Martín Caparrós, Tamte czasy. Raport z teraźniejszości
Każdy z nas chciałby poznać przyszłość, albo przynajmniej to, w jaki sposób nasze czasy zapiszą się w annałach ludzkiej cywilizacji. Martín Caparrós w swej nowej książce pod tytułem „Tamte czasy Raport z teraźniejszości”, próbuje dać nam możliwość poznania właśnie takiej perspektywy. Zabiera nas w świat o sto lat późniejszy, w którym cała ludzka cywilizacja została wywrócona do góry nogami. Wiele państw przestało istnieć, a ludzkość zgodziła się na współudział sztucznej inteligencji w rozwiązaniu najtrudniejszych cywilizacyjnych problemów. Brzmi ciekawie…
Niedaleka odległa przyszłość
Pomysł świetny, momentami wciągający, ale nie wszystko jest aż tak ciekawe, jak mogłoby się wydawać. Niemniej czytanie o współczesnym świecie z innej perspektywy jest zabawne, przerażające a zarazem pouczające. Odniosłem wrażenie, że nasz mocno skomplikowany i skonfliktowany świat opiera się na kilku zasadach, które świadczą o naszej próżności. Są to – pieniądze, chęć zaistnienia oraz niemożność porozumienia się ze sobą. cała reszta zdaje się być odcieniem lub dopełnieniem naszych kulturowych mankamentów
Co więcej, wiele ze światowych organizacji zdaje się być stworzona nie tylko na błędnych założeniach, ale i działających w „szalony” sposób. Ich metody badawcze są raczej mrzonkami (bo na przykład jak uściślić, kto jest którym mieszkańcem Ziemi według kolejności urodzenia)[1]. Wiele z podawanych przez te organizacje informacji jest wymysłem, żeby nie powiedzieć bardziej dosadnie – kłamstwem, mającym uprawomocnić działalność tej jednostki. I wiecie – wcześniej nad tym się nie zastanawiałem. Dzięki Caparrósowi spojrzałem na tę kwestię szerzej, i muszę przyznać mu sporo racji.
Ciekawym aspektem są również wzmianki o zmianach zachodzących w naszej społeczności. O tym jak media społecznościowe wpływają na nasz stosunek nie tylko do siebie nawzajem, ale i na całą cywilizację. Autor opisuje również rozwój technologiczny, za którym, niejednokrotnie, nie potrafimy nadążyć, prawnie, intelektualnie czy mentalnie, co wywołuje nowe implikacje – gospodarcze, polityczne i społeczne.
Spora część książki to istny corpus ironii. Nasza cywilizacja postrzegana jest jako próżna, powierzchowna, zakłamana, wręcz karykaturalna. Po głębszym namyśle trzeba mu przyznać – po raz kolejny – sporą dawkę racji. Trochę to wstydliwe, że pozostanie po nas tyle głupich rzeczy. Nasza egzystencja coraz bardziej staje się iluzoryczna i śmieszna. Nasz samo zachwyt jest przedwczesny. Może i żyjemy w najlepszych czasach z możliwych, ale jak z nich korzystamy?
Przecież mamy wszystkie środki do tego, aby usunąć większą część problemów, które gnębią ludzkość od zarania jej dziejów. Moglibyśmy zlikwidować głód, większość chorób, zapewnić opiekę społeczną i pracę wszystkim ludziom. Wiele z uzusów, niedorzecznych zwyczajów – jak choćby brak równouprawnienia płci, moglibyśmy schować do lamusa. Mamy środki do tego, aby kształtować świat w harmonii z przyrodą. Jednak to wszystko jest niemożliwe, bowiem bogatym to się nie opłaca, o biednym – się nie chce. Ot co – taki stan świadomości.
