W polskiej pamięci nic nie rozpala tak, jak niedopowiedziane historie i spory o wierność, zdradę i narodowe szaleństwa. Między toastem a goryczą, między wielką legendą a codziennym bólem – mit napoleoński potrafi wciąż dzielić i jednoczyć przy wspólnym stole. Piotr Korczyński w książce Krew i popiół wraca do tych miejsc i emocji, gdzie żołnierska odwaga, rozczarowanie i tęsknota mieszają się w opowieść, która ani myśli wygasać.
Agnieszka Cybulska: W Pana książce wielokrotnie wybrzmiewa przekonanie, że mit napoleoński ukształtował całe pokolenia Polaków. A czym jest dla Pana ten mit dziś – czy on nadal działa, czy może już go przehandlowaliśmy za inne symbole? Co się z nim dzieje we współczesnej Polsce, choćby w kulturze masowej?
Piotr Korczyński: Póki Mazurek Dąbrowskiego jest hymnem Polski, mit napoleoński zawsze będzie nad Wisłą obecny, choć od dłuższego czasu słowa o przykładzie Bonapartego, jak zwyciężać mamy nie do końca są brane do serca przez naszą reprezentację narodową w piłce nożnej… A mówiąc zupełnie poważnie, proszę zobaczyć, że najwięcej komentarzy jeśli chodzi o kino historyczne w 2024 roku wywołała w naszych social mediach nieudana superprodukcja Ridleya Scotta Napoleon.
Tych opinii było znacznie więcej niż na przykład po premierze też niezbyt udanego filmu o bitwie pod Monte Cassino, czyli Czerwone maki. Wydawałoby się, że rodzimy film o jednej z najkrwawszych bitew II wojny światowej, w jakiej przyszło walczyć Polakom powinien mocniej rezonować niż produkcja o cesarzu Francuzów, tym bardziej że o Księstwie Warszawskim i jego armii nie ma tam słowa.
Polska wymieniona jest tylko raz w kontekście wyprawy na Rosję w 1812 roku. A jednak karykaturalne przedstawienie Napoleona, głęboko zakorzenione w brytyjskiej tradycji, jakie nam zaserwował Scott oburzyło nie tylko kinomanów czy historyków, ale też tak zwanych zwykłych ludzi, którzy kojarzą Napoleona z genialnym strategiem i charyzmatycznym wodzem, a tych cech w Napoleonie Scotta jest jak na lekarstwo…
Przyznam się, że właśnie po listopadowej premierze Napoleona (2024) w jednym z krakowskich kin przyszedł mi do głowy pomysł, by zmierzyć się z tym tematem. Tak więc można powiedzieć, że brytyjska tradycja umniejszania cesarza Francuzów obudziła we mnie i innych iskrę napoleońską, która jest częścią naszego narodowego genotypu…
Najnowsza książka Piotra Korczyńskiego Krew i popiół czeka na Ciebie tutaj:
Napisał Pan: „od dzieciństwa po grobową deskę będę uważał cesarza Napoleona za dobroczyńcę Polaków” – a przecież nie brakuje głosów, że Napoleon Polakami po prostu cynicznie grał.
Wbrew pozorom ta deklaracja nie jest przejawem zbytniego idealizowania czy bezkrytycznego brązowienia postaci Napoleona. To byłaby, mówiąc kolokwialnie, ale trafnie – niepoważna dziecinada. Cesarz, kiedy wymagał tego interes jego państwa, potrafił zmienić się w brutalnego i cynicznego, pozbawionego skrupułów czy sentymentów polityka. Wbrew pozorom mieli tego świadomość służący pod jego komendą oficerowie polscy, nawet ci najwierniej i do końca przy nim stojący.
Mówiąc krótko – Napoleon był cesarzem Francuzów i ten tytuł traktował z całą powagą. Dla Korsykanina Francja była najważniejsza, a cała reszta (łącznie z jego pierwszą ojczyzną – Korsyką) służyła budowaniu jej potęgi – imperium. Ziemie polskie były tej gry częścią, a Polacy nierzadko byli instrumentalnie traktowani.
