Afera grabarzy z Frankensteinu to określenie serii wydarzeń z lat 1606–1607 w mieście Frankenstein (dziś Ząbkowice Śląskie na Dolnym Śląsku). W czasie szalejącej epidemii dżumy miejscowi grabarze zostali oskarżeni o sprowadzenie zarazy, czary oraz bezczeszczenie zwłok. Finałem sprawy był pokazowy proces, makabryczne egzekucje i trwała legenda, która – według niektórych – mogła zainspirować samą Mary Shelley przy tworzeniu powieści Frankenstein.
W skrócie:
- W latach 1606–1607 w Frankensteinie (dziś Ząbkowice Śląskie) podczas dżumy oskarżono grabarzy o celowe szerzenie zarazy, czary i profanacje. Epidemia zabiła ok. 2061 osób, czyli ponad jedną trzecią mieszkańców.
- Aresztowania ruszyły 10 września 1606 roku; kluczowymi podejrzanymi byli m.in. Wacław Förster i Jerzy Freidiger. Krąg oskarżonych szybko rozszerzono do ośmiu osób, w tym dwóch kobiet.
- W domu Förstera znaleziono naczynia z proszkiem uznanym za truciznę, co stało się “dowodem”. Zeznania wymuszono torturami, obejmowały m.in. rzekome kanibalistyczne rytuały i kradzieże z kościołów.
- Proces miał charakter pokazowy i zakończył się wyrokami śmierci przez okaleczenie i spalenie. Źródła opisują rozdzieranie ciał rozżarzonymi obcęgami i powolne palenie na stosie.
- Fala egzekucji trwała do 13 lutego 1607 roku; łącznie zginęło 17 osób wskazanych jako „wspólnicy”. Mimo kar zaraza utrzymywała się do początku 1607 roku.
- Mieszkańcy uznali ustąpienie epidemii za skutek „ukaranych trucicieli”. Pastor Samuel Heinitz wygłosił sześć kazań dziękczynnych, wydanych drukiem w 1608 roku, a kaplicę św. Mikołaja ponownie poświęcono.
- Sprawa odbiła się szerokim echem w ówczesnej prasie, zwłaszcza w „Newe Zeyttung” z Augsburga. Historycy widzą w niej przykład zbiorowej psychozy i mechanizmu „kozła ofiarnego”.
- Nazwa „Frankenstein” bywa łączona z powstaniem powieści Mary Shelley, obok legend o zamku Frankenstein i alchemiku Dippelu. Dziś miasto rozwija tę narrację w turystyce, m.in. podczas „Weekendu z Frankensteinem”.
Epidemia dżumy i poszukiwanie winnych
Na początku 1606 roku w śląskim miasteczku Frankenstein (dzisiejsze Ząbkowice Śląskie) wybuchła jedna z najbardziej tragicznych epidemii w jego historii – dżuma, zwana wówczas „morowym powietrzem”. Choroba pojawiła się nagle i w krótkim czasie rozlała po całym mieście. Z dnia na dzień umierali sąsiedzi, rodziny, całe ulice pustoszały. Dżuma nie wybierała: dotykała biednych i bogatych, duchownych i świeckich, dzieci, kobiety, starców. Strach i poczucie bezradności ogarnęły całą społeczność.
Bilans ofiar był katastrofalny. Zmarło około 2061 osób, w tym 1503 dorosłych i 558 dzieci. Biorąc pod uwagę, że w mieście mieszkało wówczas około sześciu tysięcy ludzi, śmierć zabrała ponad jedną trzecią populacji. Nigdy wcześniej Frankenstein nie doświadczył czegoś takiego.
W tamtych czasach epidemie nie były rzadkością – Europa co kilka dekad mierzyła się z nową falą zarazy. Ale skala i gwałtowność tej konkretnej tragedii wstrząsnęły mieszkańcami. Nie rozumiano jeszcze, czym naprawdę jest choroba zakaźna. Bakterie i wirusy pozostawały nieznane, a teoria zarazków miała powstać dopiero ponad dwa stulecia później. Ludzie szukali więc innych wyjaśnień – religijnych, moralnych lub magicznych. Kiedy nie potrafiono wskazać przyczyny, zaczynano wskazywać winnych.
Narastała atmosfera paniki i podejrzliwości. Ulice wyludniały się, okna barykadowano, pogrzeby odbywały się nocą. W kościołach modlono się o ocalenie, ale modły nie przynosiły skutku. W tej bezsilności rodziło się pytanie, które musiało paść: kto sprowadził na nas to nieszczęście? I jak go ukarać?
W zbiorowej wyobraźni szybko zaczęły krążyć plotki o spisku. Ludzie szeptali, że ktoś celowo rozsiewa zarazę, rozrzuca trucizny po ulicach i domach, a nawet smaruje drzwi tajemniczym proszkiem. W oczach przestraszonego tłumu każda niezwykła czynność, każdy obcy ruch mógł być dowodem zdrady. Wskazano winnych – tych, którzy na co dzień mieli do czynienia ze śmiercią.
