Adam Stawicki, Braterstwo krwi
„Braterstwo krwi” to powieść historyczna z iście epickim rozmachem. Wielka miłość, rozdarta przez zawiść i dziejową zawieruchę. Dwa mocarstwa – Rzeczpospolita i Turcja – stają naprzeciw siebie, by zdecydować, kto jest silniejszy. A do tego te wspaniałe opisy bitew i ukraińskich pejzaży. I zapiera dech w piersi, i łamie się głos. A to wszystko bez pudru, uwspółcześnionych problemów polityczno-społecznych. Jest smakowicie, interesująco, bez patosu, tak zwyczajnego w naszej literaturze.
Mamy 1620 roku. Ukrainę pustoszą tatarskie czambuły, a wkrótce Kozacy atakują czarnomorskie wybrzeża Imperium Osmańskiego. W stosunkach polsko-tureckich narasta napięcie, które grozi wojną jakiej jeszcze nie było. Naprzeciw siebie staną bowiem dwa lokalne mocarstwa. A w międzyczasie toczy się proste życie.
Kniaź Wasyl Kurcewicz zakochuje się bez pamięci w Łucji Rahoziance, którą odbija z rąk tureckich, gdy ta płynęła „służyć” w sułtańskim haremie. Jednak na ich drodze stoi nie tylko historia, ale i złośliwy ataman Borodawka, który płonie chęcią zemsty na kniaziu i pragnie, wbrew wszystkiemu, posiąść piękną Łucję. A że przy okazji planuje wyrwać Ukrainę z rąk Rzeczypospolitej, to już całkiem inna, interesująca sprawa. Co z tego wyniknie?
Tło powieści
W latach 20-XVII wieku Rzecząpospolitą (w uproszczeniu) rządziło kilku ludzi – król Zygmunt III Waza (54 lata) i jego hetmani, w tym hetman wielki koronny Stanisław Żółkiewski (73 lata), odpowiedzialny za politykę południową państwa. W tym czasie Turcją władał młody i niezwykle energiczny sułtan Osman II (16 lat), którego władza była niepewna, wobec czego musiał szukać czegoś, co wzmocniłoby jego tron. Wprawdzie w 1617 roku zawarto porozumienie polsko-tureckie pod Buszą, ale gdy tylko zakończyła się wojna z Persją pod rządami Abbasa I, która przyniosła Turkom kompromitację, młody sułtan musiał wykazać się czymś, co dałoby mu silniejszą pozycję we własnym państwie.
Gdy tylko Kozacy najechali tureckie posiadłości, Osman II postanowił działać. Polacy, widząc, na co się zanosi, postanowili sami uderzyć prewencyjnie. Żółkiewski wszedł na Mołdawię, ale poniósł tam klęskę i sam poległ w bitwie pod Cecorą. Jednak na tym bynajmniej konflikt się nie skończył. Osman postanowił ostatecznie rozprawić się z Rzeczpospolitą, która nie była w stanie, a może i nie chciała, w jego mniemaniu, powstrzymywać dzielnych Kozaków. Do decydującego starcia doszło pod Chocimiem w 1621 roku, gdzie sułtan poniósł klęskę z ręki hetmana Jana Karola Chodkiewicza.
Po klęsce, przeciw sułtanowi zbuntowali się janczarzy. Wprawdzie Osmanowi udało się go zażegnać i wrócić do Stambułu, jednak wkrótce przyszło mu zapłacić za porażki. Z więzienia wyciągnięto chorego psychicznie Mustafę, którego ogłoszono padyszachem, a Osmana zamordowano. Ostatnie chwile młodego sułtana świetnie zekranizowano w tureckim serialu historycznym „Wspaniałe stulecie”.
Dlaczego warto przeczytać?
Książkę czyta się świetnie. Pomimo odważnego kroczenia sienkiewiczowską ścieżką ku pokrzepieniu serc, nie da się nie zauważyć, że pióro Autora jest lekkie, pomysłowe i bardzo literackie. Już od pierwszych stron czytania wciągnąłem się ogromnie. Bardzo podobały mi się opisy ukraińskiej natury – bezkresnych stepów, ujścia Dniepru i setek wysepek rozsypanych pośród jego odmętów. Jest w tym jakiś niewysłowiony czar, któremu nie można się oprzeć i już wiem, że kiedyś będę chciał samemu zobaczyć jak to wszystko wygląda.
