Amanda Skenandore, Lekarka z Galveston
Amanda Skenandore w swej nowej powieści „Lekarka z Galveston” daje nam poznać i odczuć, czym jest pogarda, upokorzenie i niesprawiedliwość. Choć akcja powieści dzieje się na przełomie XIX i XX wieku, mamy tutaj do czynienia z pewnymi archetypami postaci, które goszczą w naszym świecie od początków naszej cywilizacji.
Choć zabrzmi to okrutnie, świetnie czyta się o losie wyrzutków – nie ważne z jakich powodów – którzy muszą nauczyć się żyć w świecie, który ich nie chce. Autorka serwuje nam bardzo cenną lekcję. Uczy czytelnika pokory, szacunku i nie oceniania innych, nim się ich nie pozna. Bo można w każdym człowieku odkryć coś naprawdę wartościowego. Ale o tym musicie przekonać się sami.
Upadła lekarka
Tucia Hatherley jest niezwykłą kobietą. Inteligentna, ale ogromnie zahukana. Piękna, ale sama czyni sobie krzywdę, karząc własne ciało za problemy emocjonalne. Jest pełną goryczy istotą, która zmuszona jest w samotności wychowywać dziecko z zespołem Downa. Już choćby z tego powodu jest stygmatyzowana. Co więcej, aby temu sprostać zmuszona jest porzucić nie tylko własne marzenia, sny, a nawet moralność. Nie, nic z tego wszetecznicy. Nie chodzi o to, o czym właśnie pomyśleliście.
Nasza bohaterka była pierwszą kobietą, której udało się ukończyć medycynę na uniwersytecie w Chicago. Pomimo ciągłych uszczypliwości, bezustannych „kawałów” i upokorzeń wytrwała. Gdyby nie jedna zła decyzja, mogłaby być jednym z najlepszych lekarzy swoich czasów.
Jednak splot nieoczekiwanych zdarzeń, złych decyzji i zwykłego pecha, sprawił, że musiała porzucić ten fach, a później zaopiekować się swoim niepełnosprawnym synem. Co gorsza, żyjąc w ogromny stresie, ledwo wiążąc koniec z końcem, nasiliły się u niej objawy jej własnych psychoz, nerwicy natręctw i ataków paniki. Wszędzie, gdzie się pojawia wzbudza zaciekawienie, ale w tym złym sensie. Nie ma przyjaciół, nie ma rodziny. Słowem – jest sama.
Jej życie mocno się komplikuje, bowiem za odrzucenie niemoralnej propozycji brygadzisty, traci pracę. Gdy już wydaje się, że sięgnie dna, pomocną dłoń podaje jej… „pół-diabeł”, niejaki Huey. W zamian za spłacenie długów i „wolność”, daje jej pracę w swym obwoźnym niby-cyrku, niby-lecznicy. Lecz ceną za to będzie podporządkowanie się nowemu pracodawcy, który będzie ją kusił różnymi półśrodkami, mamił i upokarzał…
Świat, który tak ją brzydził, staje się dla niej lecznicą jej własnej duszy. Dzięki nietuzinkowym osobom, z którymi przyszło jej współpracować, Tucia uczy się walki o siebie. Odzyskuje wiarę we własne zdolności, we własną sprawczość. A przy okazji, jej dziecko ma możliwość wyjścia z ochronnego kokonu, do którego go włożyła, i progresji emocjonalnej i życiowej. Wiecie – taka terapia naturą i trudnym życiem.
Dlaczego warto poczytać Lekarka z Galveston?
Książka podoba mi się pod wieloma względami. Po pierwsze – opisuje losy ludzi wykluczonych ze społeczeństwa. Za ich problemy z psychiką, mankamenty natury fizycznej, czy niemożność przystosowania się do narzuconych norm społecznych. O dziwo, okazuje się, że ci społeczni renegaci są niejednokrotnie więcej warci, niż ludzie lepiej wykształceni czy z wyższych sfer. Wprawdzie nieufni, ale gdy już zaufają – z sercem na dłoni.
