jak radzili sobie z bólem nasi przodkowie

Jak radzili sobie z bólem nasi przodkowie? Od wykałaczek i smoły brzozowej po pierwsze protezy

Ból zębów, ropiejące rany, złamania i nowotwory towarzyszyły ludziom od zawsze, a mimo braku lekarzy i leków próbowali z nimi walczyć na własny sposób. Naturalne antybiotyki, wykałaczki z patyczków, smoła brzozowa czy pierwsze protezy z kości i metalu pokazują, jak radzili sobie z bólem nasi przodkowie – często w sposób zaskakująco pomysłowy, ale też bolesny i ryzykowny. W ich ciałach archeolodzy odnajdują ślady eksperymentów medycznych, które świadczą o niezwykłej determinacji, by ulżyć cierpieniu.

Człowiek z Lodu na ból zębów miał w plecaku kawałek działającego przeciwbólowo i przeciwzapalnie grzyba białoporka brzozowego. Być może czyścił zęby wykałaczką, ale raczej nieskutecznie. Musi to być naturalny odruch, bo gałązek do czyszczenia zębów używają makaki i kapucynki, a szympansy wolą „nitkę”, czyli źdźbła traw.

Najstarsze ślady wydobywania resztek pokarmu spomiędzy zębów za pomocą ości, kostek ptaków czy patyczków u homininów sięgają 1,8 miliona lat i pochodzą z jaskini Dmanisi w Gruzji, gdzie na zębach Homo erectus znaleziono równoległe mikrorysy. U neandertalczyków są one częste, a najstarsze dowody, sprzed niemal 80 tysięcy lat, pochodzą z jaskini Stajnia na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej.

Tekst, który czytasz, jest fragmentem książki Agnieszki Krzemińskiej Homo (nie tylko) sapiens. Inna opowieść o naszych przodkach, która czeka na Ciebie tutaj:

Najczęściej w rowkach między zębami trzonowymi znajdują się drobne zarysowania biegnące pionowo, które znacznie lepiej widać u neandertalczyków niż u nas, ponieważ mieli oni inną strukturę szkliwa. Przez tysiąclecia korzystanie z wykałaczek było podstawowym zabiegiem higieny jamy ustnej. Innym, szczególnie popularnym w północnej Europie w mezolicie i neolicie, mogło być żucie lepkiego dziegciu. Żucie usuwało resztki jedzenia spomiędzy zębów, a jednocześnie działało antyseptycznie i bakteriobójczo, dzięki występującym w tej substancji benzenom i fenolom. Nie było to jednak zbyt przyjemne, smoła brzozowa jest bowiem bardzo gorzka.

Pierwsze próby leczenia i dawni dentyści

Homininy leczyły też choroby przyzębia. W kamieniu nazębnym neandertalki z jaskini El Sidrón w Hiszpanii badacze znaleźli pozostałości krwawnika i rumianku, a u mężczyzny — DNA patogenów. Ponieważ korzystał on z zębów jako trzeciej ręki, miał uszkodzone szkliwo i ropień w żuchwie, a w dodatku cierpiał na biegunkę spowodowaną bakteriami Enterocytozoon bieneusi.

Jedno i drugie schorzenie powodowało bóle, które leczył naturalnym antybiotykiem, czyli pleśnią Penicillium, oraz pochodzącym z kory topoli kwasem salicylowym, substancją czynną w dzisiejszej aspirynie. Leki te nie rozwiązywały wszystkich problemów stomatologicznych, a o plombach można było tylko pomarzyć. Jest jednak dowód na to, że w pradziejach bywali dentyści z wizją.

W schronisku skalnym Riparo Fredian (75 kilometrów od Florencji) archeolodzy natrafili na szczątki młodego mężczyzny, któremu ktoś 13 tysięcy lat temu wydłubał z chorego zęba próchniczną zmianę i wypełnił ubytek antybakteryjnym bitumem. W mieszance były też włosy i rośliny, nie wiadomo jednak, czy miały one znaczenie lecznicze, czy przykleiły się z czasem do miękkiej plomby. Długie i bolesne dłubanie w miazdze cienkim przedmiotem było na tyle udane, że pacjent żył po zabiegu jeszcze jakiś czas.

W starożytnym gabinecie stomatologicznym

W zaawansowanych cywilizacjach starożytnych lekarze byli przekonani, że próchnicę powoduje żyjący w zębie robak, więc i oni próbowali wydobyć go, używając ostrych narzędzi. Faraonowi Amenhotepowi III, który cierpiał katusze z powodu bólu zębów, albo nikt nie odważył się w nich dłubać, albo niewiele to dało, bo w rozpaczy poprosił króla Mitanii, by przysłał mu posąg Isztar.