To fakt bezsporny, a jednak z pełną świadomością podtrzymuję swą opinię z jednego bardzo prostego powodu: Polacy po trzecim rozbiorze swej ojczyzny nie mieli innej alternatywy niż walka po stronie cesarza Francuzów i to dzięki tej postawie i pomimo naszej klęski w wojnach napoleońskich zaborcy zweryfikowali swe plany całkowitego i wiekuistego wymazania polskiej państwowości z historii.
Powiem więcej, to właśnie obrażanie się na Napoleona, że był przede wszystkim cesarzem Francuzów jest dziecinadą. Bardzo celnie o tym powiedział wybitny reżyser Andrzej Żuławski, który swą karierę rozpoczynał między innymi na planie Popiołów Andrzeja Wajdy. W wywiadzie rzece dla Piotra Mareckiego i Piotra Kletowskiego stwierdził: „Dla mnie [Popioły] to jest opowieść trochę jak z książki Stendhala, taka gorączkowość tego wszystkiego. Chodzi o to, że nie sposób zrozumieć tej wielkiej przygody, którą przyniósł Napoleon do martwej Polski wtedy. To była przygoda parweniuszy, którzy mogli się stać z dnia na dzień generałami, a byli nikim!”[1].
Nic dodać, nic ująć – Napoleon dał Polakom szansę, a ci – nie mając zgoła nic do stracenia – podjęli to wyzwanie. I za tę właśnie szansę, uważam i będę uważał Napoleona – władcę obcego mocarstwa – za dobroczyńcę Polaków, za to, że „Dał nam przykład Bonaparte…”.
Bohaterowie w karczmie opowiadają nie tylko o walkach, ale też o byciu pionkiem historii, przymusie, zdradzie, wypaleniu. Czy prowadząc ich głosy, myślał Pan o jakimś konkretnym współczesnym odbiorcy? Komu właściwie dziś chce Pan oddać głos tych żołnierzy – czy bardziej młodym, którzy nie wiedzą, co to wojna, czy może tym, którzy mają ją za ścianą?
Właściwie, to wszyscy, czy młodsi, czy starsi, mamy dziś wojnę za ścianą, a jedną ze stron tegoż konfliktu jest Rosja, która w epoce napoleońskiej jako zwycięzca Napoleona ugruntowała swą imperialną pozycję w Europie. Już samo to może zachęcić do sięgnięcia po głosy żołnierzy, którzy przeżyli piekło rosyjskiej kampanii, a z Rosjanami potykali się jeszcze w Legionach, a wielu z nich w insurekcji kościuszkowskiej, a nawet wcześniejszej wojnie w obronie Konstytucji 3 Maja.
Wojna – każda wojna – niesie za sobą i przymus walki, stresy i wypalenie, czasem zupełne załamanie i zdradę – całego tego wojennego kalejdoskopu doświadczyli bohaterowie książki. Wertując źródła czy pamiętniki z wojen napoleońskich bardzo często miałem wrażenie jak niewiele zmieniło się jeśli chodzi o wojnę. To znaczy, zmieniły się mundury, broń, taktyka, lecz ludzka natura jest wciąż taka sama – czyli niestała, tym bardziej w chaosie wojny. Ten sam człowiek dziś może być bohaterem, jutro tchórzem, a pojutrze znowu wzniesie się na wyżyny męstwa, by tej samej nocy wpaść w panikę i zdezerterować…
Na wojnie wiele rzeczy zależy od okoliczności, czyli przysłowiowego szczęścia – fartu czy fuksa i równie przysłowiowego pecha. Bardzo prosto jest oceniać bohaterów i antybohaterów tylko wyłącznie płaskiej wiedzy z podręczników, która sprowadza się do prostego równania, że od „punktu A” człowiek doszedł do „punktu B”. Tak w prawdziwym życiu, czyli prawdziwej historii nigdy nie jest, a nasze przysłowiowe polskie drogi są wyjątkowo kręte, błotniste i wyboiste przy tym.
