Artur Wójcik o Sarmacji

Między mitem a memem. Artur Wójcik o Sarmacji i jej współczesnych echach |Wywiad

Rubaszny szlachcic z kontuszem, patriota w husarskich skrzydłach czy sfrustrowany obywatel z Radia Maryja – kim naprawdę był Sarmata i czemu wciąż nas fascynuje? W nowej książce Sarmatia. Czarna legenda złotego wieku historia staje się lustrem, w którym odbijają się nasze współczesne obsesje i lęki. Artur Wójcik o Sarmacji opowiada bez sentymentów, ale z uważnością – rozbrajając narodowe mity, zanim same nas rozbroją.

Z husarskimi skrzydłami, kontuszem i kielichem w dłoni – tak przez lata wyobrażaliśmy sobie Sarmatę. Dla jednych to symbol dumy i potęgi dawnej Rzeczypospolitej, dla innych – uosobienie zacofania, fanatyzmu i politycznego chaosu.

W książce Sarmatia. Czarna legenda złotego wieku, która ukaże się na początku czerwca nakładem Wydawnictwa Znak, historyk i autor bestsellerowej książki Fantazmat Wielkiej Lechii: jak pseudonauka zawładnęła umysłami Polaków, Artur Wójcik, podejmuje się trudnego zadania: rozbraja mity i odsłania mniej znane – czasem groteskowe, czasem mroczne – oblicze epoki, którą zbyt chętnie idealizujemy lub bezrefleksyjnie wyszydzamy.

Punktem wyjścia staje się serial 1670, ale szybko okazuje się, że opowieść o Sarmacji to również opowieść o nas – naszych współczesnych lękach, kompleksach i tożsamości. Rozmawiamy z Arturem Wójcikiem o tym, dlaczego Sarmaci wciąż powracają w popkulturze, co naprawdę kryje się za „złotym wiekiem” i czemu historia przestaje dziś być polem refleksji, a coraz częściej staje się bronią w wojnie ideologii.

„Sarmatia” to książka o ludziach z krwi i kości, ich codzienności, śmiesznostkach, ambicjach i lękach. Może się okazać, że ta historia wcale nie jest tak odległa, jak się wydaje – mówi Artur Wójcik.

Książka Sarmatia. Czarna legenda złotego wieku czeka na Ciebie tutaj:

Artur Wójcik o Sarmacji

Agnieszka Cybulska: Skąd wziął się pomysł na Sarmatię? Czy to książka, którą planowałeś od lat, czy raczej impuls, związany z netflixowym serialem 1670?

Artur Wójcik: Muszę przyznać, że pomysł na napisanie książki Sarmatia nie wyszedł ode mnie. Zawsze miałem wrażenie – a mówię to jako historyk – że o Sarmacji, czy szerzej: o dawnej, staropolskiej Rzeczypospolitej, powiedziano już tak wiele, że trudno dodać coś naprawdę nowego.

Z drugiej strony, od dawna interesowałem się sarmatyzmem – jego sprzecznościami, barwnością, a szczególnie jego wpływem na współczesną tożsamość naszego społeczeństwa. No bo kto z nas nie kojarzy husarskich skrzydeł czy kontusza?

Zresztą moje pierwsze świadome kinowe przeżycie to była ekranizacja Ogniem i mieczem w reżyserii Jerzego Hoffmana. Pamiętam tamten czas i atmosferę wokół filmu, a niedawno przy pisaniu książki odświeżyłem sobie to wspomnienie, sięgając do ówczesnych gazet. Muszę przyznać, że widzę tu pewną korelację – takie produkcje, jak filmy Hoffmana czy serial Netflixa, potrafią dać tematowi nowy impuls i osadzić go w szerszym kontekście kulturowym.