Podejrzenia padły na grabarzy. Zajmowali się pogrzebami, kopaniem grobów i przenoszeniem zwłok, więc byli nieodłącznie związani z chorobą. Ich praca była konieczna, ale jednocześnie obciążona piętnem nieczystości. W kulturze ówczesnej Europy zawody związane z ciałem i krwią – rzeźnicy, garbarze, kaci, grabarze – budziły nieufność. Uważano, że ludzie, którzy dotykają śmierci, są w jakiś sposób splamieni. Ich domy znajdowały się często poza murami miasta, na uboczu, w miejscach, gdzie zaczynały się cmentarze i kończyła się granica „czystego” świata.
W takiej atmosferze podejrzenie wystarczyło. Skoro grabarze przebywają najbliżej zmarłych, to może oni właśnie roznoszą zarazę? A może nawet robią to celowo – z zemsty, z chciwości albo na zlecenie diabła?
Pierwsze aresztowania i podejrzenia
Władze miejskie, pod presją mieszkańców, postanowiły działać. 10 września 1606 roku aresztowano pierwszych podejrzanych: Wacława Förstera, grabarza z 28-letnim doświadczeniem, oraz jego pomocnika Jerzego Freidigera, przybyłego z Strzegomia. Obaj zostali zatrzymani – jak zapisano w miejskiej kronice – „z powodu mieszania i preparowania trucizn”.
Autorem tej kroniki był ówczesny burmistrz miasta, Marcin Koblitz, który skrupulatnie notował wydarzenia w dziele Annales Frankensteinenses. To właśnie z jego zapisków wiemy, jak dramatycznie przebiegało śledztwo.
Po kilku dniach, 14 września, zatrzymano trzeciego grabarza – Kacpra Schleinigera, zwanego „Weiber”, który był byłym więźniem. Dwa dni później, 16 września, do celi trafił Kacper Schetts, 87-letni żebrak, pomagający niekiedy przy cmentarnych pracach. Mimo podeszłego wieku uznano go za część „szajki”.
Krąg podejrzanych zaczął się powiększać. W atmosferze paniki wystarczyło, że ktoś był znajomym lub krewnym aresztowanych, by ściągnąć na siebie podejrzenie. Do więzienia trafiły więc również kobiety: Zuzanna Maß, córka zmarłego miejskiego urzędnika Schuberta; jej matka Magdalena Urszula, obecna żona Schleinigera; oraz Małgorzata, żona Schettsa. W sumie oskarżono osiem osób: sześciu mężczyzn i dwie kobiety. Wszystkich łączyła jedna rzecz – kontakt ze śmiercią.
Z dzisiejszej perspektywy trudno mówić o jakichkolwiek dowodach. Wtedy jednak nie potrzebowano ich w sensie, jaki znamy dziś. Wystarczyła pogłoska, plotka, symboliczny gest. Dla przerażonych mieszkańców każda informacja, nawet nieprawdopodobna, była lepsza niż niewiedza. Wierzono, że ujęcie winnych pozwoli zatrzymać zarazę.
Śledztwo i „dowody” na trucicielstwo
Władze miejskie powołały specjalną komisję śledczą. Zasiadali w niej lekarze z Frankensteinu oraz kilku medyków z sąsiednich miast, sprowadzonych dla nadania sprawie pozorów powagi. W ówczesnym rozumieniu lekarze byli bardziej autorytetami moralnymi niż naukowymi – ich wiedza o chorobach była ograniczona, ale ich słowo miało wagę.
Na początku nawet oni byli sceptyczni. Uznawali, że oskarżenia o czary i trucizny wynikają z ludowych uprzedzeń. Jednak ich stanowisko zmieniło się po przeszukaniu domu Wacława Förstera. Znaleziono tam liczne naczynia, flaszki i garnki z proszkiem o nieznanym składzie. W panice i niewiedzy uznano, że to właśnie trucizna, przy pomocy której rozsiewano zarazę. Dla współczesnego badacza mogły to być zwykłe substancje używane przy pochówkach – wapno, popiół, środki odkażające. Dla XVII-wiecznego śledczego stanowiły dowód winy.
Odkrycie to utwierdziło komisję w przekonaniu, że ma do czynienia z rzeczywistym spiskiem. Władze miejskie postanowiły wydobyć od aresztowanych „pełne zeznania”. W praktyce oznaczało to jedno: tortury.
Tortury i wymuszone zeznania
Tortury w tamtej epoce były legalnym narzędziem wymiaru sprawiedliwości. Uważano, że prawda „ukryta w duszy” może zostać z niej wydobyta tylko przez cierpienie ciała. W salach przesłuchań znajdowały się dyby, ławy, koła, rozpalone żelaza. Kat był nie tylko egzekutorem, ale i „pomocnikiem sądu”.
