Marek Ławrynowicz, Jakby go nie było
Czy istnieje sposób, by uciec od błędów przeszłości? Czy to, co zrobiliśmy dawno temu – często bez namysłu, pod wpływem emocji – będzie nas ścigać już zawsze? Jak taki wybryk wpływa na późniejsze życie? Zapewne właśnie takich pytań szukał w sobie Kazimierz Łyczuk, główny bohater powieści Jakby go nie było Marka Ławrynowicza – człowiek, który przez jeden nierozważny gest, podyktowany emocjami i alkoholem, przez wiele lat znosił upokorzenia.
Ten jeden krok zaważył na całym jego życiu. Ile w tym było jego winy, a ile ślepej wiary w idee? Spróbujmy razem odnaleźć motywy, które nim kierowały – i zamiast go oskarżać, poszukajmy okoliczności łagodzących, które mogą rzucić inne światło na jego historię.
Proletariusze wszystkich krajów, łączcie się!
Socjalizm był ustrojem osobliwym – do dziś budzi skrajne emocje. Jedni chwalą go za coś w rodzaju „sprawiedliwości społecznej” oraz za ciepłe, międzyludzkie relacje, których dziś często brakuje. Inni akcentują jego opresyjność, brak wolności słowa, marginalizację swobód obywatelskich i ociężałość władzy. Trzeba przyznać, że obie strony mają swoje racje.
Warto też pamiętać, że komunizm w Polsce nie pojawił się z dnia na dzień – był wprowadzany etapami. Najpierw trzeba było przekonać społeczeństwo do dwóch rzeczy: po pierwsze, że wcześniejsze rządy były złe; po drugie – że nowa władza przyniesie nadzieję, zwłaszcza tym, którzy dotąd pozostawali na marginesie, pomijani i wykluczeni. To przecież komuniści, jakby nie patrzeć, zlikwidowali w Polsce analfabetyzm i przeprowadzili reformę rolną.
Wielu ludzi, którzy przeszli przez piekło wojny, uwierzyło w lepsze jutro – i dało się porwać głoszonym ideałom. Ich losy potoczyły się bardzo różnie. Jedni trwali przy Partii aż do końca, inni – gdy tylko nadarzyła się okazja – rezygnowali z członkostwa w PZPR. Kazimierz Łyczuk wielokrotnie przeżywał rozterki, obserwując, co dzieje się w kraju. Wiedział, że jego życie nie prowadzi już do żadnego sukcesu. Ale na zmianę było już za późno.
Historia naszym przewodnikiem
Recenzowana książka to znakomity pejzaż „czasów słusznie minionych” – pełnych sprzeczności, niezrozumiałych decyzji, rozmaitych problemów, a momentami także czystego absurdu. Wraz z dziennikarzem lokalnej gazety mazurskiej odkrywamy życiorys ofiary brutalnego morderstwa, do którego – jak się początkowo wydaje – doszło bez wyraźnego powodu.
Z czasem okazuje się jednak, że nic nie było tak proste, jak mogło się wydawać. Im więcej się dowiadujemy, tym bogatszy i bardziej intrygujący obraz zaczyna się przed nami wyłaniać. To trochę jak układanie puzzli – dopiero złożenie wszystkich elementów pozwala zobaczyć pełnię. Autor konsekwentnie buduje napięcie, które narasta z każdą stroną.
Umiejętnie nim żongluje – raz wzbudza współczucie, innym razem sięga po solidną dawkę humoru, by chwilę później pokazać denata w zupełnie nowym świetle i podważyć sympatię, jaką dopiero co w nas wzbudził. W tle – niczym oś czasu – przesuwa się PRL w pigułce: pionierstwo i współzawodnictwo pracy, stalinizm, „mała stabilizacja” za Gomułki, gierkowska propaganda sukcesu, dramat stanu wojennego oraz odrobina „karnawału Solidarności”.
To wszystko składa się na kolejne etapy rządów komunistycznych nad Wisłą – zarówno te lepiej zapamiętane, jak i te całkowicie absurdalne. Ta historyczna oś okazuje się wyjątkowo trafnym zabiegiem – pokazuje bowiem, że systemy mogą się zmieniać, lecz ludzie pozostają wciąż tacy sami. A może raczej: tylko – albo aż – ludźmi.
Wiśta wio, łatwo powiedzieć
Celowo sięgam po powiedzonko Andrzeja Talara z serialu Dom. Robię to nieprzypadkowo – główny bohater książki przypomina mi bowiem zarówno jego, jak i jego brata Bronka. Cała trójka była niezrozumiana – przez ojców, przez lokalną społeczność. Chcieli od życia czegoś więcej, mieli dość schematów i naprawdę uwierzyli, że komunizm może być dla nich szansą.
Wierzyli, że obrana droga jest słuszna, a Polska – nawet jeśli sterowana z Moskwy – to jednak ich kraj. Kraj, dla którego warto pracować i który trzeba rozwijać. Słowem – robili wszystko, co mogli, by zostawić go lepszym, silniejszym, sprawniejszym. To nie znaczy, że nie widzieli, co wyprawia władza. Woleli jednak przymykać oczy – mieli swoje zadanie: podnieść kraj z ruin. Andrzeja Talara, przyznam, osobiście nigdy nie lubiłem.
