Kryptonim dla Hioba Kroniki inwazji

Kryptonim dla Hioba |Recenzja

Ołeksandr Myched, Kryptonim dla Hioba. Kroniki inwazji

Gdy w lutym 2022 roku rosyjskie pociski zaczęły spadać na Kijów, Ołeksandr Myched – pisarz, krytyk literacki i kurator sztuki – nie stał z boku, patrząc z dystansu. Wstąpił do obrony terytorialnej, a z czasem jego notatnik przekształcił się w kronikę rosyjskiej napaści. Kryptonim dla Hioba nie jest typowym reportażem wojennym.

To osobiste świadectwo, pisane od „trzysta osiemdziesiątego trzeciego dnia inwazji”, w Buczy – w domu jego rodziców, skąd z tarasu widać ruiny lotniska w Hostomlu i wypalony szkielet legendarnego transportowca AN-225 Mrija.

Już sam tytuł, pozostawiony w niezmienionej formie, odwołuje się do biblijnej Księgi Hioba, sugerując, że mamy do czynienia zarówno z dokumentem, jak i lamentem – próbą opisania wojny, w której cierpienie innych nie jest czymś obcym, lecz przeżywane jest jako własne.

Myched od razu daje do zrozumienia, że jego pisarstwo w czasie wojny to również apel. Już na początku książki kieruje wezwanie do społeczności międzynarodowej: zachęca do wspierania ukraińskiej armii, udzielania pomocy uchodźcom, organizowania protestów i… całkowitego bojkotu kultury rosyjskiej.

Nie interesują go symboliczne gesty – jak czarne awatary – lecz konkretne działania: rezygnacja z dystrybucji rosyjskich filmów, spektakli, przekładów czy wystaw. Chodzi o jasny przekaz sprzeciwu wobec agresji. Jego ton jest bezkompromisowy: „To, co rosyjskie musi zamilknąć” – pisze bez ogródek. Taka postawa może budzić kontrowersje, ale nie sposób podważyć jej autentyczności.

Jeśli wieści z frontu napawają Cię lękiem, ta książka nie ma dać Ci ukojenia – zamyśle autora ma Ci dać poczucie odpowiedzialności. Czy to się udało?

Ołeksandr Myched

Siła tej książki wynika nie tylko z emocjonalnego zaangażowania, ale też z kompetencji jej autora. Ołeksandr Myched to jeden z czołowych ukraińskich intelektualistów średniego pokolenia – pisarz, eseista, kurator i badacz literatury. Jego prace przetłumaczono na dziesięć języków, a w Instytucie Literatury Narodowej Akademii Nauk Ukrainy zajmuje się analizą współczesnej kultury. Wcześniejsze publikacje Mycheda, takie jak „Amnezja”, „Punkt przejścia” czy „Wytropić ciebie”, łączyły prozę, esej i reportaż.

Autor ma również doświadczenie jako tłumacz (m.in. tekstów Mariny Abramović), prowadzi podcast literacki i kuratoruje wystawom. Gdy rozpoczęła się pełnoskalowa wojna, porzucił teorię na rzecz praktyki – wstąpił do armii, a z czasem jego przeżycia przybrały formę literackiego dziennika.

W polskim wydaniu książki partneruje mu Jerzy Czech – uznany tłumacz literatury rosyjskiej i ukraińskiej. Jego przekład zachowuje emocjonalny ładunek oryginału oraz jego językową energię. Dzięki wrażliwości tłumacza, rytm i koloryt tekstu – od literackich cytatów po żołnierski slang – zostały wiernie oddane.

Kryptonim dla Hioba – tematyka i przesłanie książki

Myched nie tworzy linearnej narracji – raczej zbiera okruchy codzienności z pierwszego roku wojny. Przemierza Buczę, Kijów, Czerniowce, dociera na linię frontu; opisuje ewakuację rodziny, wolontariat i rozmowy z przyjaciółmi. Czas dzieli na „przed” i „po” 24 lutego 2022 roku – punkt zwrotny, który rozdziela życie i historię.