Właśnie w taki sposób przesłuchiwano grabarzy. Najpierw ich zastraszano, potem łamano psychicznie i fizycznie. Wreszcie zaczęli mówić – dokładnie to, czego oczekiwali śledczy.
Z ich ust padły przyznania, które z dzisiejszej perspektywy brzmią jak groteskowa mieszanina średniowiecznych lęków i fantazji. Oskarżeni mieli przyznać, że przygotowywali trujący proszek z ludzkich szczątków. Ciała wygrzebywano z grobów i kaplicy, następnie suszono ich fragmenty, mielono na pył i mieszano z innymi składnikami. Tę miksturę – jak twierdzili pod wpływem bólu – rozsiewali po mieście, podrzucając do domów, posypując progi i klamki, by mieszkańcy dotykając ich, chorowali.
Zeznania stawały się coraz bardziej szczegółowe i coraz bardziej niewiarygodne. Mówili, że:
- zmarłych okradali z odzieży i kosztowności,
- z ciał kobiet w ciąży wyjmowali płody, a serca noworodków jedli na surowo,
- kradli przedmioty z kościołów – obrusy i dwa duże zegary z kazalnicy – by sproszkować je do magicznych praktyk,
- używali „proszku ze zwłok” w czarnoksięskich rytuałach,
- Jerzy Freidiger miał dopuścić się czynu lubieżnego na zwłokach młodej dziewczyny w kaplicy.
Był to katalog zbrodni, który przypominał raczej kazania o piekle niż realne śledztwo. Dla współczesnych jednak te zeznania brzmiały przekonująco. W świecie pełnym magii i demonów wszystko wydawało się możliwe.
Ludzie wierzyli, że czarownice potrafią sprowadzać burze, a truciciele – zarazę. Dla władz Frankensteinu było oczywiste: skoro oskarżeni przyznali się do wszystkiego, muszą ponieść karę.
Proces i jego pokazowy charakter
Decyzję o procesie podjęto natychmiast. Nie chodziło o rzetelne dochodzenie prawdy, lecz o pokaz siły i sprawiedliwości. Społeczeństwo domagało się zemsty, a władze musiały ją dostarczyć, by uspokoić tłum.
Proces odbył się na rynku miejskim – centrum życia publicznego. Historycy nie są zgodni co do dokładnej daty: wymienia się 20 września 1606 roku, ale też początek października (niektóre źródła wskazują 4 października).
Trybunał miejski zasiadł w pełnym składzie, choć jego rola była czysto formalna. Akt oskarżenia odczytano publicznie: zatruwanie ludności, praktykowanie czarnej magii, świętokradztwo, profanacja zwłok i czyny nierządne.
Dowody? Tylko przyznanie się do winy uzyskane w torturach i znaleziony proszek. To wystarczyło.
Wyrok był przesądzony. Ośmiu głównych oskarżonych uznano za winnych wszystkich zarzutów. Wymierzono im najwyższą z możliwych kar – śmierć przez okaleczenie i spalenie na stosie.
Egzekucja miała być publiczna i widowiskowa, by „zniechęcić” innych do podobnych czynów. W rzeczywistości miała zaspokoić głód zemsty i przywrócić iluzję porządku.
Makabryczna egzekucja
Opis egzekucji zachował się w ówczesnych źródłach. Najpełniejszy przekaz pochodzi z augsburskiej gazety „Newe Zeyttung”, która w jednym z numerów opisała szczegółowo cały przebieg wydarzenia.
Zanim kat przystąpił do zadania śmierci, wszystkich skazańców obwożono po mieście. Tłum miał zobaczyć ich twarze – tych, którzy „sprowadzili mor”. Dla skazanych była to ostatnia droga przez ich własne miasto; dla mieszkańców – pokaz „sprawiedliwości”.
Następnie rozpoczęto egzekucję. Kat otrzymał zestaw narzędzi: rozżarzone do czerwoności szczypce. Według relacji, rozdzierano ich rozżarzonymi obcęgami – chwytał nimi ciało, odrywając skrawki mięsa i wywołując niewyobrażalny ból.
Na początek wszystkim oderwano kciuki. Dwóm najstarszym i uznanym za głównych winnych, w tym Wacławowi Försterowi, odcięto prawe dłonie – symboliczne odcięcie „rąk zbrodni”.
Potem przywiązano ich do słupów egzekucyjnych. Kat rozpalił ogień z pewnej odległości, by płomienie nie pochłonęły ich od razu, lecz powoli zbliżały się i paliły ciała żywcem. Jak zapisano w kronice: Z daleka zapalano ogień i ich upieczono.
Kiedy ogień już tlił się wokół, przyszła kolej na Jerzego Freidigera. Za „gwałt na umarłej” spotkała go dodatkowa kara – rozżarzonymi obcęgami odcięto mu członek. Dopiero po tym przywiązano go do stosu.