Opowieść w Krwi i popiele toczy się przy gorzałce, w smutnej, podupadłej karczmie. Czy gdyby pisał Pan dziś książkę o weteranach innych wojen – powiedzmy: Irak, Afganistan, Ukraina – to miejsce spotkania wyglądałoby podobnie? Czy też zmieniłby się język i rytuały tych opowieści, a może tylko ludzie wciąż są tacy sami?
Gdybym pisał o chłopakach z Iraku czy Afganistanu, to być może posadziłbym ich przy stoliku w jakimś modnym warszawskim klubie czy krakowskim kasynie, ale ich wspomnienia i dyskusja byłaby uderzająco podobna do tych, które czytamy w Krwi i popiele.
Mottem tej książki uczyniłem znamienne zdanie, wypowiedziane przez Pierre’a Schoendoerffera, korespondenta wojennego z czasów wojny w Indochinach i twórcy jednego z arcydzieł kina wojennego Pluton 317. Mianowicie ten weteran bitwy pod Dien Bien Phu stwierdził: „To, że żołnierze gotowi są ginąć za jakąś sprawę, nie oznacza, że jest ona sprawiedliwa. Lecz zawsze w tym wszystkim liczy się człowiek”.
Myślę, że niezależnie od upływu czasu, to zdanie ani trochę nie straciło na aktualności. Jeśli wojna to polityka prowadzona innymi metodami – jak powiedział klasyk – to niezależnie od jej przebiegu zawsze liczy się człowiek. Tak więc zwycięzca batalii może być moralnym bankrutem, a przegrani wręcz przeciwnie.
Często odnośnie naszej historii pada stwierdzenie, że biliśmy się tylko i wyłącznie o honor lub że inni konsumowali owoce naszych zwycięstw (między innymi cesarz Napoleon) albo że byliśmy jedynie narzędziem – kastetem lub szablą w rękach obcych wodzów… Dodajmy sobie do tej opinii zdanie, „lecz zawsze w tym wszystkim liczy się człowiek” i ono zmieni kontekst…
W wielu momentach książki widać szorstką męskość, ale też wielką kruchość i rozdarcie. Czy miał Pan poczucie, że poprzez losy tych siedmiu weteranów mówi Pan coś także o tym, czym jest polska męskość – wtedy i dziś?
Bez wrażliwości nie ma męskości. Wbrew pozorom, w istocie wciąż obowiązują te same wzorce męskości, co za czasów księcia Józefa Poniatowskiego i dzięki kobietom pewnie jeszcze długo się to nie zmieni.
Kazimierz Lux to postać, która aż się prosi o serial – żołnierz, korsarz, awanturnik. Czemu, Pana zdaniem, kultura popularna nie sięga po takich bohaterów, choć są gotowym materiałem na film czy powieść historyczną z pazurem? Czy to kwestia zbyt trudnej biografii, czy może my – jako społeczeństwo – wolimy uładzonych świętych niż ludzi z krwi i kości?
Gwoli ścisłości major Kazimierz Lux jest bohaterem powieści Andrzeja Sawickiego Honor Legionu, ale w istocie muszę się tutaj z Panią zgodzić: gdyby życiorys majora i kilku innych jego korsarskich kompanionów mających za sobą piekło Karaibów w szeregach polskich półbrygad tłumiących powstanie na San Domingo trafił na biurko jakiegoś producenta z Hollywood, to mielibyśmy niejeden znakomity film lub serial historyczny…
Ostatnio w branżowym czasopiśmie filmowym przeczytałem dość smutne zdanie, że takie filmy jak Popioły Andrzeja Wajdy czy Rękopis znaleziony w Saragossie Wojciecha Jerzego Hasa już się raczej w polskim kinie nie przydarzą…
Obydwa to arcydzieła osadzone albo nawiązujące do epoki napoleońskiej i obecne na kartach mojej książki – zwłaszcza Popioły, które w latach sześćdziesiątych rozpaliły w Polsce napoleońskie iskry w polityczny stos… Mówimy tutaj o arcydziełach, ale po prawdzie, to nie ma dziś też dobrego kina gatunkowego w historycznym kostiumie, jakie kręcono u nas przed 1989 rokiem…
Diagnozowanie tego to na dłuższą rozmowę w innym miejscu, ale mówiąc krótko, wydaje mi się, że scenariusze historyczne, które były, są i będą podstawą każdego filmu są niestety jak podręczniki szkolne – streszczają niczego nie interpretując, nie pozwalając widzowi delektować się „czytaniem między wierszami”.