Kluczowe dla książki jest doświadczenie winy i niemocy. Autor zmaga się z „winą ocalonego”, prowadząc wewnętrzny dialog – czy robi wystarczająco dużo, skoro inni giną? Słyszymy głosy ludzi, którzy przeżyli rok wojny. Książka przybiera formę wielogłosowego dziennika – choć prowadzona w pierwszej osobie, przemawia głosami całego narodu.

To opowieść o wojnie widzianej oczami cywila, ale także refleksja nad językiem. W rozdziale „Język wojny” autor dowodzi, że dla Ukraińców nazewnictwo ma ogromne znaczenie: nie ma „specjalnej operacji”, jest wojna; nie „kryzys ukraiński”, lecz rosyjska agresja. Postuluje też rezygnację z rosyjskich form transliteracyjnych na rzecz ukraińskich podkreślając, że język kształtuje rzeczywistość.

Myched konfrontuje się również z wymiarem symbolicznym. Z bólem opisuje biblioteki, które ponownie stały się schronami, gdzie wolontariusze wynoszą tomy Marksa i Lenina, aby zrobić miejsce dla ludzi. Porównuje liczbę wyniesionych książek z liczbą poległych okupantów. Przytacza też historie o rolnikach, którzy kradli rosyjskie transportery za pomocą traktorów, kobietach rzucających z okien koktajle Mołotowa i listonoszach zestrzeliwujących samoloty. Te anegdoty nie tylko rozładowują napięcie, ale też budują obraz wspólnoty narodowej, w której każdy – niezależnie od roli – wnosi wkład w opór.

Głównym celem książki jest zarówno dokumentacja rzeczywistości, jak i wezwanie do działania. Myched chce ocalić pamięć o ofiarach i poruszyć sumienia czytelników. Wzywa do realnego wsparcia Ukrainy oraz radykalnego zerwania z rosyjskim imperializmem. Jego propozycja jest ostra: dopóki trwa wojna, kultura rosyjska powinna zostać wykluczona z międzynarodowego obiegu. Argumentuje to tym, że jeśli Rosja traktuje sztukę jako narzędzie miękkiej siły, to bojkot staje się formą nacisku.

Struktura i edycja

Książka Kryptonim dla Hioba. Kroniki inwazji ma ponad 300 stron i została wydana przez Wydawnictwo Czarne, w serii Sulina. Składa się z prawie 30 rozdziałów – niektóre to zapiski z konkretnych dni, inne to bardziej rozbudowane eseje kulturowe i historyczne.

Struktura przywodzi na myśl blog – autor przeskakuje między dramatycznymi epizodami, opowieściami o bliskich i politycznymi komentarzami. Teksty są zwięzłe, często kończą się gwałtownym cięciem – co podkreśla dezorientację wojennego czasu.

Narracja zaczyna się od „Intro-dukcji” i kończy „Outro-dukcją”, a pomiędzy nimi znajdziemy m.in. portrety postaci („Jewhen Tereszczenko, cyborg”), refleksje o „Zbrodniach wojennych”, analizę „Języka wojny” oraz osobiste wyznania („Moja wina”). Autor dziękuje rodzinie i armii, wyjaśnia kontekst powstania książki oraz podkreśla, że choć literatura nie ocala, to przekształca ból i gniew w wspólną pamięć.

Wizualnie książka jest oszczędna: miękka okładka, minimalistyczna szata graficzna i przejrzysta typografia sprzyjają skupieniu na treści (uwielbiam tę formę wydania od Czarnego). Tłumaczenie Jerzego Czecha nie unika wulgaryzmów ani aluzji literackich, a przypisy dostarczają niezbędnych wyjaśnień kulturowych i historycznych (choć jest ich niewiele i są oznaczone *).