Ostatecznie całą grupę spalono żywcem. Tłum patrzył, modlił się, a niektórzy krzyczeli, by ogień był silniejszy. Dla mieszkańców była to nie tylko kara – to był rytuał oczyszczenia miasta z winy i strachu.
Niektóre przekazy dodają, że dwie z kobiet – być może Zuzanna Maß i Magdalena Urszula – wrzucono do ognia bez wcześniejszego zadania ciosu śmierci. Była to kara zarezerwowana dla czarownic, symbolizująca spalenie zła do końca.
Egzekucja odbyła się prawdopodobnie na miejskim placu lub za murami miasta, gdzie znajdowało się miejsce kaźni. Dla mieszkańców była to scena katharsis, a dla historii – jeden z najbardziej brutalnych epizodów śląskich procesów o czary i trucicielstwo.
Kolejne egzekucje
Makabryczne widowisko z września lub początku października 1606 roku nie zakończyło sprawy. Torturowani grabarze, desperacko próbując ulżyć sobie w cierpieniu, zaczęli wskazywać kolejne osoby. W czasie przesłuchań padały nowe nazwiska — często przypadkowe, wymyślane pod wpływem bólu i strachu. Śledczy traktowali je jednak jako tropy wymagające natychmiastowej weryfikacji.
W ten sposób rozpoczęła się druga fala aresztowań. Do więzienia trafili kolejni mieszkańcy miasta, przeważnie ludzie ubodzy, bez wpływów i wsparcia. Wystarczyło, że ktoś był znajomym któregoś z grabarzy, widziano go w ich towarzystwie lub mieszkał w tej samej okolicy. Mechanizm był prosty: oskarżony, by chwilowo uniknąć bólu, wskazywał nową osobę. A ta z kolei, w męczarniach, powtarzała ten sam schemat. W efekcie spirala oskarżeń nakręcała się jak śruba.
5 października 1606 roku odbył się dalszy ciąg procesu. Przed trybunałem stanęła kolejna grupa ludzi wskazanych przez skazanych grabarzy. Ich przesłuchania wyglądały identycznie – wymuszone torturami „przyznania się”, a potem natychmiastowy wyrok. Także ich uznano za współwinnych sprowadzenia zarazy i skazano na śmierć. Choć dokładny przebieg tamtej egzekucji nie zachował się w źródłach, wszystko wskazuje na to, że zastosowano te same metody – powolne palenie żywcem na stosie.
Ostatni akt dramatu rozegrał się 13 lutego 1607 roku. Wtedy wykonano kolejne wyroki na osobach uznanych za członków „szajki trucicieli”. W sumie, według zachowanych relacji, w wyniku afery grabarzy życie straciło 17 osób – ośmiu głównych grabarzy i dziewięciu innych mieszkańców Frankensteinu, którzy stali się ofiarami lawiny oskarżeń.
Trudno dziś powiedzieć, ilu z nich rzeczywiście zostało zabitych publicznie, a ilu zmarło w więzieniu lub pod torturami. Pewne jest jedno: proces, który miał przynieść spokój, stał się serią pokazowych egzekucji, podtrzymujących atmosferę grozy i podsycających przekonanie, że miasto oczyszcza się z „diabelskiej zarazy”.
Epidemia trwa, mimo egzekucji!
Paradoksalnie, mimo okrutnych kar i publicznych egzekucji, epidemia nie ustąpiła natychmiast. Dżuma wciąż zbierała żniwo – kolejne tygodnie przynosiły nowe ofiary. Zaraza utrzymywała się w Frankensteinie jeszcze przez kilka miesięcy, aż do początku 1607 roku. Dopiero wtedy liczba zgonów zaczęła spadać.
Z dzisiejszej perspektywy wiemy, że była to naturalna dynamika epidemii – fala zakażeń w końcu wygasała sama, gdy patogen tracił zdolność do dalszego rozprzestrzeniania się. Dla ludzi XVII wieku jednak przyczyna była oczywista: ustąpienie zarazy to znak, że sprawiedliwość została wymierzona, a „truciciele” ponieśli zasłużoną karę.
W ten sposób historia sama się domknęła. Śmierć kilkunastu osób dała społeczności złudzenie sensu i sprawiedliwości w obliczu chaosu i niewiedzy.
Ulga i wdzięczność
Kiedy ostatnie ogniska dżumy zaczęły wygasać, mieszkańcy Frankenstein odetchnęli z ulgą. Wierzyli, że przetrwali dzięki boskiej interwencji i zdecydowanym działaniom władz. Wdzięczność wyrażono w sposób właściwy epoce – poprzez religijny rytuał.
Między 4 a 10 października 1606 roku, jeszcze w trakcie trwania śledztwa, miejscowy pastor Samuel Heinitz wygłosił serię sześciu kazań dziękczynnych. Były to płomienne przemowy, które miały podnieść na duchu mieszkańców i potwierdzić, że boska sprawiedliwość zwyciężyła. Pastor dziękował Opatrzności za wykrycie spisku, potępiał trucicieli, ale też wzywał wiernych do pokuty, by nie sprowadzić na miasto gniewu Boga ponownie.
