Dziecko nie musi znać daty bitwy, aby zainteresować się historią. Najpierw musi znaleźć człowieka, zagadkę, przedmiot albo miejsce, które wzbudzi jego ciekawość. Dopiero później przychodzą daty, nazwiska i wydarzenia. Literatura dziecięca robi to od lat, a tegoroczne nowości i zapowiedzi pokazują, jak wiele różnych dróg może prowadzić do przeszłości.
Wyniki badań czytelnictwa 10–15-latków przeprowadzonych w 2025 roku na zlecenie ERGO Hestii nie dają podstaw do kolejnej opowieści o pokoleniu, które porzuciło książki dla ekranów. Aż 92 proc. młodych czytelników wybiera papier, połowa badanych przeczytała w pierwszej połowie roku do trzech książek, a po 20 proc. – cztery lub pięć oraz więcej niż pięć. Problem pojawia się gdzie indziej. Tylko co dziesiąte dziecko uznało szkolne lektury za naprawdę ciekawe i inspirujące. Młodzi częściej wskazywali na humor, emocje, przekonujących bohaterów i możliwość odnalezienia w nich czegoś własnego.
Także dane Biblioteki Narodowej nie pasują do tezy o młodym pokoleniu, które przestało czytać. W 2025 roku przynajmniej jedną książkę przeczytało 56 proc. osób w wieku 15–18 lat, podczas gdy dla całej badanej populacji wskaźnik wyniósł 41 proc. Co więc zrobić, żeby dziecko chciało sięgnąć po książkę historyczną z własnej woli?
Człowiek przed wydarzeniem
Szkolna historia porządkuje przeszłość; kolejne epoki, wojny, państwa, procesy polityczne i społeczne potrzebują chronologii. Książka dla dziecka może pozwolić sobie na coś innego. Może zacząć od siedmioletniej dziewczynki, która miała pójść do szkoły czy od chłopca, który koniecznie chciał mieć walizkę; od nastolatka trafiającego do powstania warszawskiego.
Wrześniowe zapowiedzi Wydawnictwa Literatura są pod tym względem dość charakterystyczne. Wśród nowych książek historycznych znalazły się „Wojenne lalki Marysi” Małgorzaty J. Berwid, „Byłem ranny kałamarzem” Janusza Beksiaka, „Drewniana walizka” Doroty Combrzyńskiej-Nogali, „Zatruty kielich. 10 opowiadań z dziejów Płocka” oraz „Szkatuła wikingów” Katarzyny Rygiel. Wszystkie dotyczą przeszłości, ale każda zaczyna rozmowę z dzieckiem w innym miejscu.
„Wojenne lalki Marysi” nie rozpoczynają opowieści od polityki III Rzeszy. Marysia ma siedem lat, idzie do szkoły i ma własnoręcznie zrobioną lalkę Rozalkę. Wojna oznacza dla niej naloty, okupację, rozłąkę z najbliższymi i kolejne straty. Historia została oparta na prawdziwych wydarzeniach.
Podobnie działa „Drewniana walizka”. Tadzio widzi ludzi uciekających przed wojną. Zauważa, że prawie każdy coś niesie. Dochodzi do bardzo dziecięcego, a jednocześnie całkowicie logicznego wniosku: jego rodzina też powinna mieć walizkę. Nie ma pieniędzy, więc zaczyna szukać sposobu, by je zdobyć. Robi na drutach, sprzedaje własne wyroby, uczy się czytać i liczyć, mimo że szkołę zamknięto. Także ta książka wyrasta z prawdziwej historii rodzinnej.
Dla dziecka okupacja pozostaje dużym pojęciem. Walizka, do której trzeba zmieścić najważniejsze rzeczy przed wyjazdem, jest już konkretna, i od tego konkretu można zaczynać: lalka, walizka, kałamarz – historia bardzo dobrze mieści się w rzeczach
Lalka Marysi prowadzi do wojennego dzieciństwa; walizka Tadzia – do uchodźstwa, okupacji i robót przymusowych, a kałamarz z tytułu wspomnień Janusza Beksiaka prowadzi do powstania warszawskiego.