Gdy więc wydawnictwo skontaktowało się ze mną hasłem napisania książki o Sarmacji – zapewne po swoim researchu, bo wiedzieli, że wcześniej napisałem książkę o fantazmacie Wielkiej Lechii – a wszystko to miało miejsce zaledwie kilka tygodni po premierze 1670 – od razu zapaliła mi się lampka: podłożem takiej książki musi być właśnie ten serial. Widziałem w mediach społecznościowych, jakie zgromadził grono fanów. Wiem oczywiście, że 1670 to nie serial historyczny, ale satyra na nasze czasy, sprytnie przebrana w sarmacki kontusz. Fabuła serialu pozwoliła mi jednak wyodrębnić zagadnienia, które opisałem w książce.

Właśnie – serial 1670 to Twój punkt wyjścia w książce. Czy Tobie się ten serial podobał czy wręcz przeciwnie? Widzisz w nim współczesny komentarz do sarmatyzmu czy raczej parodię polskości?

Zdecydowanie mi się podobał. Choć jestem historykiem i mam pełną świadomość, że 1670 nie jest serialem historycznym w ścisłym sensie, nie mam potrzeby tworzyć listy nieścisłości czy błędów, nie o to tu przecież chodzi.

Dla mnie największą siłą tego serialu jest to, że z humorem i dystansem potrafi wejść w sam środek bardzo aktualnych sporów – choćby tych wokół tzw. zwrotu ludowego – i zagrać nimi tak, że przestają być świętością, a stają się przedmiotem refleksji. W 1670 każdy dostaje po równo: szlachta, mieszczanie i chłopstwo. I właśnie dzięki temu serial pozwala spojrzeć z boku na wiele polskich mitów, które często traktujemy z przesadną powagą. Zdecydowanie widzę tu współczesny komentarz do sarmatyzmu.

A jakie największe mity o sarmatyzmie wciąż funkcjonują dziś w polskiej świadomości?

Jednym z największych mitów o sarmatyzmie, który wciąż funkcjonuje w polskiej świadomości, jest przekonanie, że była to wyłącznie kultura zacofania, pijaństwa i ksenofobii – taki skrót myślowy, który sprowadza sarmatę do rubasznego szlachcica w kontuszu, z szablą u boku i butelką w ręku. To obraz uproszczony i krzywdzący. Mamy z tego czasu wiele ciekawych publikacji – tzw. kompendia wiedzy. Czy potrafiłabyś w jednej chwili wytłumaczyć, dlaczego złoto jest żółte, albo niebo niebieskie? Ludzie z tamtej epoki też byli ciekawi świata i szukali odpowiedzi na najbardziej prozaiczne pytania.

Jasne, można wyciągnąć Chmielowskiego i jego słynną definicję konia – „koń, jaki jest, każdy widzi” – i obśmiać to jako symbol ignorancji, ale takie ujęcie świadczy raczej o naszej powierzchowności niż o rzeczywistym zrozumieniu epoki. Sarmatyzm był też epoką wielkiego wysiłku intelektualnego, rozwijania nauk przyrodniczych, zainteresowania geografią, astronomią czy medycyną, choć oczywiście w formach i języku charakterystycznych dla tamtych czasów.

Z drugiej strony, funkcjonuje też mit przeciwny – idealizujący sarmatyzm jako złoty wiek wolności, patriotyzmu i rycerskości, całkowicie ignorując jego ciemne strony: zawładnięcia przez magnaterię życia politycznego, marginalizację mieszczan i chłopów, czy nieunikniony paraliż ustrojowy wynikający z patologizacji bezpieczników tamtego ustroju jakim było np. liberum veto. Brzmi znajomo?

Oba te mity mają swoje źródła i swoje cele – jedne służą ośmieszeniu przeszłości, inne jej mitologizacji. Tymczasem sarmatyzm był złożonym zjawiskiem kulturowym, które warto badać nie po to, by się nim zachwycać lub z niego szydzić, ale by lepiej zrozumieć, skąd biorą się niektóre nasze współczesne postawy i stereotypy.

„Czarna legenda Złotego Wieku” – to bardzo przewrotne określenie, podtytuł Twojej książki, który może wskazywać czytelnikowi, który dopiero sięgnie po książkę, bardziej na tę negatywną stronę. Wyjaśnisz czytelnikom ten tytuł? Czy rzeczywiście Złoty Wiek był aż tak „czarny”?