Kazania Heinitza zrobiły ogromne wrażenie. Zostały spisane i dwa lata później, w 1608 roku, wydane drukiem w Lipsku – co pokazuje, jak głośnym echem odbiła się sprawa grabarzy poza Śląskiem. To wyjątkowe świadectwo: nie tylko dokument religijny, ale też polityczny manifest, w którym kaznodzieja przekonywał, że walka z czarami i truciznami to obowiązek chrześcijańskiego miasta.
Po ustaniu epidemii urządzono uroczyste nabożeństwa dziękczynne. 18 lutego 1607 roku w kościele parafialnym odprawiono wielką mszę za koniec zarazy i ocalenie miasta. Wzięli w niej udział niemal wszyscy ocaleńcy. Śpiewano psalmy, odczytywano kazania, a w kronikach zapisano, że w mieście panowała „radość połączona z trwogą”.
Rok później, 15 marca 1608 roku, pastor Heinitz ponownie poświęcił kaplicę św. Mikołaja, która podczas afery została sprofanowana – to w niej, według zeznań torturowanych, grabarze mieli rozcinać zwłoki i dokonywać „czarnych praktyk”. Poświęcenie kaplicy miało znaczenie symboliczne: oczyszczenie przestrzeni ze zła, które rzekomo się tam zagnieździło.
Co znamienne, kaplica ta przetrwała do naszych czasów. Choć jej obecny kształt pochodzi z XVIII wieku, miejsce to wciąż istnieje przy dzisiejszej ulicy 1 Maja w Ząbkowicach Śląskich. Dla współczesnych jest niemym świadkiem wydarzeń sprzed czterech wieków.
Jak Europa dowiedziała się o Frankensteinie?
Afera grabarzy nie była jedynie lokalnym epizodem. Stała się sensacją w ówczesnych mediach. Informacje o „spisku trucicieli z Frankenstein” rozeszły się po całych Niemczech i dalej.
W 1606 roku popularna gazeta „Newe Zeyttung” z Augsburga opublikowała szczegółowy opis wydarzeń. Artykułowi towarzyszyły drastyczne ryciny: przedstawiały grabarzy rozdzieranych przez kata, stosy, płomienie i przerażony tłum. Były to jedne z pierwszych przykładów „reportażu sensacyjnego” w prasie europejskiej. Ludzie czytali te opisy z fascynacją i przerażeniem, podobnie jak dziś czyta się kroniki kryminalne.
Wiadomość o aferze grabarzy z Frankenstein dotarła do wielu miast Rzeszy i poza jej granice. W kronikach Saksonii, Bawarii i Czech pojawiają się krótkie wzmianki o procesie, który miał udowodnić, że czarty i truciciele są prawdziwi, a zaraza nie jest tylko karą boską, lecz skutkiem ludzkiej zbrodni.
To pokazuje, jak mocno w mentalności epoki zakorzenione było przekonanie o spiskach i „roznosicielach moru”. Ludzie potrzebowali wytłumaczenia zła i znaleźli je w prostym schemacie: jeśli coś zabija, musi być ktoś, kto to czyni.
Czy grabarze naprawdę byli winni?
Z dzisiejszego punktu widzenia pytanie wydaje się oczywiste: nie. Ale warto rozłożyć tę odpowiedź na czynniki.
Po pierwsze, żadne zeznania z procesu nie mogą być uznane za wiarygodne – wszystkie zostały wymuszone torturami. Wymieniane w nich szczegóły: jedzenie serc dzieci, sproszkowane zegary z kazalnicy, picie trucizny z ludzkich czaszek – to klasyczne elementy fantazji o czarownicach i satanistach, obecne w setkach innych procesów z epoki.
Po drugie, nawet współcześni świadkowie mieli wątpliwości. W aktach miejskich pojawiają się ślady sprzeciwu kilku urzędników, którzy uważali, że wina grabarzy jest przesadzona, ale ich głos został zagłuszony przez panikę społeczną.
Nie można jednak powiedzieć, że grabarze byli całkowicie bez winy w sensie obyczajowym. Z badań historyków, m.in. Kamila Pawłowskiego, wynika, że istniały wcześniejsze skargi mieszkańców na ich zachowanie. Grabarze mieli pić, kłócić się, wynosić z cmentarza rzeczy należące do zmarłych. Byli ludźmi ubogimi, często żyjącymi na marginesie prawa. Gdy więc przyszła epidemia, łatwo było w nich zobaczyć winowajców.
W świetle ówczesnej mentalności wszystko układało się w logiczną całość: grabarze mieli kontakt ze zwłokami, więc mogli przenosić zarazę. A jeśli dżuma była karą boską, to ktoś musiał być jej narzędziem – najlepiej ktoś już napiętnowany społecznie.