Mocne strony książki

Największym atutem Kryptonimu dla Hioba jest jego bezpośredniość. Myched nie opisuje wojny z dystansu – jego słowa rodzą się z doświadczenia, z przebywania w samym środku konfliktu. Pisze z wnętrza wydarzeń, przez co jego opowieść jest surowa, ale prawdziwa. Używa języka, który bywa poetycki, zdolny w kilku zdaniach oddać atmosferę ruin, zapach dymu czy smak herbaty podczas alarmu. Jego tekst ma wymiar uniwersalny: pokazuje, że wojna nie tylko niszczy, ale też wyostrza tożsamość i uczy miłości do własnej ziemi.

Na uwagę zasługuje też wielogłosowość. Autor nie ogranicza się do własnej perspektywy – przytacza wypowiedzi kobiet, żołnierzy, cywilów i uchodźców. Ich słowa często pozostają nieocenzurowane, szczere i poruszające. Książka staje się przez to mozaiką doświadczeń, a nie jednostronnym manifestem. Szczególnie silne wrażenie robią opisy bibliotek przekształconych w schrony, dzieci uczących się w piwnicach czy „korytarzy humanitarnych” zamienionych w śmiertelne pułapki.

Kolejnym walorem jest głęboki kontekst historyczny. Myched przywołuje wcześniejsze konflikty rosyjsko-ukraińskie, wspomina głód, deportacje, powstania – ukazując współczesną wojnę jako kontynuację długiej walki z imperializmem. Wspomina o Buczy, Ilowajsku i Iziumie, zestawia zbrodnie z Katyniem i Srebrenicą, pokazując, skąd u Ukraińców bierze się potrzeba sprawiedliwości. Dzięki temu książka spełnia wysokie standardy wiarygodności i wiedzy.

Słabsze strony książki

Nie jest to lektura dla wszystkich. Jeśli oczekujesz chronologicznej narracji i chłodnego tonu reportażu, możesz poczuć się zagubiony. Fragmentaryczna struktura, urywane myśli, emocjonalna intensywność – to cechy, które mogą zniechęcać. Momentami pojawia się patos, moralizatorstwo, a powtarzające się wezwania do bojkotu kultury rosyjskiej mogą wydawać się zbyt nachalne. Autor nie do końca rozwija, jak odróżniać propagandę od krytycznej sztuki, co może pozostawiać niedosyt.

Niektórzy czytelnicy mogą mieć trudność z zaakceptowaniem surowego tonu i drastycznych opisów. To książka, która nie daje nadziei ani wytchnienia – nie unika opisów gwałtów, tortur, zabójstw. Recytacja nazwisk poległych potęguje ciężar przekazu. Myched sam przyznaje: „Literatura nie ocala”, a choć takie wyznanie może budzić niepokój, to zarazem czyni jego opowieść autentyczną.

Pewien niedosyt pozostawiają też momenty, gdy refleksje ustępują miejsca anegdotom – historie o rolnikach czy koktajlach Mołotowa bywają zabawne, ale chwilami dominują nad głębszą analizą. Niektórym może przeszkadzać bezkompromisowość emocji – gdy jedna z bohaterek mówi: „Zamiast krwi mamy w żyłach czarnoziem”, rodzi się pytanie, jak długo można budować tożsamość narodową na traumie.

Ocena książki Kryptonim dla Hioba. Kroniki inwazji

To książka wymagająca, ale ważna. Łączy w sobie reportaż, pamiętnik, esej i apel moralny. Dla polskiego czytelnika to nie tylko zapis brutalnej wojny toczącej się tuż za naszą granicą, ale też – a może przede wszystkim – lekcja odpowiedzialności za język, za gesty, za postawę obywatelską.

Myched próbuje pokazać, że wojna nie kończy się na linii frontu – przenika codzienność, kulturę, sposób mówienia i myślenia. I przekonuje, że każdy z nas ponosi wobec niej odpowiedzialność – choćby przez to, jakie wiadomości udostępnia, jakim artystom daje scenę, czyją prawdę uznaje za obowiązującą.

Nie daję jednak najwyższej oceny. I to nie dlatego, że książka nie porusza – przeciwnie, trudno pozostać wobec niej obojętnym. Ale właśnie dlatego, że w pierwszych rozdziałach wybrzmiewa ton, który nie jest wyłącznie błagalny, ale wręcz roszczeniowy.