Cenzura – jakby to nie zabrzmiało – miała tę pozytywną stronę, że twórców pragnących przekazać zakazane wartości zmuszała do gry, która dawał czasem cudowne efekty artystyczne. Zauważmy, że wpierw Popioły napisał Stefan Żeromski poddany presji carskiej cenzury, a na film zaadoptował je Andrzej Wajda – mistrz batalii z cenzurą peerelowską. W efekcie powstał film, który do dziś ma siłę rażenia największych superprodukcji napoleońskich.
Jeśli dziś usłyszałbym, że ktoś chce znowu kręcić epopeję napoleońską Żeromskiego miałbym dużo obaw i sceptycyzmu. Ale nadzieja umiera ostatnia – być może znajdzie się ktoś wśród młodych twórców, kto złapie ten nerw polskiej historii i go udatnie przeniesie na ekran.
Jest w książce Fredro – młody, jeszcze nie ironiczny. Czy postać Fredry w armii Napoleona to dla Pana symbol kogoś, kto musi przeżyć tragedię, by potem umieć się z niej śmiać? Czy Polska ma takich bohaterów dzisiaj – śmiejących się nie z lekceważenia, ale z przepracowania traumy?
Już ten młody Aleksander Fredro przejawia całkiem sporo zdrowej ironii i dystansu wobec własnej i innych kariery wojskowej pod sztandarami Napoleona. Ba – bezlitośnie ocenia i obśmiewa samego cesarza!
Lecz proszę zauważyć, że ten dystans i ironia idą całkowicie w parze z przekonaniem, że nie było innej drogi dla Polaków, jak ta wespół z cesarzem w szeregach Wielkiej Armii. Pisząc o kapitanie Aleksandrze Fredrze w dużej mierze opierałem się na jego pamiętnikach z kampanii napoleońskich pod wymownym tytułem Trzy po trzy. Uważam, że ta niewielka książeczka powinna być sztandarową lekturą w szkołach – pod warunkiem, że czytana z poczuciem humoru, co w szkole jest jednak niezmiernie trudne…
Już sam początek tej opowieści, gdy Fredro określa swe miejsce w sztabie „boga wojny” jest kapitalną odtrutką na wszelkie dęte i instrumentalne „historie polityczne” i „inicjatywy patriotyczne” nie mające nic wspólnego z prawdziwym patriotyzmem. Fredro to geniusz, którego ukształtowała służba w napoleońskim wojsku, a żołnierz potrafi być i rubaszny, i cyniczny, i ironiczny, ale i zdystansowany, mądry nie tylko życiowo, lecz i przez obcowanie ze śmiercią. Bardzo lubię tego młodego oficera sztabowego – kapitana Aleksandra Fredrę.
Pisze Pan z ogromnym znawstwem, ale i emocjonalnym zaangażowaniem. Czy w czasie pisania był taki moment, w którym musiał Pan odejść od komputera – bo tekst, historia, wspomnienie jakiejś postaci zbyt mocno Pana dotknęło? Jeśli tak – kto lub co Pana zatrzymało?
Cieszę się, że zauważa Pani emocjonalną stronę tej książki. Istotnie, jest tutaj kilka scen, które wciąż tkwią mi w głowie jak filmy: pył, robactwo i węże w egipskich piramidach i targ niewolników opisany przez pułkownika Szumlańskiego; odwiedziny francuskiego oficera w domu pułkownika Bogusławskiego, który okazuje się bratem zabitego prze tegoż Bogusławskiego w pojedynku Francuza; polscy i holenderscy saperzy budujący w lodowatej wodzie Berezyny przęsła mostu, by uratować resztki Wielkiej Armii.