Być może lepszym sposobem niż wstawiennictwo bogini byłoby zażycie uśmierzające go ból opium i usunięcie chorego zęba. Antropolodzy doskonale widzą w kościach, czy dany ząb wypadł z powodu paradontozy lub szkorbutu czy też go wyrwano, bo miejsca po usunięciu są zaleczone, a korzenie sąsiednich zębów głęboko tkwią w szczęce.

O ekstrakcjach czytamy w tekstach, a w ikonografii pojawiają się przyrządy stomatologiczne. Jednak już egipscy medycy, wiedząc, jakie cierpienie powodują chore zęby i jak trudno sobie z nimi poradzić, zalecali, by o nie dbać.

Starożytne pasty, płukanki i protezy

W II tysiącleciu p.n.e. na medycznym papirusie Ebersa jeden z nich podał przepis na pastę do ich mycia z miodu, mirry i star tych minerałów. Poza tym nad Nilem płukano usta sodą i żuto kul ki z mirry. Pastę do zębów ze startych kości, muszli, kredy, sody i pumeksu znali też Rzymianie, którzy, aby poprawić zapach z ust, żuli również liście przeciwzapalnego ligustru pospolitego (Ligustrum vulgare), miętę, bazylię, a nawet płukali usta różnymi mieszankami, w tym moczem, który miał działanie wybielające. Cały czas stosowa no także wykałaczki, a na Bliskim Wschodzie i w Afryce Wschodniej miswak — rozgryzione patyczki z drzewa arakowego, mające właściwości czyszczące i dezynfekujące.

Być może Amenhotep III nie dość dokładnie czyścił zęby, ale gdyby w końcu wyrwano mu te, które go bolały, nie mógłby liczyć na funkcjonalną sztuczną szczękę, bo chociaż balsamiści uzupełniali ubytki zmarłym ze względów estetycznych, to trzymały się one „na słowo honoru”.

Zęby uzupełniano zmarłym, aby mogli w pełnej krasie stanąć przed bogami zaświatów. Już 7 tysięcy lat temu mężczyźnie pochowanemu w Faid Souar w Algierii wstawiono piątkę z kości zwierzęcej, niektóre mumie egipskie mają „mostki” ze złotych drucików i zębów, podobnie jak zmarli Etruskowie, którzy moco wali oszlifowane zęby zwierzęce za pomocą złotych pasków i szpil.

Implanty i odważne eksperymenty

O robieniu mostków pisał Hipokrates, sugerując, że powinno się je mocować złotymi drucikami do zdrowych zębów; nie ma jednak żadnych dowodów, żeby ktokolwiek zastosował tę jego metodę i by była skuteczna za życia.

Są jednak ślady po implantach, jakie montowali Celtowie. Bogata arystokratka, która zmarła w III wieku p.n.e. w północnej Francji, miała tkwiący w kości szczęki żelazny gwóźdź, służący zapewne do zamocowania drewnianej lub kościanej koronki jednego z górnych siekaczy. Podobny bolec miał mężczyzna z grobu w Chantambre (30 kilometrów na południe od Paryża). Co ciekawe, gwóźdź wrósł mu już w kość, chociaż żelazo koroduje w kontakcie z płynami, a mężczyzna żył z nowym zębem ponad rok. Po tak drastycznym zabiegu na pewno nie było to życie pozbawione bólu.

U chirurga i protetyka

W paleolicie złamania, skręcenia i zwichnięcia były na porządku dziennym. Ponieważ urazy dobrze widać w kościach, wiemy, że wiele z nich było zagojonych, czyli wiedziano, jak nastawiać proste złamania i unieruchamiać kończynę. Dokonywano też amputacji. Te najpowszechniejsze miały być może charakter rytualny, bo dotyczyły usunięcia paliczków dystalnych lub całych palców u rąk.

O tym, że było to częste, świadczą odbicia bezpalcych dłoni na ścianach ja skiń, podobne tradycje u wielu ludów pierwotnych oraz dowody osteologiczne — paliczek sprzed 30 tysięcy lat z Jaskini Obłazowej koło Nowego Targu, który służył być może jako magiczny przedmiot, a także pochówek chłopaka i dziewczyny z obciętymi paliczkami małych palców u obu dłoni sprzed kilkunastu tysięcy lat z jaskini Murzak-Koba na Krymie. Tylko że obcięcia palca lub jego kawałka nie da się porównać do amputacji nogi czy ramienia, a i takie się zdarzały.

