzewa, a które budzą ich niepokój tak samo jak zwierzęta, wychodzące z lasu i szukające miejsc bliżej ludzi, bo w nim już ich nie znajdują. Na szpecące reklamy, które widać szczególnie w Wetlinie i na brak spójności architektonicznej, która wynika ze sprzedaży działek i stawiania domów przez miastowych.
Z drugiej strony cieszą się, że mogą co raz lepiej żyć z turystyki, bo obserwują przypływ ludzi odwiedzających Bieszczady. Wielu moich bohaterów, czyli tych mieszkańców, z którymi rozmawiałam i ich opowieści zdecydowałam się upublicznić to jednak ludzie, którzy jednocześnie kochają to miejsce: góry, San, wciąż jednak małe zaludnienie, ciszę, najcenniejszy przyrodniczo las górski w Polsce i akceptują je z wadami, nie wyobrażają sobie życia poza Bieszczadami.
To ludzie piękni: przyjaźni, życzliwi i łagodni, wpisani w krajobraz i mający poczucie integralności z otoczeniem, niczego nie udający, pozbawieni napięć. Wsłuchiwałam się w ich opowieści i dzisiaj dobrze rozumiem, dlaczego postrzegają Bieszczady jako wyjątkowe. Doceniam ich wrażliwość, głęboki związek z tym miejscem i spójność z tym, co dookoła. I już nie dopytuję.