Owi saperzy i ich postawa, to dla mnie jeden z najpiękniejszych epizodów wypełnienia żołnierskiej powinności – wymowniejszy nawet od słynnej szarży polskich szwoleżerów pod Somosierrą; horror jaki przeżył kapitan Brekier w hiszpańskim obozie koncentracyjnym, w którym widział przejawy ludzkiego upodlenia i najwyższe dowody człowieczeństwa…
Mógłbym tak długo, bo przecież każda bitwa napoleońska, a nierzadko poszczególne jej epizody, to osobne epopeje, ale po prostu zapraszam do lektury.
Często powtarza się w książce motyw „żołnierza bez bitwy” – kogoś, kto wraca z wojny i nie może już znaleźć swojego miejsca. Czy widzi Pan podobieństwo między nimi a współczesnym doświadczeniem ludzi, którzy przeżyli wielkie ideowe poruszenia – a potem muszą jakoś żyć w „pokoju”, który nie jest spokojem?
Właściwie kilka razy już podkreśliliśmy tę wspólnotę losu tamtych weteranów z dzisiejszymi żołnierzami, którzy wracając po wojnie do rodzinnych domów zmuszeni są żyć z wojennymi traumami.
Oczywiście, w czasach napoleońskich nikt nie przeprowadzał testów psychologicznych, a medycyna była na takim poziomie, że często lepiej było od razu zginąć w bitwie niż trafić na stół polowego chirurga, choć to właśnie w armii Napoleona pojawiły się pierwsze ambulanse i zaczęto przykładać większą wagę do ratowania rannych na polu bitwy. Są tego ślady w książce, a nawet nasi bohaterowie – w pewnym sensie – dyskutują nad PTSD. Niewątpliwie też cierpi na nie kapitan Brekier o „urocznych oczach”…
No i ta „skrzecząca pospolitość”, do której trzeba wrócić po wielkich, tektonicznych poruszeniach historii jak rewolucja czy wojny wywracające porządek polityczny Europy. Szczególnie to było bolesne w wypadku żołnierzy plebejuszy – chłopów, którzy zobaczywszy jak świat wygląda, nierzadko poznawszy swe obywatelskie prawa w szkołach demokracji organizowanych przy Legionach i zdobywszy awanse w bitwach, wracali nagle do swej mazowieckiej czy galicyjskiej wsi, a tam zamiast szacunku czekał na nich ich pan z knutem, a czasem też z rosyjskim czy austriackim żandarmem, by takiego wiarusa zmienić ponownie w pańszczyźnianego chłopa.
Pisał o tym przejmująco Żeromski i pokazał Wajda w Popiołach, a u mnie jest Piotr Fugiel, szczęściarz prawdziwy, bo ten weteran kościuszkowski otrzymał w dzierżawę ów zajazd, w którym nasi bohaterowie nocują i rozprawiają o wojnie. Niezaprzeczalnie wojny napoleońskie były też katalizatorem przemian społecznych, choć słuszne jest to powiedzenie, ze Kodeks Napoleona ściągnął polskim chłopom kajdany razem z butami…
Motyw karczmy przy drodze – niby fikcyjny, a przecież realny. Czy w Pana oczach Polska to właśnie taka karczma między błotem a lasem, gdzie wszyscy przy stole toczą swoje prywatne wojny? Czy pisząc książkę, miał Pan poczucie, że opowiada Pan nie tylko o przeszłości, ale i o naszym dzisiejszym, swojskim „tu i teraz”?
Półżartem, półserio powiem, że Quentin Tarantino w Nienawistnej ósemce poszedł dalej, gdyż swych weteranów wojny secesyjnej odciął śnieżycą w pasmanterii Minnie, nad którą wisiała tabliczka „Psom i Meksykanom wstęp wzbroniony”. Nieprzypadkowo przywołuję ten film – brutalny i boleśnie prawdziwy traktat o formowaniu się po krwawej wojnie domowej narodu amerykańskiego, bo Krew i popiół tego wątku nie unika także, choć w finale zmierza w zupełnie inną stronę. W końcu nasi weterani to nie żołnierze zmienieni w łowców nagród i bandytów, lecz oficerowie wierni przysiędze – choć niektórzy z nich mają pirackie czy rebelianckie epizody w swej karierze.