Tak, ten tytuł jest przewrotny i celowo prowokujący. „Czarna legenda Złotego Wieku” to gra między tym, co nazywamy „złotym” – czyli okresem rozkwitu, dumy, świetności – a tym, co w tym samym czasie można uznać za zacofanie jak chociażby poglądy Wojciecha Dembołeckiego na historię Polski, który twierdził, że Adam i Ewa mówili w raju po polsku.

Nie chodzi mi o to, żeby całkowicie obalić mit Złotego Wieku, ale żeby pokazać, że ten mit jest tylko jedną z możliwych opowieści – często bardzo selektywną. Rzeczywiście, zwłaszcza w XVI wieku była to epoka wielkiego rozwoju kultury, nauki, literatury i sztuki. Ale jednocześnie był to czas społeczeństwa stanowego – jeśli nie należałaś do tej struktury, właściwie nie istniałaś. To była epoka siły i przemocy, pozbawiona praw politycznych dla zdecydowanej większości mieszkańców Rzeczypospolitej.

Czarna legenda to termin, który zazwyczaj odnosi się do propagandowego oczerniania jakiegoś zjawiska czy epoki – ja go używam nieco inaczej. Zależało mi na tym, by pokazać, że Złoty Wiek, Srebrny Wiek czy Miedziany Wiek – jak często określa się kolejne stulecia funkcjonowania Rzeczypospolitej Obojga Narodów – to przede wszystkim konstrukty narracyjne, które upraszczają rzeczywistość i często pomijają jej bardziej złożone, mniej znane aspekty.

Czyli da się oddzielić to, co piękne, od tego, co destrukcyjne w tamtej epoce? Choć to na pewno niezwykle trudne, zwłaszcza, że spora część naszego społeczeństwa “żyje” tymi wszystkimi mitami i nie stara się weryfikować.

To trudne i wygląda na z góry przegraną sprawę – ale właśnie takie wyzwania mnie przyciągają.

Skąd bierze się według Ciebie współczesna tęsknota za Sarmatami, husarią, szlachtą? Czy to wyraz dumy, kompleksów, czy może czegoś innego?

Wielu Polaków widzi w husarii symbol potęgi, odwagi i zwycięstw militarnych – jak pod Wiedniem czy Kircholmem. Sarmaci przypominają nam czasy, gdy Rzeczpospolita była znaczącym państwem w Europie. W obliczu dzisiejszych niepokojów politycznych, powrót do tych obrazów może dawać poczucie siły, tożsamości i ciągłości historycznej.

Z drugiej strony, można w tym dostrzec pewien kompleks niższości. Idealizowanie przeszłości bywa mechanizmem obronnym, próbą wynagrodzenia sobie braku sukcesów współczesnych. To trochę jak ucieczka od rzeczywistości w świat fantazji, gdzie „kiedyś to byliśmy wielcy”. W tym sensie tęsknota za Sarmatami może być próbą podbudowania własnego poczucia wartości.

Sarmatyzm, mimo swoich wad, był unikalnym zjawiskiem. W czasach globalizacji ludzie szukają „swojego” – czegoś wyjątkowego i tylko „naszego”.

Gdybyś mógł cofnąć się do Rzeczypospolitej Obojga Narodów na jeden dzień – kim chciałbyś być? Chciałbyś być Sarmatą?

Pewnie według trendu powinienem powiedzieć, że chłopem pańszczyźnianym – żeby doświadczyć na własnej skórze ich doli i zweryfikować, czy faktycznie byli niewolnikami. Ale szczerze? Sarmatą? Może na chwilę – by zobaczyć, ile w tym było prawdy, co sam opisałem w książce.

O właśnie! Czy „ludowa historia”, którą piszą Leszczyński, Janicki czy Rauszer, to konkurencja czy uzupełnienie Twojej perspektywy? A może jeszcze coś innego?

To raczej konfrontacja, bo mam wrażenie, że cały konstrukt ludowej historii Polski jest przede wszystkim nurtem publicystycznym. Nikt przy zdrowych zmysłach nie neguje, że przemoc istniała, a los chłopów bywał tragiczny, ale zrównywanie ich z niewolnikami, jak robi to choćby Janicki, to nadużycie. On nie jest żadnym rewizjonistą, tylko Patrykiem Vegą polskiej historiografii – wszystko podporządkowane jest emocjom, prowokacji, wywołaniu fermentu, który przekłada się na zasięgi i sprzedaż jego książkopodobnych produktów.