Zjawisko to nie było unikalne. W całej Europie znano podobne przypadki. W Mediolanie podczas zarazy w 1630 roku pojawiła się słynna legenda o „mazaczach morowych” – ludziach, którzy mieli smarować drzwi trucizną, by rozprzestrzeniać chorobę. W Polsce, sto lat później, podczas epidemii w Warszawie (1708) stracono dwóch grabarzy oskarżonych o „rozsiewanie moru”, rzekomo po to, by zapewnić sobie więcej pracy. W Poznaniu i Lublinie powtarzały się te same scenariusze.
W każdym z tych przypadków działał ten sam mechanizm psychologiczny: w obliczu śmierci i chaosu ludzie potrzebowali kozła ofiarnego. Wskazanie winnego dawało poczucie kontroli nad sytuacją.
Dlatego współcześni badacze interpretują „aferę grabarzy z Frankensteinu” jako klasyczny przykład zbiorowej psychozy wywołanej strachem przed epidemią. Torturowani ludzie przyznawali się do niemożliwych rzeczy, a społeczeństwo, pogrążone w lęku, przyjmowało te zeznania z ulgą – bo pozwalały wierzyć, że zło ma imię, twarz i adres.
Nie oznacza to, że wszyscy byli fanatykami. Wśród ówczesnych znajdowali się też sceptycy. Niektórzy lekarze i urzędnicy miejscy – nieliczni, ale odważni – próbowali tłumaczyć, że zaraza szerzy się z powodu brudu, ciasnoty i złej wody. Ich głos jednak ginął w hałasie modlitw, dzwonów i płonących stosów.
Nawiązania do powieści „Frankenstein” Mary Shelley
Historia grabarzy z miasteczka Frankenstein ma niezwykły epilog kulturowy. Choć przez stulecia zapomniana w kronikach i lokalnych legendach, jej echo nieoczekiwanie powróciło w jednym z najsłynniejszych dzieł literatury światowej — powieści Frankenstein, czyli współczesny Prometeusz autorstwa Mary Shelley.
Zbieżność nazw nie może być przypadkowa. Od momentu, gdy książka ukazała się w 1818 roku, wielu badaczy zastanawiało się, skąd młoda Angielka wzięła tak osobliwą nazwę dla swojego bohatera i tytułu. Czy znała historię z Dolnego Śląska, gdzie w XVII wieku grabarzy spalono na stosie za rzekome trucicielstwo i profanacje zwłok? A może chodziło o inne miejsce – słynny zamek Frankenstein w Hesji, koło Darmstadt?
Nie ma jednoznacznej odpowiedzi, ale istnieją przesłanki wskazujące, że Mary Shelley mogła znać przynajmniej zarys śląskiej historii.
Rok 1816 – „rok bez lata”
Lato 1816 roku przeszło do historii jako „rok bez lata”. Po wybuchu wulkanu Tambora w Indonezji chmury popiołu zasnuły niebo nad Europą, powodując gwałtowne ochłodzenie, burze i nieustanne deszcze. Właśnie wtedy Mary Shelley (wówczas Mary Godwin) przebywała wraz ze swoim ukochanym, poetą Percym Shelleyem, w willi nad Jeziorem Genewskim.
Towarzyszyli im lord George Byron oraz John Polidori, lekarz i początkujący pisarz. Z powodu niepogody całe towarzystwo dniami i nocami siedziało przy kominku, czytając niemieckie opowieści o duchach i makabrze, tłumaczone na angielski. W tych deszczowych wieczorach narodził się pomysł, który odmienił literaturę grozy.
Byron zaproponował, by każdy z nich wymyślił własną „straszną historię”. To wtedy Mary miała sen, który zainspirował Frankensteina — śniła o naukowcu, który z martwych szczątków tworzy istotę i tchnie w nią życie.
W przedmowie do późniejszego wydania powieści autorka pisała:
Spędziłam lato 1816 roku w okolicach Genewy. Było wyjątkowo zimno i deszczowo i wieczorami zbieraliśmy się przy kominku, delektując się niemieckimi opowiadaniami o duchach. Te baśnie budziły w nas chęć, by je naśladować. Dwoje przyjaciół […] oraz ja postanowiliśmy, każde z osobna, wymyślić historię opartą na fenomenach nadprzyrodzonych.
Shelley nie wspomina tu wprost o śląskim Frankensteinie, ale wspomina o „niemieckich opowiadaniach o duchach”. To właśnie ten trop jest kluczowy. W tamtym okresie niezwykle popularne były antologie zawierające przekłady sensacyjnych historii z Niemiec i Śląska. Wśród nich mogły znaleźć się relacje o procesach o czary i trucicielstwo – w tym o aferze grabarzy z Frankenstein.