Amputacje i pierwsze protezy kończyn

W 2020 roku w jaskini Liang Tebo na Borneo natrafiono na pochówek młodej osoby żyjącej 31 tysięcy lat temu, u której pradziejowy chirurg usunął części kości piszczelowej i strzałkowej, gdy była dzieckiem, na co wskazuje zagojone precyzyjne cięcie. Nastolatek żył z zaleczonym kikutem jeszcze dziesięć lat.

Innej udanej amputacji dokonano 7 tysięcy lat temu w Buthiers-Boulancourt, sześćdziesiąt pięć kilometrów na południe od Paryża, gdzie starszemu mężczyźnie usunięto lewą rękę powyżej łokcia. Amputacja była przeprowadzona z dużą precyzją, przy użyciu narzędzi z krzemienia, a pacjent, który przeżył operację, żył wiele lat po zabiegu.

Walka z nowotworami w starożytności

Niewykluczone, że w neolicie podobne operacje zaczęto wykonywać częściej, może dlatego, że wraz z uprawą roli i hodowlą pojawiły się nowe wyzwania medyczne, przede wszystkim jednak wzrosła populacja i zaczęto mieszkać w większych grupach, co umożliwiło pacjentom stały dostęp do specjalistów.

W zaawansowanych cywilizacjach zaczęto nawet tworzyć osobom pozbawionym kończyn całkiem funkcjonalne protezy, czego najlepszym przykładem jest drewniany paluch z grobu żyjącej niemal 3 tysiące lat temu sześćdziesięciolatki z okolic Luksoru. Badania mikroskopowe, rentgenowskie i tomograficzne wykazały, że proteza doskonale trzymała się na stopie dzięki skórzanemu pasowi, z którym tworzyła ruchomą całość i była dostosowana do wielkości i kształtu stopy właścicielki.

Poza tym miała ślady używania, a eksperymenty z jej repliką wykazały, że chodzenie w niej było bardzo komfortowe. Podobnych protez (choć nie tak dobrze wykonanych) znaleziono w egipskich grobach epoki późnej więcej, być może dlatego, że w kra ju, gdzie jedynym obuwiem były sandały, brak palucha u nogi uniemożliwiał ich noszenie.

Z tekstów wiemy, że antyczni konstruowali też protezy amputowanych rąk i nóg, jednak do naszych czasów za chowała się tylko jedna proteza nogi, z grobu w Kapui sprzed 2,3 tysiąca lat. Była to brązowa skorupa, której wnętrze wypełniał kiedyś drewniany rdzeń, prawdopodobnie przyczepiana do pasa noszonego w talii lub na biodrach. Znacznie bardziej funkcjonalna była równie stara drewniana proteza nogi sześćdziesięciolatka z grobu w Shengjin dian w Turfanie, którą mocowano za pomocą troków do skórzanej obręczy założonej na udo, zakończona kopytem konia lub osła, zapewniającym kalece większą stabilizację przy chodzeniu.

Choć najczęściej medycy i znachorzy w walce z rakiem stosowali tylko lekarstwa uśmierzające ból, takie jak opium czy konopie indyjskie (które zostały znalezione w kurhanie chorej na raka piersi księżniczki z Ukok), w starożytnym Egipcie chirurdzy już ponad 5 tysięcy lat temu próbowali być może usuwać widoczne zmiany nowotworowe.

Na czaszce trzydziestolatka przechowywanej w Duckworth Collection na University of Cambridge zauważono dużą zmianę nowotworową i trzydzieści mniejszych przerzutów, wokół których były cięcia wykonane ostrym narzędziem, ślady po próbie pozbycia się guzów. Natomiast na czaszce zmarłej w połowie I tysiąclecia p.n.e. pięćdziesięciolatki przy dużym guzie były dwie rysy, z których jedna powstała podczas zabiegu, kto wie — może i w tym wypadku starano się usunąć zmianę. W obydwu przypadkach nieskutecznie.


Powyższy tekst jest fragmentem książki Agnieszki Krzemińskiej Homo (nie tylko) sapiens. Inna opowieść o naszych przodkach, s. 187-193, i powstał we współpracy z Wydawnictwem Literackim. Opracowanie, wstęp i śródtytuły: Agnieszka Cybulska.

Fot. Inwokacja do I-em-hetep, egipskiego bóstwa medycyny. Obraz olejny Ernesta Boarda, licencja CC BY 4.0

Comments are closed.