Za to sam serial uważam za jeden z najlepszych, jakie wyprodukowano w dziejach TVP. Kazimierzowi Łyczukowi – przeciwnie niż Talarowi – po prostu po ludzku współczuję. Zapytacie: co takiego zrobił ten człowiek? Cóż – był idealistą socjalizmu. Przodownikiem pracy, który wykonywał swoje obowiązki z przekonaniem i nadzieją na społeczne uznanie. I to już samo wystarczyło, by wzbudzić niechęć w niektórych środowiskach. A jakby tego było mało – na klatce piersiowej nosił wytatuowanego… Józefa Wissarionowicza Stalina.
Łaska pańska na pstrym koniu jeździ
Dlaczego zdecydował się na taki krok – dowiecie się z lektury. Nie zdradzę Wam tego. Jedna decyzja okazała się źródłem wszystkich jego nieszczęść i zaskakujących kolei losu. Dziś, po latach, może się to wydawać śmieszne – a raczej naiwne. Jednak w mrocznym okresie rządów wąsatego Gruzina wszystko, co spotykało człowieka, zależało od politycznej koniunktury.
I tak traktorzysta z PGR-u w Wałczu stał się marionetką w rękach rządzących. Los rzucał go od Kremla po kazamaty UB. Pisano o nim książki, chwalono jego postawę, a jednocześnie traktowano instrumentalnie – jak wiejskiego niedorajdę, który może się przydać, bo wzbudza respekt i strach, choćby tylko przez tatuaż ze Stalinem. Podsumowując: Stalin na jego ciele przyniósł mu więcej szkody niż pożytku. Więcej stracił, niż zyskał – i wszystko to, moim zdaniem, było najzwyklejszym dziełem przypadku.
Ten jeden tatuaż ustawił całe jego życie. Po lekturze mam nieodparte wrażenie, że Łyczuk nienawidził siebie za tę decyzję – choć przed nikim się do tego nie przyznał. Kilku osobom opowiedział jednak swoją historię, nie mogąc dłużej nieść tego ciężaru. Kazimierz Łyczuk ma w sobie coś z Rodiona Raskolnikowa – walczy z demonami przeszłości, ale to one wygrywają. I trochę tak, jakby go rzeczywiście nie było.
Śmiesznie i strasznie zarazem
Marek Ławrynowicz w swojej książce ukazuje skomplikowaną naturę człowieka – robi to jednak w sposób nieco groteskowy, miejscami ironiczny. Formalnie powieść można by zakwalifikować jako kryminał, ale… czy na pewno? Czy można pisać o Stalinie i Bermanie z przymrużeniem oka? Czy można z uśmiechem czytać o tym, jak mało rozgarnięci funkcjonariusze próbują dociec, co oznacza tatuaż z „chorążym pokoju” i „słońcem narodów”?
I czy nie kryje się za nim przypadkiem perfidna akcja sił reakcji?
Z czasem wątek samej zbrodni i jej motywów nieco schodzi na dalszy plan – i zapewne tak właśnie miało być. Bo autorowi nie chodziło wyłącznie o zabójstwo, ale przede wszystkim o losy ofiary. Przedstawił je w arcyciekawy sposób – poprzez wspomnienia innych ludzi. Wśród nich są pracownicy PGR-u, koledzy z zakładów pracy, były oficer Urzędu Bezpieczeństwa, dalecy krewni, literaci, a nawet proboszcz. Każdy z nich wnosi coś innego, ale równie istotnego – bez tych głosów fabuła nie miałaby sensu. To właśnie z ich opowieści składamy całość jak z rozbitych luster – każde odbija inny fragment tej samej historii.
Suplement do….
W tej bardzo dobrej całości zabrakło mi jednej rzeczy – głębszego ukazania mroków lat 50. XX wieku w Polsce oraz pierwszych lat rządów komunistów. Owszem, znajdziemy tu pewne niezbędne elementy, ale jest ich stosunkowo niewiele. Sam pomysł z tatuażem – choć niewątpliwie ciekawy – wydał mi się w pewien sposób groteskowy, choć rozumiem, że stanowił punkt wyjścia do rozwinięcia fabuły.
Zakończenie natomiast całkowicie mnie zaskoczyło – nie spodziewałem się, że akcja potoczy się właśnie w tym kierunku. Autor zastosował rozwiązanie, które otwiera możliwość kontynuacji. To książka w istocie uniwersalna – może trafić do czytelnika w każdym wieku.
Młodsi być może potrzebują drobnego wprowadzenia w realia epoki, ale potem fabuła sama ich poprowadzi. To znakomity przykład literatury na odprężenie – połączenie nieco nagiętych realiów historycznych z odwiecznymi toposami literackimi. Każdy z nas może popełnić błąd, ale nie każdy ma szansę go naprawić. A przeszłość… potrafi zagonić człowieka w ciemny róg i już nie wypuścić ze swoich macek.
Wydawnictwo Lira
Ocena recenzenta: 5/6
Dominik Majczak