Możliwy pośrednik: John Polidori
Wielu badaczy przypuszcza, że historię mógł przekazać Mary jej towarzysz, John Polidori – lekarz, erudyta i autor opowiadania Wampir. Interesował się toksykologią, alchemią i mitami o ożywianiu martwych. Z racji wykształcenia znał język niemiecki i czytywał kontynentalne kroniki oraz traktaty medyczne. Nie jest więc wykluczone, że natrafił na wzmiankę o wydarzeniach w Frankensteinie, o których pisano w niemieckich zbiorach cudów i osobliwości, np. w popularnych kompendiach XVII-wiecznych kronik.
Jeśli tak było, mógł przytoczyć tę historię w rozmowie. Opowieść o grabarzach, którzy z trupów przygotowywali truciznę i rozsiewali zarazę, doskonale pasowała do atmosfery tamtych genewskich wieczorów — grozy, śmierci i nauki wymykającej się moralnym granicom.
Symbolika nazwy i echo śląskiej legendy
Nazwa „Frankenstein” ma w języku niemieckim podwójne znaczenie: dosłownie oznacza „kamień Franka”, ale brzmieniowo przywołuje skojarzenia z czymś potwornym, nieludzkim, „frankenskim”. Dla Angielki mogła brzmieć obco, złowrogo i intrygująco.
Jeśli Mary Shelley usłyszała tę nazwę w kontekście jakiejś mrocznej historii – np. o trucicielach, czarach i zarazie – mogła zapamiętać ją jako idealny dźwiękowy symbol horroru. Gdy kilka lat później pisała powieść o naukowcu tworzącym życie z trupów, sięgnięcie po tę nazwę wydawało się naturalne.
W powieści doktor Wiktor Frankenstein odwiedza cmentarze i prosektoria, zbiera części ciał, zszywa je i ożywia. Te obrazy przywodzą na myśl opisy z procesu z 1606 roku – grabarzy wyciągających zwłoki z grobów, suszących fragmenty ciał, przygotowujących z nich „proszek”. Choć Shelley nie mogła znać szczegółów sprawy, podobieństwo motywów jest uderzające.
Warto też zauważyć, że w jej epoce zainteresowanie anatomią i eksperymentami na zwłokach było bardzo żywe. Odkrycia naukowców, jak Luigi Galvani, który ożywiał mięśnie prądem, inspirowały pisarzy. Shelley połączyła to z gotyckim lękiem przed przekraczaniem boskich granic. W ten sposób mit Frankensteina połączył naukę, religię i horror — tak jak trzy wieki wcześniej historia grabarzy łączyła zarazę, wiarę i strach.
Zamek Frankenstein i alchemik Dippel
Jest jednak inny trop. W 1814 roku Mary Shelley wraz z Percym odbyła podróż po Europie, w tym wzdłuż Renu. Na trasie znajdował się słynny zamek Frankenstein koło Darmstadt. Tam, według legendy, w XVII wieku mieszkał i pracował Johann Konrad Dippel, teolog, alchemik i lekarz.
Dippel był postacią barwną i kontrowersyjną. Urodził się właśnie na zamku Frankenstein w 1673 roku i stąd przyjął przydomek Franckensteinensis. Zajmował się eksperymentami chemicznymi, a jego współcześni oskarżali go o praktyki bliskie szaleństwu – miał destylować kości zwierząt, badać trucizny, próbować stworzyć „eliksir życia”. Plotki głosiły, że prowadził doświadczenia na ciałach zmarłych.
To właśnie ta historia, zdaniem wielu biografów (m.in. Mirandy Seymour), mogła zainspirować Shelley. W powieści doktor Frankenstein to uczony, który pragnie „przeniknąć tajemnicę życia i śmierci” – dokładnie tak, jak Dippel w swojej laboratorium na zamku.
Być może więc prawda leży pośrodku. Mary Shelley mogła słyszeć zarówno o legendzie śląskich grabarzy, jak i o alchemiku z zamku Frankenstein. Dla pisarki, wychowanej w atmosferze romantycznej fascynacji nauką, obie historie miały wspólny mianownik: człowiek igrający z naturą, przekraczający granicę życia i śmierci.
Tak narodził się symbol – „Frankenstein” – który przetrwał stulecia, łącząc w sobie echa prawdziwych wydarzeń, ludzkiego lęku i literackiego geniuszu.
Frankenstein żyje dalej
Historia grabarzy z Frankensteinu nie zniknęła. Przetrwała w lokalnej pamięci jako legenda o diabelskim spisku, który sprowadził zarazę. Przez kolejne stulecia wspominano ją w podaniach ludowych, kazaniach i opowieściach przekazywanych w rodzinach.
W XVIII wieku, kiedy dawne procesy o czary zaczęto traktować jako wstydliwy relikt przesądów, o grabarzach mówiono już z dystansem, ale wciąż z lękiem. W lokalnych kronikach pojawiały się wzmianki o „trucicielach z dawnych czasów”, a w okolicznych wsiach krążyły opowieści o duszach potępieńców krążących nocami po cmentarzu św. Mikołaja.