Leszczyński czy Rauszer to trochę inna sprawa – oni są socjologami, więc posługują się innymi metodami niż historycy. Mają prawo do swoich interpretacji i wniosków, ale szczerze? Mam wrażenie, że z tych analiz niewiele wynika. Brakuje tam konkretu, zniuansowania, a przede wszystkim – odpowiedzialności za narrację, która coraz częściej staje się ideologicznym narzędziem, a nie próbą zrozumienia przeszłości. Więc to nie jest ani konkurencja, ani uzupełnienie – to po prostu inna opowieść.

Otóż to, dzisiaj za historię bierze się wiele osób, które historykami z wykształcenia nie są. I później wychodzą bardzo różne rzeczy. Czy po napisaniu Sarmatii czujesz się bardziej… historykiem czy komentatorem kultury?

Czuję się raczej częścią tej historii, ponieważ pisząc Sarmatię, wplatałem w nią też własne chłopskie korzenie, osobiste doświadczenia i rodzinne opowieści. Nie rekonstruuję przeszłości z pozycji akademii, ale też nie jestem tylko komentatorem. Raczej kimś, kto próbuje zrozumieć, jak historia – ta wielka i ta mała – pracuje w nas dzisiaj. Pisząc, staram się być pośrednikiem: między tym, co było, a tym, jak to na nowo opowiadamy. Więc może najbliżej mi do opowiadacza – kogoś, kto zadaje pytania i nie boi się wątpliwości.

A jak oceniasz dzisiejsze wykorzystywanie postaci historycznych jako „marek” – Sobieski na wódce, husaria w reklamach, Kmicic w memach?

Kultura popularna zawsze przetwarza historię na swoje potrzeby. Mem czy reklama może być pierwszym impulsem, który kogoś pchnie do głębszego zainteresowania tematem. Świetnym przykładem jest serial 1670. Ileż osób zaczęło znów interesować się nowożytną Rzeczpospolitą! Problem zaczyna się wtedy, gdy ta warstwa popkulturowa staje się jedyną, gdy zamiast wiedzy mamy tylko emocje i efekciarstwo. Więc może nie chodzi o to, czy używamy tych postaci, ale jak i po co.

Twoja książka pełna jest cytatów z kronik, akt miejskich, listów. Jak wyglądał Twój warsztat pracy? Ile czasu trwało zbieranie materiałów?

To trochę moje know-how, efekt lat doświadczeń, intuicji i setek godzin spędzonych w źródłach, ale prawda jest też taka, że jeśli się wie, gdzie i jak szukać, to zawsze się coś znajdzie. Historia jest pełna ukrytych ścieżek i nieoczywistych tropów – trzeba tylko mieć cierpliwość i wrażliwość, żeby je dostrzec. Książka powstała jesienią zeszłego roku.

Jakie było najdziwniejsze źródło historyczne, na które trafiłeś podczas pracy nad książką (lub wcześniej i wykorzystałeś je w książce)?

Jednym z najbardziej zaskakujących i zarazem fascynujących źródeł, na jakie trafiłem podczas pracy, były tzw. instrukcje panieńskie — satyryczne utwory, w których kobiety organizowały własne sejmiki i sejmy, wybierały „posełki” i formułowały postulaty. Początkowo mogły się wydawać jedynie literacką zabawą, ale szybko dostrzegłem, że mogło się w nich kryć coś więcej. Była to zawoalowana forma krytyki społecznej, ironiczny komentarz do ówczesnych realiów politycznych i pozycji kobiet. Z dzisiejszej perspektywy te teksty nabierają szczególnego znaczenia, bo któż wówczas mógłby przypuszczać, że kobiety rzeczywiście uzyskają czynne i bierne prawa wyborcze?