W „Byłem ranny kałamarzem. Opowieści z powstania warszawskiego” Beksiak opowiada o własnych doświadczeniach bez budowania pomnikowej biografii. Miał piętnaście lat, był łącznikiem, trafił do niemieckiej niewoli, a później samotnie wracał do Polski. W jego wspomnieniach znalazły się okupacja i powstanie, ale również szczegóły życia nastolatka, humor, pomyłki i sytuacje zapamiętane dlatego, że dla młodego człowieka były ważne (wydawca kieruje książkę do starszych odbiorców niż „Wojenne lalki Marysi” – od 12 lat wzwyż).
Nie istnieje jedna uniwersalna „książka o wojnie dla dziecka”. Dziewięciolatek i piętnastolatek mają inne doświadczenie, wiedzę, odporność i inne pytania. Młodszemu czytelnikowi można pokazać wojnę poprzez lalkę, szkołę i rodzinę, a starszy może już wejść w doświadczenie powstańca i jeńca wojennego. Trudny temat nie wymaga jego usunięcia, wręcz przeciwnie, i wymaga dobrego języka, właściwie dobranej perspektywy.
Nie podawaj odpowiedzi od razu
Druga droga do historii prowadzi przez zagadkę. To zresztą metoda bardzo bliska pracy historyka. Najpierw pojawia się ślad, później pytanie, trzeba sprawdzić dokument, porównać informacje, znaleźć miejsce, ustalić, co mogło wydarzyć się wcześniej. Dziecko może robić dokładnie to samo, tylko zamiast archiwalnego inwentarza dostaje fabułę.
W zapowiadanej na wrzesień „Szkatułce wikingów. Na tropie tajemnicy sprzed wieków” Katarzyny Rygiel punktem wyjścia jest szkicownik należący niegdyś do niemieckiego chłopca. Otto opuszczał rodzinne strony w 1945 roku i pozostawił po sobie rysunki oraz notatki prowadzące do ukrytej szkatułki. Współcześni bohaterowie próbują ją odnaleźć. W książce spotykają się przygoda, historia Pomorza Zachodniego i ślady pozostawione przez ludzi żyjących wcześniej. Wydawca wprost odwołuje się do tradycji powieści w duchu „Pana Samochodzika”.
Najbliższa historia leży kilka ulic dalej
Dziecko może nie wiedzieć, gdzie znajdowała się stolica państwa Mieszka I. Zwykle wie jednak, gdzie stoi ratusz w jego mieście. Historia lokalna ma przewagę, której nie da się przecenić: można ją zobaczyć. Książka przestaje kończyć się na ostatniej stronie. Można wyjść z domu i sprawdzić, czy opisane miejsce nadal istnieje.
Na tym opiera się sens „Zatrutego kielicha. 10 opowiadań z dziejów Płocka” Grażyny Bąkiewicz, Zuzanny Orlińskiej, Kazimierza Szymeczki i Pawła Wakuły. Książka jest szóstą częścią serii „Zdarzyło się w Polsce” i obejmuje ponad sześćset lat historii Płocka. Wielka polityka pojawia się w niej obok doświadczeń młodych mieszkańców: synów kowali, skrybów, karczmarzy czy królewiczów.
Płock jest tutaj przykładem. Tę samą metodę można zastosować w Poznaniu, Sieradzu, Gdańsku, Chodzieży albo w niewielkiej wsi. Po przeczytaniu opowieści historycznej można sprawdzić, co zostało z dawnego miasta. Znaleźć najstarszy budynek. Zobaczyć plan miejscowości sprzed stu lat. Poszukać starego cmentarza. Obejrzeć fotografie rynku. Sprawdzić, kto mieszkał w kamienicy stojącej przy drodze do szkoły.
Krzyżacy nie muszą mówić językiem podręcznika
W badaniu ERGO Hestii humor należał do cech książek cenionych przez młodych czytelników. Nie ma powodu usuwać go z historii tylko dlatego, że przedmiot dotyczy średniowiecza, wojny albo polityki.
Paweł Wakuła w książce „Krzyżacy. Rycerze i zbóje” oddał głos Albrechtowi Hohenzollernowi. Wielki mistrz opowiada o zakonie we własnym imieniu, współczesnym językiem i bez podręcznikowego tonu (jak i w poprzednich częściach serii). Książka należy do serii „A to historia!”, w której postacie z polskiej przeszłości występują w roli narratorów własnych dziejów.