Autor nie tyle prosi, co żąda: bojkotu Rosji, natychmiastowego wsparcia wojskowego, politycznego, ekonomicznego. Wzywa czytelnika, by wywierał presję na własny rząd, by domagał się zamykania przestrzeni powietrznej, finansowania ukraińskiej armii, przyjmowania uchodźców, organizowania demonstracji – i to wszystko w trybie natychmiastowym i bezwarunkowym.

Pomagać w zakwaterowaniu uchodźców z Ukrainy.

Alarmować wszędzie o rosyjskiej inwazji na niepodległe państwo (…).

Organizujcie akcje, chodźcie na pikiety do ambasad i konsulatów rosyjskich w waszych krajach, domagajcie się informacji od waszych mediów: w każdej sekundzie trzeba przypominać światu, że w środku Europy toczy się okrutna i podła agresja na demokratyczny kraj.

I nie zapominajcie wspierać finansowo ukraińskiego wojska.

I dalej:

Odmawiajcie jakiejkolwiek współpracy z przedstawicielami rosyjskiego biznesu, polityki, sportu, przemysłu, kultury. Żaden towar z Rosji nie może trafić na półki waszych sklepów.

Kraj, który sieje chaos, musi znaleźć się w całkowitej izolacji. Wszyscy powinni zrozumieć, że ta wojna dotyka każdego. Bo ten chaos może się tylko szerzyć, nie zna granic.

Nie ma tu miejsca na słowo dziękuję. Ani refleksji nad tym, że to właśnie dzięki ogromnemu wsparciu międzynarodowemu – i tak ogromnemu wsparciu Polski i Polaków, której pomoc humanitarna, wojskowa i logistyczna była i jest bezprecedensowa – Ukraina wciąż się broni. Że to dzięki temu, że świat patrzy, organizuje zbiórki, oddaje własny sprzęt, dzieli się domem – wojna jeszcze nie została przegrana. W tym apelu brakuje uznania dla tych, którzy pomagają – a to razi. Zwłaszcza gdy padają wezwania w rodzaju: w każdej sekundzie przypominajcie światu, że toczy się wojna w demokratycznym kraju – podczas gdy realia ukraińskiej demokracji nie są wcale tak krystaliczne.

Nie sposób przemilczeć problemów wewnętrznych, które w książce niemal nie istnieją. Nie ma refleksji nad powszechnie znaną korupcją – mimo że wiele z tego, co świat przysyła w dobrej wierze, nie trafia tam, gdzie powinno, właśnie z powodu systemowych nadużyć. Myched nie podejmuje też tematu kondycji ukraińskiej demokracji: cenzura mediów, opóźnione wybory, marginalizacja opozycji – to fakty, które nie mieszczą się w jego narracji, a szkoda. Bo wsparcie Zachodu, o które tak stanowczo apeluje, opiera się nie tylko na współczuciu, ale też na zaufaniu – a to zaufanie trzeba pielęgnować przejrzystością i autorefleksją, nie tylko gorzkim patosem.

Nie chodzi o to, że Myched nie ma prawa do gniewu. Jego kraj przeżywa piekło i trudno oczekiwać od niego chłodnej równowagi. Ale gdy gniew staje się postulatem globalnym, kiedy autor oczekuje od każdego Europejczyka całkowitej solidarności, bez jednoczesnej gotowości do samokrytyki – może to budzić opór. Książka byłaby jeszcze silniejsza, gdyby zamiast jednostronnego wezwania do działania, znalazło się w niej miejsce na świadomość własnych ograniczeń i wdzięczność wobec tych, którzy pomagają mimo własnych kryzysów. Bo solidarność, by przetrwać, musi być obustronna.


Wydawnictwo Czarne
Ocena recenzenta: 4/6
Agnieszka Cybulska


Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Czarne. Tekst jest subiektywną oceną autora, redakcja nie identyfikuje się z opiniami w nim zawartymi.

Comments are closed.