Bitwa
W dzień św. Kryspina, 25 października z rana Anglicy i Francuzi stanęli na zaplanowanych pozycjach. Henryk V po mszach i przyjęciu komunii świętej oczekiwał ataku nieprzyjaciela. Francuzi wiedząc o panującym wśród Anglików głodzie, spokojnie na oczach czekających na atak spożyli śniadanie. Przed bitwą d’Albert zdecydował się na próbę rozwiązania konfliktu bezkrwawo. Zaproponował Henrykowi umożliwienie powrotu do Calais, pod warunkiem że ten zrezygnuje się z pretensji do francuskiej korony, uwolni jeńców, oraz wycofa się z Harfleur. Król nie przyjął tych wygórowanych żądań[4].
Po czterech godzinach bezowocnego czekania na francuskie natarcie, które z racji doświadczeń spod Crécy nie zostało wyprowadzone Henryk V, przemówił do swoich wojsk. Jako że armia angielska składała się głównie z ludzi wolnych lecz nie szlachciców, Henryk dał im do zrozumienia, że nie mają co liczyć na litość Francuzów jeśli ci nie będą się mogli spodziewać za nich okupu jak za angielskich możnych. Podwójnie zmotywowani do walki byli łucznicy tak bardzo znienawidzeni przez francuskie wojska, że po wzięciu do niewoli ucinano im 2 palce, które naciągały cięciwy. Chęć zemsty na tych jakże skutecznych żołnierzach skumulowała się w postaci powieszenia wszystkich 300 łuczników angielskich stanowiących garnizon Soissons[5]. W przeciwieństwie do wcześniejszych walk z Francuzami, połączone siły angielskich łuczników i spieszonych zbrojnych zostały wykorzystane jako jednostki poniekąd ofensywne.
Jako że Anglicy nie mieli czasu do stracenia, musieli przejąć inicjatywę. Na rozkaz Henryka sir Thomas Erpingham wydał rozkaz ,,Nestorque!” (Teraz, uderzaj). Łucznicy wraz z oddelegowanymi do tego żołnierzami wyciągnęli kołki i ruszyli w stronę przeciwnika, zatrzymując się czasami dla zregenerowania sił oraz uporządkowania szyków. Gdy znaleźli się na odległości około 300 metrów od czekających Francuzów, z której angielscy łucznicy mogli skutecznie ostrzeliwać nieprzyjaciela powbijali kołki w ziemie i wysunęli się na czoło wojsk rozpoczynając ostrzał wojsk francuskich. Z uwagi na fakt, że kusznicy stali na tyłach wojsk francuskich w obawie przed stratowaniem przez własne jednostki, nie mogli odpowiedzieć na ostrzał łuczników angielskich. W takiej sytuacji, zamiast bezczynnie czekać, konnica francuska ze skrzydeł ruszyła w niezorganizowany sposób do szarży na pozycje Anglików.
Już od początku brak dyscypliny u francuskiego rycerstwa dawał się we znaki. Według francuskiego kronikarza Gilles’a le Bouvier, atakująca jazda nie zawierała tylu jeźdźców ilu powinna. Ci po prostu zajęci byli karmieniem koni, schodzili z pozycji by się ogrzać lub po prostu się przechadzali[6]. Szarża ta była znacznie spowolniona przez błoto, w którym jazda przedzierała się w stronę nieprzyjaciela, stając się łatwym celem dla strzelców. Pod ostrzałem rażącym zarówno jeźdźców jak i ich wierzchowce, które z powodu odniesionych ran płoszyły się i wymykały spod kontroli, szarża na lewej flance załamała się .Do angielskich linii dotarli trzej rycerze, którzy nie przestawali szarżować, jednak wkrótce i oni zostali wyeliminowani[7]. Na prawej flance jeźdźcy dotarli do przeciwnika, doprowadzając do bezpośredniej walki, mimo strat spowodowanych przez ostrzał i polowe umocnienia Anglików. Mimo lepszej sytuacji niż na przeciwległej flance, również ten atak został odparty. Ostrzał był tak intensywny, że naoczni świadkowie bitwy wspominali, że ,,przedpole było usiane lotkami strzał, które w niektórych miejscach leżały tak gęsto, iż przypominały śnieg”[8]. Na zmierzających w kierunku wroga pieszych żołnierzy dowodzonych przez księcia Orleanu oraz konetabla d’Alberta wpadli wycofujący się jeźdźcy i przerażone konie pozbawione właścicieli, mieszając szyki i tratując piechotę. W końcu, brnąc przez grząski grunt z głowami pochylonymi aby uniknąć trafienie jedną ze strzał w wizjer hełmu[9], zwarli się z siłami angielskimi odpychając je do tyłu przy pierwszym starciu.
Z racji, walki zbitej masy wojowników, Edward V rozkazał łucznikom również walczyć wręcz. Zbrojni francuscy stłoczeni między dwoma lasami, nie byli w stanie wykorzystać przewagi. W rzeczywistości walczył pierwszy szereg, który był popychany do przodu przez żołnierzy ustawionych dalej, uniemożliwiając jakiekolwiek manewry lub odwrót. Równie śmiertelny był grząski grunt, Francuzi, którzy nierzadko przed bitwą dozbrajali się o dodatkowe płyty ochronne, zapadali się w rozmokłym błocie, a przewróciwszy się ginęli dobijani przez przeciwnika, byli tratowani przez kompanów lub topili się w grząskim gruncie. Jedną z ofiar po angielskiej stronie był diuk Yorku. Prawdopodobnie nie zginął przygnieciony ciałami poległych, jak to wcześniej sądzono, lecz jego hełm doznał tak wielkich uszkodzeń, że zmiażdżył mu czaszkę[10].
Artykuł składa się z więcej niż jednej strony. Poniżej znajdziesz numerację stron.