Krzyżacy nie pojawili się pewnego dnia jako zestaw cech do nauczenia przed sprawdzianem. Zakon miał własną historię, zmieniał się, prowadził politykę, przegrywał, szukał nowych rozwiązań. Albrecht Hohenzollern nie jest potrzebny dziecku dlatego, że wypada zapamiętać datę sekularyzacji Prus. Jest ciekawy również dlatego, że został wielkim mistrzem organizacji, którą później sam zlikwidował.
A jeśli dziecko wcale nie interesuje się wojnami i królami? Tym lepiej. Historia jest przecież znacznie większa i szersza. Można wejść do niej przez modę, sport, jedzenie, muzykę, wynalazki, zwierzęta, architekturę, medycynę albo życie codzienne.
Dobrym przykładem jest tegoroczny „Antoine. Najsłynniejszy fryzjer świata” Marty Orzeszyny. Antoni Cierplikowski zaczyna w książce jako Antek z Sieradza. Później pojawiają się Łódź, Warszawa i Paryż, nauka zawodu, moda, teatr, sztuka i świat początku XX wieku. Cierplikowski poznaje środowisko paryskich artystów, pracuje dla gwiazd i uczestniczy w zmianach, które wpływały na wygląd kobiet przez kolejne dekady.
To biografia fryzjera, ale również historia migracji, pracy, awansu społecznego, sztuki i zmieniających się obyczajów. W książce pojawiają się między innymi Coco Chanel, Josephine Baker, Ève Lavallière, Pablo Picasso czy Amedeo Modigliani.
Dla dziecka zainteresowanego rysowaniem, ubraniami albo projektowaniem może to być lepsze wejście do XX wieku niż kolejna opowieść o wojnie czy powstaniu. A nie ma żadnego obowiązku zaczynania historii od polityki.
Dobra książka historyczna zostawia pytania
Rodzic nie potrzebuje doktoratu z historii, żeby wykorzystać książkę do rozmowy z dzieckiem. Nie musi nawet znać wszystkich odpowiedzi. Lepiej zapytać, co Tadzio spakowałby do swojej walizki, niż sprawdzać, czy dziecko zapamiętało datę rozpoczęcia okupacji. Zastanowić się, dlaczego Marysia tak bardzo potrzebowała Rozalki. Sprawdzić na mapie, którędy Antoine jechał z Sieradza do Paryża. Poszukać zdjęć dawnego Płocka. Zapytać, czy piętnastoletni Janusz powinien był walczyć w powstaniu. Porównać wyobrażenie Krzyżaka z tym, czego dziecko dowiedziało się z książki – tak zaczyna się samodzielne myślenie o przeszłości.
Dobra popularyzacja historii nie polega na przepisaniu podręcznika prostszymi słowami. Dziecko nadal dostanie wtedy podręcznik, tyle że krótszy. Potrzebuje opowieści, która pozwoli mu najpierw zainteresować się człowiekiem. Potem może zapytać o miejsce, czas i przyczyny. W końcu samo zacznie szukać kolejnych informacji.
Czytanie historii zaczyna się również w domu
W badaniu ERGO Hestii pojawił się jeszcze jeden wynik, którego nie warto pomijać. Dzieci częściej czytają tam, gdzie czytają rodzice. Jednocześnie tylko co piąty rodzic aktywnie wspiera zainteresowania czytelnicze dziecka poprzez wspólną lekturę albo rozmowę o książkach (!). Nie trzeba od razu organizować domowego klubu książki. Wystarczy potraktować lekturę dziecka poważnie, zapytać, co było ciekawe, nie żądać streszczenia, nie sprawdzać wiedzy, nie zamieniać każdej książki w dodatkową lekcję.
Jeżeli po „Szkatułce wikingów” dziecko chce szukać informacji o wikingach na Pomorzu, książka zrobiła swoje. Jeżeli po „Drewnianej walizce” zacznie pytać, dlaczego ludzie byli wywożeni do Niemiec, można odpowiedzieć albo poszukać odpowiedzi razem. Jeżeli „Antoine” skończy się półgodzinnym oglądaniem mody z początku XX wieku, trudno uznać ten czas za stracony. A jeżeli po „Krzyżakach” dziecko koniecznie chce odwiedzić Malbork, to czy może być piękniejsza konsekwencja przeczytania książki przez dziecko?
Fot. Dzieci wybierające książki w szkolnej bibliotece w La Forge w stanie Missouri, sierpień 1938 roku. Fot. Russell Lee/Farm Security Administration/domena publiczna
Agnieszka Cybulska