W takiej przydrożnej karczmie można się kłócić, wszczynać burdy i skakać sobie do oczu, ale równie dobrze można siąść do wspólnego stołu i zapaliwszy fajki, przy butelce wódki szukać wspólnoty – mimo różnych życiowych doświadczeń, wykształcenia, poglądów czy stanów klasowych.
Wydaje mi się, że to szukanie wspólnego języka antagonistów jest ciekawsze od wkładania bohaterom od razu szabli w dłonie czy pistoletów i czynienie krwawej jatki. I w tym sensie ta karczma w czarnym borze nad błotnistą drogą jest z jednej strony reliktem przeszłości, a z drugiej jak najbardziej może być traktowana jako metafora „tu i teraz”…
„Najwierniejsi z wiernych” – tak Napoleon miał mówić o Polakach. Ale co właściwie oznaczała ta wierność? Czy dla tych żołnierzy była to lojalność polityczna, emocjonalna, religijna? Czy w ogóle dziś, w epoce rozmytych autorytetów, możliwe jest podobne przywiązanie do jakiejkolwiek sprawy?
Dla żołnierza najważniejsza jest jego żołnierska przysięga i wierność sztandarowi, pod którym służy. To świętość i póki nikt go z tej przysięgi nie zwolni, zobowiązany jest do wypełniania jej powinności. Mam nadzieję i chcę w to wierzyć, że i dziś dla żołnierzy to priorytety.
Możemy dyskutować nad intencjami Napoleona wobec Polaków, nad kierunkiem tej czy innej kampanii wojennej, ale nawet najwięksi przeciwnicy cesarza i opcji napoleońskiej muszą przyznać, że Wojsko Polskie miało świetnego ducha – esprit de corps i spora jego część bardzo szybko osiągnęła poziom elitarnych pułków gwardii cesarskiej. Pamiętajmy to zdumienie francuskiego grenadiera, cytowane również w książce, który po polskim natarciu w Hiszpanii wykrzyknął: „Jakże tacy żołnierze mogli stracić ojczyznę!”…
W książce jest niesamowity balans: z jednej strony pełen szacunku ton wobec bohaterów, z drugiej – nie ma Pan oporów, by pokazać ich gorycz, zgorzknienie, bylejakość po wojnie. Czy miał Pan z tym jakiś wewnętrzny konflikt – jak nie zdradzić pamięci bohaterów, a jednocześnie napisać o nich uczciwie, bez patosu?
Nie miałem najmniejszych oporów, a wręcz przeciwnie – zależało mi, by ukazać mych bohaterów nie jako figury z brązu stawiane w parku „ku czci…”, lecz takimi jakimi oni byli – ludźmi z krwi i kości, ze swymi zaletami i przywarami, emocjami i traumami.
Wbrew pozorom nie jest to niemożliwe, jeśli się uważnie czyta relacje tych konkretnych bohaterów i innych ich towarzyszy broni z Wielkiej Armii. Powtórzę raz jeszcze, jeśli przebrnie się przez językowe archaizmy, te relacje są zaskakująco współczesne lub nawet ponadczasowe, jak ponadczasowe są sztuki Szekspira o istocie władzy i wojnie.
Gdyby miał Pan jedną scenę z książki zamienić w obraz – który moment by Pan namalował albo sfilmował jako esencję tej opowieści? I dlaczego właśnie ten?
Trudne pytanie i tym trudniejsze, że autorem ilustracji i grafiki na okładkę jestem ja. Nawiązałem w nich do wzmiankowanego tutaj arcydzieła Andrzeja Wajdy Popiołów. Zresztą w książce filmy czy obrazy batalistyczne pełnią bardzo istotną, by nie powiedzieć – kluczową rolę. Ale nie zdradzajmy za wiele.