„Ludzie nie musieli kontrolować tego, co robili – swojego odżywiania, zwyczajów, zaniedbań – poniewać ich problem rozwiązywała farmakologia. A zażywanie lekarstw stało się nawykiem. Wcześniej, jeśli mieli problem zdrowotny, brali coś przez jeden dzień, dwa, pięć dni. I przestawali, gdy się wyleczyli. Zażycie tabletki było znakiem jakiejś anomalii, zakłócenia normalnego stanu. W tamtej epoce natomiast większość łykała te same lekarstwa każdego dnia, każdego ranka i wieczoru, przez wszystkie dni życia. Rozmaite kuracje stały się nawykiem, a apteka – powszednim celem wizyt”.
Wiele z poruszanych w tej pracy problemów opiera się na statystykach, liczbach bezwzględnych, ale oparte są one na tych samych metodach badawczych, które są przez Autora podważane. „Marność i wszystko marność” jak to mawiał pewien pan, który mógłby stać się istotą, na bazie której życiorysu można by opisać większość dziejów ludzkości.
Systemy polityczne, tradycje, religie czy różnice w dostępie do technologii powodują, że ludzkość nadal jest podzielona, wrażliwa na zadrażnienia, wojny, konflikty na każdym poziomie społecznej struktury. To nie opis farsy, ale policzek w twarz dla tych, którym wydaje się, że wiedzą wszystko, że mogą wszystko…
Zmierzch światowej wioski
I jeszcze jedna sprawa, która mnie poruszyła do głębi. Mówimy często, że żyjemy w „globalnej wiosce”, że to wszystko, co dzieje się w innym zakątku świata, ma realny wpływ na to, co stanie się po drugiej stronie globu. Jednak prawda ta nie jest wcale taka oczywista. Moim zdaniem jest dowodem na to, że jest zupełnie inaczej.
Nasz współczesny świat stał się jeszcze bardziej podzielony. O ile kilkadziesiąt lat temu można było pokusić się o tezę, że istnieją trzy światy – zachodni, komunistyczny i państw niezaangażowanych, czyli Trzeciego Świata, o tyle Ziemia dzisiejsza dzieli się na jeszcze więcej fragmentów. Czym innym jest świat zachodni, od świata islamu. Czym innym jest wzrost wpływów Chin, a czym innym dominacja USA. Inaczej żyje się w Rosji, inaczej w Indiach, a jeszcze inaczej w krajach Afryki.
Społeczeństwo również dzieli się coraz szybciej. Subkultury, grupy społeczne – wszystkiego tego przybywa. Nawet świat bogaczy, technokratów, despotów czy korporacji nie jest jednorodny. Stajemy się rzeczywistością coraz większej atomizacji, wysublimowanych podziałów. Co gorsza – nie wiemy dokąd to wszystko zmierza.
„Prawdopodobnie nigdy w dziejach tylu ludzi posiadających dobra nie czuło się tak bardzo dóbr pozbawionych. Każda władza wymyślała zawsze sposoby uciszenia poddanych przez wmawianie im – za pomocą środków oferowanych przez kulturę, religię, obyczaje – że mają wszystko, czego potrzebują, więc nie muszą prosić o nic więcej, że powinni przyjąć to, co „dostają”, i siedzieć cicho. Dawało to, oprócz innej rzeczy, gwarancję kontroli nad ludźmi. Natomiast ośrodki władzy z drugiej dekady XXI wieku były tak pewne niezawodności swojej kontroli, że odwoływały się do czegoś przeciwnego: poddani mieli zawsze czegoś „potrzebować”. Utrzymywano w ten sposób model nieustannego wzrostu”. Przerażająco prawdziwe prawda?
A jednak coś zgrzyta…
Jak wyglądają nasze czasy w przyszłości? Zapewne są postrzegane jako coś dziwnego, przebrzmiałego, momentami niezrozumiałego. Jednak do końca koncepcja raportu z przyszłości do mnie nie przemówiła. Autor w wielu momentach zasłania się dosyć wygodnym sformułowaniem „jeszcze wówczas nie wiedziano, jakie to przyniesie konsekwencje”. Tylko tak się składa, że badacz historii, z dużą dozą prawdopodobieństwa może przewidzieć przyszłe konsekwencje ludzkich czynów, zwłaszcza politycznych, czasem gospodarczych, a na pewno pewnych aspektów zmian społecznych.