Autor świetnie opisuje również bitwy. Jest i doniośle i prozaicznie brutalnie. Nie ma jakiegoś upiększania czegoś, co jest zwyczajnie bestialskie. Jeśli ktoś ginie, to czuć, że ta śmierć boli. Jeśli ktoś ponosi rany, czujemy je i my sami. Jeśli mogę nadużyć waszego zaufania, śmiałbym pokusić się o opinię, iż opisy walk pod Cecorą i Chocimiem autorstwa Adama Stawickiego są istnym majstersztykiem. Dawno nie miałem do czynienia aż z tak wielkim kunsztem, a jednocześnie swobodą, bez zbytniej patriotycznej egzaltacji.
Zresztą, pod wieloma względami, czytelnik bardzo intensywnie przeżywa to, o czym czyta. Opisy cierpień Łucji Rahozianki oraz towarzyszących jej branek, czy cierpienia doznawane przez galerników są aż nader wymowne.
Autor na kartach swej powieści opisuje również sytuację polityczną, jaka miała miejsce w Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Nie ma jakiegoś upiększania, łudzenia nas, że w państwie żyło się dobrze. Bo była i przemoc, i wielkie konflikty narodowościowe, które mimo zaognienia, póki co, dawało się przezwyciężyć. Wszak wróg był jeden , w tym momencie – Turcy i ich sojusznicy. Jak już Polacy, Litwini, Rusini czy Kozacy walczyli, to ramię w ramię, i pal licho, że później wracali do swych kłótni. W chwili zagrożenia – stawali razem, jak jedna rodzina, jak bracia. Jaka szkoda, że tej zażyłości już nie ma…
Drobne uwagi
Wracając do wątku głównych bohaterów, czyli Wołodyjowskiego (seniora), Kołakowskiego i Onufrego Zagłoby to jak poprzednio – czytało się świetnie, choć w tej części nasz poczciwy Zagłoba gra pierwsze skrzypce. Znów ten blagier, mimowolnie, staje się bohaterem, któremu przyjdzie swą przemyślnością i żartem wyciągać innych z tarapatów. I chyba wolę tego typu bohaterów, a nie półherosów, posągowych, idealnych aż do nudności… Dzięki temu jest nie oczywiście, i wesoło, czasem zwodniczo. Zresztą w życiu częściej pierwsze skrzypce grają zwykli ludzie, a nie bohaterzy. I na tym poprzestańmy. Aby dowiedzieć się więcej, musicie poczytać sami.
Bardzo symptomatyczne są opisy mechanizmów, rządzących różnymi opisywanymi tutaj środowiskami politycznymi. Mnie bardzo spodobało się ukazania w jaki sposób działał dwór w Stambule, oraz jak funkcjonowała Kozaczyzna sprzed rządów Bohdana Chmielnickiego. Szkoda tylko, że opisy te są krótkie, niemalże symboliczne. Niemniej i tak oddają więcej prawdy, niż niejeden podręcznik do historii.
Jedyne co mnie nieco uraziło, to fakt opisu śmierci sułtańskiego brata Mehmeda. Nie jestem znawcą tureckich dziejów, ale wiem, iż w rodzinie Osmanów nie pozwalano na przelewanie krwi. Jeśli już kogoś spośród rodziny tracono, było to raczej uduszenie. Dlatego opis egzekucji jest co najmniej dziwny. Szukałem w sieci, ale nie udało mi się znaleźć potwierdzenia faktu, który zaordynował nam Stawicki. Niemniej podchodzę do niego z dystansem.
Podsumowanie
Książka liczy sobie 488 stron. To pozycja poruszająca, trzymająca czytelnika w napięciu. W środku znajdziemy barwne opisy nie tylko samych batalii, ale i przecudownych krajobrazów dawnej Ukrainy. Aż chciałoby się tam znaleźć, by poczuć ten powiew wolności i ducha historii. Bawiłem się przednio mimo kilku nieścisłości z prawdą. Niemniej gorąco polecam – to świetnie zainwestowany czas.
Wydawnictwo Astra
Ryszard Hałas