Po drugie – sprawa kobiet, ich poniżania tylko ze względu na ich płeć. Powieść dzieje się gdzie pod koniec XIX lub na początku XX wieku, gdy kobiety nadal traktowane są jak pożyteczne zwierzęta. Wszystko co czynią, oceniane jest przez pryzmat ich wyimaginowanych wad – delikatności, wrodzonej głupoty, czy macierzyństwa. I pal licho, że niejednokrotnie dają świadectwo tego, że jest zupełnie inaczej. Co ciekawe, ich zdolności manualne czy intelektualne potrafią dostrzec tylko oszuści…
Po trzecie – bardzo zaciekawiła mnie kwestia obwoźnych „medyków”, którzy w XVIII, XIX I na początku XX wieku przemierzali dzikie ostępy amerykańskich miasteczek i wsi. Autorka świetnie opisuje mechanizmy, którymi ci hochsztaplerzy docierali do niewykształconych ludzi, aby spełnić ich oczekiwania. Nawet jeśli na tym tracili. Pod płaszczykiem niesienia pomocy najuboższym, zapewniali im również rozrywkę, niemal że cyrkową. Opowiadali niestworzone historie, dając tym najmniejszym coś z namiastki teatru, czy filmu. Choć grabili ubogich, dawali im też coś z amerykańskiego snu.
Można tutaj zauważyć te same mechanizmy, które współczesne koncerny farmaceutyczne wykorzystują, aby nakłonić nas do zakupu właśnie ich lekarstw. A jak wiecie, czasem lekarstwo bardziej szkodzi niż pomaga. Trochę to fascynujące, i przerażające zarazem.
Po czwarte – książka porusza wiele trudnych tematów, które i dziś nie tracą na swej aktualności. I współcześnie, rodzice dzieci z zespołem Downa traktowani są jak trędowaci. A ich miłość traktowana jest niczym miłość do Frankensteina. A przecież, jeśli się kocha, żadne granice, nawet te fizyczne i psychiczne, nie są nieprzekraczalne. I ten wątek bardzo mi się podoba.
Po piąte – każda z opisywanych tutaj postaci jest niezwykle barwna, wyrazista. I chyba, poza samą Tucią, najciekawszą postacią jest nasz czarny charakter – Huey, szef tego objazdowego cyrko-lecznicy. Ten niezwykły, często amoralny kombinator, zebrał wokół siebie różnych wyrzutków i dał im szansę na godne życie. Jego postępowanie można oceniać różnie, ale nie da się ukryć, że pod płaszczem sprytnego krętacza, kryje się coś więcej. Ale może tylko się mylę?
Przesłanie
Ponadto Autorka świetnie gra naszymi emocjami. Czasem bawi, czasem wzrusza… Szósty plus daję tej książce za ukazanie mechanizmu oczyszczenia, takiego katharsis, jaki staje się udziałem głównej bohaterki. W pewnym momencie tracimy nadzieję, że uda się jej wyjść a opresji cało. Ale ona ma w sobie ten płomień, tę iskierkę nadziei, która każe jej iść dalej… I powoli, czasem boleśnie, odbudowuje własne poczucie godności, własną moralność, własną kobiecość.
Choć początkowo sądziłem, że to powieść o upadku, w miarę czytania okazało się, że ta książka niesie uniwersalne przesłanie o tym, aby nigdy nie tracić nadziei. Bo nie ważne jak się jest nisko, zawsze mamy przed sobą wybór. Zawsze możemy zacząć wszystko od nowa. Znów, i znów… aż po kres naszych dni.
To powieść o sile kobiet. Wszystkich kobiet. Bo każda z was ma te cechy charakteru, jakie posiada Tucia. Każda z was jest sobą, a jednocześnie bohaterką tej książki. Może zmieniają się szczegóły, zdarzenia, ale każda z was musi, mniej lub bardziej, borykać się z tymi samymi barierami, narzuconymi przez świat, nadal zdominowany przez mężczyzn.
To nie jest pozycja, ani lekka, ani prosta. Opisywane tutaj dramaty mają skłonić czytelnika do zastanowienia się, do przemyślenia swojej pozycji, swojego postępowania, ale i do spojrzenia, czy aby przypadkiem nie oceniamy ludzi na wyrost. Choć powieść niesie nam wiele naprawdę ciekawych doznań, emocjonalnych barw i życiowych katastrof, opisuje nam to, czym jest ludzka godność i wstawanie po upadku. To jedna z najciekawszych powieści, jakie czytałem w życiu.
Książka liczy 464 strony tekstu. Gorąco polecam.
Wydawnictwo Skarpa Warszawska
Ocena recenzenta: 6/6
Ryszard Hałas
Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Skarpa Warszawska. Tekst jest subiektywną oceną autora, redakcja nie identyfikuje się z opiniami w nim zawartymi.