Momentami miałem wrażenie, że Autor nie do końca przemyślał koncepcję swej pracy. Bowiem osoba pisząca jakiś rodzaj dokumentu z perspektywy czasu – tutaj stu lat, co jest wystarczającą perspektywą, aby wysnuwać konkretne wnioski – tego nie czyni. To w końcu jest z przyszłości, czy nie? Ale to może tylko ja się czepiam.
Kolejną nieścisłością jest fakt, iż – wedle Autora – w przeciągu tych stu lat doszło do niebagatelnych zmian. Wiele państw przestało istnieć w znanej nam formie. Nie ma już na przykład „Francji”, ale co jest na jej miejscu?
Niektóre organizacje światowe upadły lub uległy przekształceniom, ale znowu nie wiemy jakim. To co wydarzyło się tak niewiarygodnego, że wszystko niemal cały światowy porządek upadł? Z całym szacunkiem, ale ludzie lubią się utożsamiać z czymś, co ma dla nich jakąś wartość. Nawet jeśli takie twory jak Francja by upadły, to z pewnością znajdą się osoby, które będą chciały się utożsamiać z tym krajem/państwem/ narodem… Sorry, ale nie czuję się przekonany, brakiem konkretów.
Co więcej, odniosłem wrażenie, iż stu letnia perspektywa jest czasem tak odległym, jakby minęło co najmniej tysiąc lat. Wiele informacji jest ukrytych pod pięknymi, ale nic nie znaczącymi frazami, co dodatkowo odpycha czytelnika. Zresztą język użyty w publikacji jest dziwny, jakby brakowało szczegółowych danych, jakby całość pisana była przez człowieka, który opiera się na zasłyszanych legendach.
Co ważne, znajdziemy tutaj ciekawe fragmenty życiorysów mało znanych – nawet nam współcześnie – osób, które czymś zapisały się w historii. Jest to na przykład 8-miliardowe dziecko, czy południowoamerykański designer, którzy zapisali się w dziejach świata tak przez przypadek. Trochę to zabawne, ale i przerażające – bowiem ich losy nie zawsze kończą się szczęśliwie. Tylko dlaczego akurat oni? Nie bardzo zrozumiałem.
Podsumowanie
„Tamte czasy” posiadają aż 447 stron tekstu. Choć nie do końca zrozumiałem perspektywę Autora, to uważam, że jest to książka warta uwagi. Wiele mówi o naszej cywilizacji, zazwyczaj rzucając wiele światła na niepochlebne aspekty naszego życia i bytności na tym łez padole. Polecam ją wszystkim, bez rozróżnienia na kategorie zainteresowań. Ja z pewnością za jakiś czas do niej wrócę, aby odkryć nowe znaczenia, aby zmierzyć się z tymi diagnozami po raz kolejny. Być może znajdę coś co wywróci mój światopogląd do gry nogami?
Wydawnictwo Literackie
Ocena recenzenta: 5/6
Ryszard Hałas
Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Literackie. Tekst jest subiektywną oceną autora, redakcja nie identyfikuje się z opiniami w nim zawartymi.
[1] Problem polega na tym, że w wielu państwach, zwłaszcza tych upadłych, jak Haiti, Jemen czy Somalia, nie prowadzi się szczegółowych statystyk. Inne państwa przedstawiają tylko szacunki, niejednokrotnie oparte na przesłankach politycznych. Tak więc jakiekolwiek liczby są, z góry, tylko założeniem, prostym oszustwem mającym na celu wywołanie poklasku. Zarówno organizacje typu ONZ jak i jego przybudówki, czy informacje podawane przez koncerny (spożywcze, farmaceutyczne, informatyczne, itd.) są danymi szacunkowymi, a nie szczegółowymi. Ale o tym nikt już was nie poinformuje.