Właśnie jedne z najciekawszych dla mnie wątków w książce dotyczą życia codziennego kobiet i chłopów. Dlaczego postanowiłeś tak mocno je wyeksponować?

To są mi po prostu najbliższe wątki: swojskie, osadzone w codzienności, bardziej namacalne niż wielka polityka czy wojny. Mam poczucie, że takie tematy lepiej mi wychodzą w pisaniu, bo są autentyczne, pełne detali, które łatwo sobie wyobrazić i z którymi łatwo się utożsamić. 

Czy naprawdę każdy Polak chce wierzyć, że jego pradziad był szlachcicem, a nie chłopem?

Nie wiem, czy każdy Polak chce wierzyć, że jego pradziad był szlachcicem, a nie chłopem, ale z pewnością fascynacja szlachtą była, jest i będzie. Tego nie zmienimy. 

Mogę mówić tylko za siebie: nigdy nie fascynowałem się stanem szlacheckim, ale też nigdy nie miałem potrzeby specjalnie „wkręcać się” w moje chłopskie korzenie, choć właśnie takie mam. Nie wstydzę się ich, bo co z tego, że w rodzinie nie było ani szlachetnie urodzonych, ani intelektualistów z dziada pradziada? To żadna ujma. Historia każdego z nas jest na swój sposób ciekawa i wartościowa, niezależnie od herbu czy jego braku. A może właśnie w tym leży siła: w spojrzeniu na przeszłość bez kompleksów, bez potrzeby dorabiania sobie złoconych ramek.

Pięknie ujęte! A co według Ciebie najbardziej zagraża dziś uczciwej rozmowie o polskiej historii?

Dziękuję! Myślę, że największym zagrożeniem dla uczciwej rozmowy o polskiej historii jest jej nieustanne upolitycznianie i to z każdej strony. Dziś trudno mówić o historii bez natychmiastowego przypisania komuś etykiety.

Weźmy choćby kwestię chłopską i coraz częstsze porównania do niewolnictwa: jeśli ktoś się z tym nie zgadza, od razu staje się „prawakiem” broniącym „świętości narodu”, a jeśli popiera taką interpretację, to już „lewak” burzący narodowe fundamenty. Zamiast merytorycznej debaty mamy często rynsztokową pyskówkę, w której nie chodzi o zrozumienie zjawisk, ale o to, kto komu „przyłoży” mocniejszym tweetem czy nagłówkiem.

Rozmowa o historii coraz rzadziej opiera się na źródłach czy analizie, a coraz częściej na emocjach i ideologicznych kalkach. W dodatku żyjemy w bańkach informacyjnych, czytamy tylko tych, z którymi się zgadzamy, i wzmacniamy swoje przekonania, nie konfrontując ich z niczym innym. Historia przestaje być przestrzenią wspólnego namysłu nad przeszłością, a staje się narzędziem walki i to, moim zdaniem, jest największy problem.

Twoja najnowsza książka obala mity. Poprzednia obalała pseudonaukę o wielkiej Lechii. Czy planujesz kolejne książki? Co jeszcze jest do obalenia?

Tak, kolejna książka już się pisze, będzie to biografia Karola Estreichera młodszego, którą piszę wspólnie z Tomaszem Siewierskim. Estreicher to postać absolutnie niezwykła: historyk sztuki, rewindykator dzieł zagrabionych podczas II wojny światowej, człowiek o biografii tak bogatej i pełnej zwrotów akcji, że spokojnie mogłaby posłużyć za scenariusz filmowy.

Myślę, że wielu osobom naprawdę opadną kopary, bo jego życiorys to nie tylko fascynująca historia jednostki, ale też niemal gotowy podręcznik do historii Polski XX wieku, tyle w nim dramatów, paradoksów i walki o pamięć. Co jeszcze jest do obalenia? Pewnie wiele, ale tym razem nie chodzi o demaskowanie mitów czy pseudonauki, tylko o przywrócenie należnego miejsca komuś, kto zasłużył na więcej niż przypis w podręczniku.


Wywiad powstał we współpracy z Wydawnictwem Znak Horyzont. Więcej o książce dowiesz się TUTAJ.

Comments are closed.