Gdybym miał wykonać jeszcze jedną grafikę związaną z książką, to narysowałbym wszystkich siedmiu jej bohaterów razem, przy jednym stole, jak palą fajki i wznoszą toasty za tych, którzy polegli. Motyw banalny? Prostota jest najtrudniejsza i najwymowniejsza zarazem, co pokazał między innymi Andrzej Wajda w scenie płonących kieliszków ze spirytusem w Popiele i diamencie czy Ridley Scott w swym genialnym debiucie – Pojedynku, przez co rozczarowanie Napoleonem było jeszcze boleśniejsze.
Zastanawia mnie, czy któryś z Pana bohaterów z karczmy ma w sobie coś z Pana samego. Czy któryś z nich mówi w Pańskim imieniu – nie dosłownie, ale emocjonalnie, duchowo, refleksyjnie?
Chciałbym powiedzieć, że mentalnie najbliżej mi do Fredry – ale nie można się porównywać do geniusza, choć uważam się za człowieka z poczuciem humoru. Chyba jednak najbardziej utożsamiam się z piekielnym lansjerem pułkownikiem Adamem Hupetem.
Ten rodowity Francuz pod komendą Tadeusza Kościuszki stał się Polakiem, by następnie w Hiszpanii bić się jak „diabeł” w szeregach najskuteczniejszej formacji w wojnie hiszpańskiej – Pułku Ułanów Nadwiślańskich czyli słynnych los infernos picadores – piekielnych lansjerów – jak ich nazywali. Pułkownik Hupet to lansjer wyjątkowy, bo artylerzysta ze szkoły Kościuszki, który w pułku lansjerów ze zdobycznych dział zorganizował oddział artylerii konnej.
Gorący Francuz z polskim sercem, lecz niepozbawiony dystansu do różnych „przesądów” panujących nad Wisłą. On i Fredro nieraz wchodzą w spór, być może dlatego, że paradoksalnie podobnie myślą, no ale brat Fredry był szwoleżerem, a nie jest to dla lansjera Hupeta bez znaczenia…
W epilogu książki rozmawia Pan z prof. Wojciechem Nawrotem. A gdyby miał Pan dziś zaprosić jedną osobę spoza świata historii – może artystę, pisarza, reportera – do rozmowy o tej epopei, kto by to był? I co chciałby Pan z nim/nią przegadać?
Korzystając z okazji raz jeszcze chciałbym podziękować Panu Profesorowi za ten wywiad, który niejako spiął klamrą narrację, wyjaśniając na czym polegała istota taktyki napoleońskiej.
Gdybym miał takie możliwości, to chętnie zapytałbym Ridleya Scotta, czy nie boi się cesarskiego ducha… (śmiech). Mówiąc poważnie, bardzo chętnie poprosiłbym o Daniela Olbrychskiego o wspomnienia z planu Popiołów. Wprawdzie wiele z nich opisał w swej wspomnieniowej książce, ale raz jeszcze zapytałbym go o szarżę somosierrską, kręconą pod Łodzią, podczas której doszło do tragicznego wypadku majora Adama Królikiewicza, konsultanta filmowego, a przed wojną szwoleżera Piłsudskiego – on także jest bohaterem tej książki.
Jakżeby inaczej, gdyż umierając stwierdził, że „przynajmniej umiera jak prawdziwy kawalerzysta”.
Piotr Korczyński to p.o. redaktora naczelnego magazynu „Polska Zbrojna. Historia”, historyk, grafik i publicysta. Jest autorem takich książek jak „Dawno temu na Dzikim Zachodzie”, „Śladami Szeli, czyli diabły polskie”, „Wojownicy, żołnierze i śmierć nie zawsze pełna chwały”, „Przeżyłem wojnę… Ostatni żołnierze Walczącej Polski”, „Zapomniani. Chłopi w Wojsku Polskim”, „15 sekund. Żołnierze polscy na froncie wschodnim” czy „Dzika dywizja. Historia czerwonych beretów”. Współtworzył również tomy 2 i 3 „Europejskiego Kina Gatunków” oraz publikację „1000 filmów, które tworzą historię kina”.
[1] Piotr Kletowski, Piotr Marecki, Żuławski. Wywiad rzeka, Warszawa 2019, s. 59.