Z biegiem czasu historia zaczęła się przekształcać. Z faktów i procesowych akt narodziła się legenda. W opowieściach ludowych mówiono już nie o ludziach, lecz o „potworze z Frankenstein” — tajemniczej istocie, która miała nawiedzać miasto po każdej zarazie. Można więc powiedzieć, że na długo przed Mary Shelley miejscowi stworzyli własnego „potwora Frankensteina” – symbol grzechu, choroby i strachu przed śmiercią.
Współczesne Ząbkowice Śląskie – historia, turystyka i mit
W XX i XXI wieku Ząbkowice Śląskie zaczęły świadomie pielęgnować tę legendę. Miasto odkryło, że jego mroczna przeszłość może być atutem, nie przekleństwem.
Od 1996 roku organizowany jest tu coroczny festiwal „Weekend z Frankensteinem” – impreza łącząca elementy historii, horroru i turystyki. W trakcie wydarzenia odbywają się inscenizacje procesów grabarzy, nocne zwiedzanie miasta, konkursy na najbardziej przerażające przebranie, wystawy i seanse filmowe.
Centralnym punktem festiwalu jest Muzeum Frankensteina (oficjalnie: wystawa w Izbie Pamiątek Regionalnych przy ul. Krzywej 1). Zwiedzający mogą zejść do stylizowanych piwnic przypominających laboratorium doktora Frankensteina. W półmroku, przy dźwiękach łańcuchów i trzasku elektryczności, stoją manekiny grabarzy i kata, a w gablotach – repliki narzędzi tortur oraz „fiolki z proszkiem morowym”. Choć to oczywiście inscenizacja, całość oparta jest na prawdziwych źródłach z 1606 roku.
Dla wielu turystów to pierwszy kontakt z prawdziwą historią miasta. Dla mieszkańców – powód do dumy i sposobność, by przypominać, że Ząbkowice mają nie tylko piękną architekturę, ale też fascynującą, mroczną przeszłość.
Ślady dawnej tragedii w przestrzeni miasta
Wspomniana kaplica św. Mikołaja (dziś kościół polskokatolicki Narodzenia NMP) stoi nadal przy ulicy 1 Maja, na terenie dawnego cmentarza. Obecny budynek pochodzi z XVIII wieku, bo pierwotna kaplica z czasów afery została zniszczona, jednak miejsce zachowało swój charakter. Wokół rosną stare drzewa, zachowały się fragmenty dawnych nagrobków. Atmosfera jest ciężka i symboliczna – tu właśnie miały rozgrywać się opisywane w kronikach wydarzenia.
Nieopodal, w centrum miasta, wznosi się gotycka Krzywa Wieża – dzwonnica dawnego kościoła św. Anny. Jej odchylenie od pionu (ponad dwa metry) tłumaczono w ludowych przekazach „karą boską” za grzechy grabarzy. Faktycznie wieża przechyliła się wskutek trzęsienia ziemi w 1598 roku, ale legenda przetrwała, bo łączyła się z mitem o moralnym upadku miasta.
Legenda, która przetrwała cztery wieki
Afera grabarzy z Frankensteinu to opowieść z pogranicza historii i mitu. Z jednej strony jest świadectwem ludzkiego strachu i niewiedzy, z drugiej – przykładem, jak łatwo społeczny lęk może przerodzić się w zbiorowy obłęd. W tej historii jest wszystko: zaraza, czary, tortury, pokazowa egzekucja, a potem – legenda, która przeszła do kultury światowej.
Bez względu na to, czy Mary Shelley rzeczywiście znała tę opowieść, czy tylko podświadomie trafiła na nazwę miasta, jedno jest pewne: mit Frankensteina wyrósł z tego samego źródła, z którego zrodziła się afera grabarzy – z ludzkiego lęku przed śmiercią i pragnienia przekroczenia jej granic.
Dziś Ząbkowice Śląskie są spokojnym miasteczkiem Dolnego Śląska. Ale duch tamtej historii nadal krąży – w muzeum, w nazwach wydarzeń, w folderach turystycznych, w przewodnikach. Miasto nauczyło się żyć z własnym cieniem i przekształciło tragedię w element tożsamości.
W ten sposób Frankenstein – dawny symbol zarazy, czarów i śmierci – stał się miejscem, które przypomina, jak cienka jest granica między rozsądkiem a obłędem, między wiedzą a zabobonem, między nauką a pychą.
Bibliografia:
- Frankenstein: To wydarzyło się naprawdę? Joanna Lamparska odkrywa tajemnicę Dolnego Śląska, National Geographic, [dostęp: 18.10.2025].
- Girard Rene, Kozioł ofiarny, Łódź 1987.
- Historia miasta, Portal informacyjny Gminy Ząbkowice Śląskie[dostęp: 18.10.2025].
- Rejmer Krzysztof, Zapomniana historia nauki. Panny apteczkowe, znachorzy, kołtuny, Warszawa 2019.